27.09.2024, 09:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.09.2024, 12:54 przez Brenna Longbottom.)
Gdyby Brenna była trochę starsza, może poznęcałaby się nad Thomasem odrobinę, udając oburzenie z tych jego odwiedzin w damskiej łazience albo jakoś przynajmniej zażartowała z tego, że się tutaj tak niecnie czaił i tak dalej. Ale miała niespełna trzynaście lat, więc nic takiego nie przyszło jej do rozczochranej głowy. Nie zdążyła zresztą za wiele powiedzieć, bo ten jeden raz Figg zaczął mówić dużo szybciej i dużo więcej od niej, tak że aż się zaczęła obawiać, czy zaraz nie padnie nieprzytomny od wyrzucania z siebie słów na jednym wdechu.
– Dlaczego płakałaś, Marto? – spytała więc tylko Brenna, zadzierając głowę, by spojrzeć w unoszącego się w powietrzu ducha. Wyglądał tak samo, jak przed kilkoma miesiącami: nieładne okulary, szkolna szata, twarz usiana krostami i piegami, przygarbione ramiona i nawet łzy w oczach były takie same, jak wtedy.
Gryfonka nie mogła powiedzieć, że lubiła Jęczącą Martę: chyba nikt w całym zamku nie darzył jej choćby odrobiną sympatii ani gdy żyła, ani gdy umarła. Nawet Brenna nie umiała wykrzesać z siebie wiele pozytywnych uczuć wobec ducha tak łatwo uderzającego w płaczliwe nuty, a jeśli ktoś w Hogwarcie umiał się z nią dogadać, tą osobą z pewnością nie była ona. Próbowała po tamtej pierwszej wizycie wpaść tutaj dwa czy trzy razy, ale nie wyrobiła w sobie jeszcze dostatecznie wiele sprytu, aby umieć odpowiednio podejść Martę, a szczerość, nawet w parze z prawdziwą chęcią bycia miłą, nie zdawały egzaminu i Marta za każdym razem kończyła obrażona. Wśród uczniów zdarzały się trudne osoby, byli w końcu bandą dzieciaków, nie każdy radził sobie w nowym środowisku, ale Marta zdawała się bić wszystkie rekordy. Nawet Brenna zaczynała rozumieć, dlaczego Olivia, o której duch tak chętnie wspominał, swego czasu się z niej wyśmiewała, chociaż Longbottom przecież nigdy nikogo nie próbowała nawet dręczyć. Wciąż jednak jej do pewnego stopnia współczuła. To współczucie z czasem miało przerodzić się w smutną świadomość, że Marta nigdy nie dostała szansy na dorośnięcie, ale i że sama wybrała swoją drogę.
– W-wszyscy się ze mnie śmieją. Przychodzą do tej łazienki tylko po to, żeby się ze mnie pośmiać!!!
No, żeby z niej skorzystać, to nikt o zdrowych zmysłach tu nie przyjdzie, pomyślała Brenna. Sama wolała biegać na piętro wyżej albo do innego skrzydła, nawet kosztem wpadnięcia na lekcję równo z jej początkiem. Głupio było wejść do kabiny, do której w każdej chwili mógł wlecieć duch. Ona sama i Mavelle kiedyś ukryły się tutaj nocą, ale najwyraźniej niektórzy uczniowie wpadali tu po prostu zaciekawieni historią… ducha z damskiej łazienki.
– Thomas na pewno nie chciał się z ciebie śmiać. Nieładnie tak podejrzewać ludzi. Nie chciałabyś, żeby ktoś oskarżał ciebie o coś, czego nie zrobiłaś, prawda?
– Oczywiście, że chciał! Przyszedł pewnie udawać, że go interesuje, dlaczego umarłam! A potem będzie się z tego śmiał – oświadczyła Marta, uderzając w niepokojąco wysokie tony, chociaż przestała przynajmniej wylewać łzy. Tak naprawdę Marta całkiem lubiła mówić o swojej śmierci: lubiła być w centrum uwagi. Chociaż zapewne niejedna osoba była rozczarowana całą historią…
Brenna spojrzała na Thomasa odrobinę bezradnie i ledwo dostrzegalnym gestem wzruszyła ramionami.
– Umarła w tej łazience.
– I jeszcze chcesz zabrać mi moją historię, tak?!
– Dlaczego płakałaś, Marto? – spytała więc tylko Brenna, zadzierając głowę, by spojrzeć w unoszącego się w powietrzu ducha. Wyglądał tak samo, jak przed kilkoma miesiącami: nieładne okulary, szkolna szata, twarz usiana krostami i piegami, przygarbione ramiona i nawet łzy w oczach były takie same, jak wtedy.
Gryfonka nie mogła powiedzieć, że lubiła Jęczącą Martę: chyba nikt w całym zamku nie darzył jej choćby odrobiną sympatii ani gdy żyła, ani gdy umarła. Nawet Brenna nie umiała wykrzesać z siebie wiele pozytywnych uczuć wobec ducha tak łatwo uderzającego w płaczliwe nuty, a jeśli ktoś w Hogwarcie umiał się z nią dogadać, tą osobą z pewnością nie była ona. Próbowała po tamtej pierwszej wizycie wpaść tutaj dwa czy trzy razy, ale nie wyrobiła w sobie jeszcze dostatecznie wiele sprytu, aby umieć odpowiednio podejść Martę, a szczerość, nawet w parze z prawdziwą chęcią bycia miłą, nie zdawały egzaminu i Marta za każdym razem kończyła obrażona. Wśród uczniów zdarzały się trudne osoby, byli w końcu bandą dzieciaków, nie każdy radził sobie w nowym środowisku, ale Marta zdawała się bić wszystkie rekordy. Nawet Brenna zaczynała rozumieć, dlaczego Olivia, o której duch tak chętnie wspominał, swego czasu się z niej wyśmiewała, chociaż Longbottom przecież nigdy nikogo nie próbowała nawet dręczyć. Wciąż jednak jej do pewnego stopnia współczuła. To współczucie z czasem miało przerodzić się w smutną świadomość, że Marta nigdy nie dostała szansy na dorośnięcie, ale i że sama wybrała swoją drogę.
– W-wszyscy się ze mnie śmieją. Przychodzą do tej łazienki tylko po to, żeby się ze mnie pośmiać!!!
No, żeby z niej skorzystać, to nikt o zdrowych zmysłach tu nie przyjdzie, pomyślała Brenna. Sama wolała biegać na piętro wyżej albo do innego skrzydła, nawet kosztem wpadnięcia na lekcję równo z jej początkiem. Głupio było wejść do kabiny, do której w każdej chwili mógł wlecieć duch. Ona sama i Mavelle kiedyś ukryły się tutaj nocą, ale najwyraźniej niektórzy uczniowie wpadali tu po prostu zaciekawieni historią… ducha z damskiej łazienki.
– Thomas na pewno nie chciał się z ciebie śmiać. Nieładnie tak podejrzewać ludzi. Nie chciałabyś, żeby ktoś oskarżał ciebie o coś, czego nie zrobiłaś, prawda?
– Oczywiście, że chciał! Przyszedł pewnie udawać, że go interesuje, dlaczego umarłam! A potem będzie się z tego śmiał – oświadczyła Marta, uderzając w niepokojąco wysokie tony, chociaż przestała przynajmniej wylewać łzy. Tak naprawdę Marta całkiem lubiła mówić o swojej śmierci: lubiła być w centrum uwagi. Chociaż zapewne niejedna osoba była rozczarowana całą historią…
Brenna spojrzała na Thomasa odrobinę bezradnie i ledwo dostrzegalnym gestem wzruszyła ramionami.
– Umarła w tej łazience.
– I jeszcze chcesz zabrać mi moją historię, tak?!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.