27.09.2024, 17:06 ✶
Greengrass nieczęsto decydował się brać udział w ministralnych sprawach. Nie z uwagi na brak czasu, bowiem ten z pewnością znalazłby gdzieś pomiędzy pracą a pracą. Szczególnie biorąc pod uwagę, że wszelkie zlecenia pozyskane poza Mungiem również traktował ze zwykłym sobie pracoholizmem. W tym wypadku chodziło o coś innego.
Mimo możliwości zyskania nowych koneksji, jakie gwarantowało działanie na rzecz Ministerstwa Ambroise po prostu nie lubił organów prawa. Nie unikał ich zbytnio, ale raczej nieczęsto chciał dobrowolnie maczać palce w sprawach związanych z systemem prawnym. Tym bardziej, kiedy nie widział w tym konkretnych korzyści.
Od czasu do czasu udzielał się w niektórych sprawach. Zdarzało mu się występować w imieniu swoim, swojego ojca albo reprezentować rodzinę. Głównie wtedy, kiedy było pewne, że Thomas nie będzie dostępny a Roselyn nie zyska zbytnio uwagi bandy ministralnych dziadów. Był ekspertem w swojej dziedzinie. Może na pierwszy rzut oka trochę zbyt bezczelnym i pewnym siebie, ale w niektórych sytuacjach to było bardziej zaletą niż wadą. Mógł wyrokować o niektórych rzeczach z naturalnością. A przy tym niewiele robił sobie z czyichś niewłaściwych opinii, z których obaleniem nie miewał problemu.
Jeśli chciał coś powiedzieć to zazwyczaj to mówił. W sprawach oficjalnych zachowywał się przy tym jak na dobrze wychowanego czystokrwistego czarodzieja przystało. Pyskówki I inwektywy zostawiał na inny czas. Potrafił rozgraniczyć jawne sprawy zawodowe od tych niejawnych. W przypadku kontaktów z przedstawicielami prawa bywał stanowczy i zimny, oficjalny, ale nie pozwalał sobie na tyle, żeby można było mu coś zarzucić. Czysty, żeby nie powiedzieć wyrachowany profesjonalizm z nutą buty opcjonalnie okraszonej kalkulowaną pogardą.
W większości przypadków trzymał się z dala od konieczności współpracy z Ministerstwem. Bardzo okazjonalnie włączał się w sprawy, które mogłyby mu przynieść więcej szkody niż korzyści. Nie chciał, żeby ludzie mieli go za prawnego psa. Na tym nie zbudowałby zaufania półświatka. Jednakże bywały okazje, których nie mógł nie wykorzystać. Czasami należało się pokazać i dać do zrozumienia, że było się pomocnym i prawym obywatelem.
Poza tym nieczęsto odmawiał korzystnych przysług a to była taka sytuacja. Ktoś mógł mieć u niego dług wdzięczności. Dla Greengrassa było to bardzo pożądane. Nie mógł pozwolić sobie na stratę tak istotnej karty przetargowej jak pamięć Harolda o tym, że poszedł mu na rękę.
Stąd też pojawił się we wskazanym miejscu, starannie dbając o wizerunek. Był jednoznacznie poważny i czystokrwisty™ - elegancki, ale nie do przesady, bo wiedział, że czasami nie należy być lepszym od przedstawicieli systemu. Postawił na przewagę noszenia się z godnością, ale także odrobinę człowieczeństwa. Ot kilka pomniejszych akcentów sugerujących, że był botanikiem z krwi i kości.
Nieznacznie przybrudzony czarną ziemią sygnet, staranny nieład fryzury, listek na butach. Trochę znoszona torba z rzeczami, które mogły mu się przydać. Nie był zaaferowanym naukowcem z chaosem w oczach i trzęsącymi się z ekscytacji rękami. Co to to nie. Kiedy dostrzegł mężczyznę, który niewątpliwie go oczekiwał, skinął głową.
- Zgadza się. Ambroise Bertrand Greengrass. Miło mi - miał chłodną, sztywną dłoń, którą oczywiście wyciągnął na powitanie, znów kiwając głową. - Harold mówił, że to istotne - zatem był tu do usług. Wszystko dla poczciwego Harolda o problemach małżeńskich i korzystnych koneksjach. - Miejska dżungla nie jest mi straszna - stwierdził w odpowiedzi na pytanie.
Nawet jeśli rzeczywiście miał pewne problemy ze znalezieniem właściwego miejsca to nie zamierzał odpowiadać twierdząco i przyznawać się do potencjalnych słabości. Gardził słabymi ludźmi.
Mimo możliwości zyskania nowych koneksji, jakie gwarantowało działanie na rzecz Ministerstwa Ambroise po prostu nie lubił organów prawa. Nie unikał ich zbytnio, ale raczej nieczęsto chciał dobrowolnie maczać palce w sprawach związanych z systemem prawnym. Tym bardziej, kiedy nie widział w tym konkretnych korzyści.
Od czasu do czasu udzielał się w niektórych sprawach. Zdarzało mu się występować w imieniu swoim, swojego ojca albo reprezentować rodzinę. Głównie wtedy, kiedy było pewne, że Thomas nie będzie dostępny a Roselyn nie zyska zbytnio uwagi bandy ministralnych dziadów. Był ekspertem w swojej dziedzinie. Może na pierwszy rzut oka trochę zbyt bezczelnym i pewnym siebie, ale w niektórych sytuacjach to było bardziej zaletą niż wadą. Mógł wyrokować o niektórych rzeczach z naturalnością. A przy tym niewiele robił sobie z czyichś niewłaściwych opinii, z których obaleniem nie miewał problemu.
Jeśli chciał coś powiedzieć to zazwyczaj to mówił. W sprawach oficjalnych zachowywał się przy tym jak na dobrze wychowanego czystokrwistego czarodzieja przystało. Pyskówki I inwektywy zostawiał na inny czas. Potrafił rozgraniczyć jawne sprawy zawodowe od tych niejawnych. W przypadku kontaktów z przedstawicielami prawa bywał stanowczy i zimny, oficjalny, ale nie pozwalał sobie na tyle, żeby można było mu coś zarzucić. Czysty, żeby nie powiedzieć wyrachowany profesjonalizm z nutą buty opcjonalnie okraszonej kalkulowaną pogardą.
W większości przypadków trzymał się z dala od konieczności współpracy z Ministerstwem. Bardzo okazjonalnie włączał się w sprawy, które mogłyby mu przynieść więcej szkody niż korzyści. Nie chciał, żeby ludzie mieli go za prawnego psa. Na tym nie zbudowałby zaufania półświatka. Jednakże bywały okazje, których nie mógł nie wykorzystać. Czasami należało się pokazać i dać do zrozumienia, że było się pomocnym i prawym obywatelem.
Poza tym nieczęsto odmawiał korzystnych przysług a to była taka sytuacja. Ktoś mógł mieć u niego dług wdzięczności. Dla Greengrassa było to bardzo pożądane. Nie mógł pozwolić sobie na stratę tak istotnej karty przetargowej jak pamięć Harolda o tym, że poszedł mu na rękę.
Stąd też pojawił się we wskazanym miejscu, starannie dbając o wizerunek. Był jednoznacznie poważny i czystokrwisty™ - elegancki, ale nie do przesady, bo wiedział, że czasami nie należy być lepszym od przedstawicieli systemu. Postawił na przewagę noszenia się z godnością, ale także odrobinę człowieczeństwa. Ot kilka pomniejszych akcentów sugerujących, że był botanikiem z krwi i kości.
Nieznacznie przybrudzony czarną ziemią sygnet, staranny nieład fryzury, listek na butach. Trochę znoszona torba z rzeczami, które mogły mu się przydać. Nie był zaaferowanym naukowcem z chaosem w oczach i trzęsącymi się z ekscytacji rękami. Co to to nie. Kiedy dostrzegł mężczyznę, który niewątpliwie go oczekiwał, skinął głową.
- Zgadza się. Ambroise Bertrand Greengrass. Miło mi - miał chłodną, sztywną dłoń, którą oczywiście wyciągnął na powitanie, znów kiwając głową. - Harold mówił, że to istotne - zatem był tu do usług. Wszystko dla poczciwego Harolda o problemach małżeńskich i korzystnych koneksjach. - Miejska dżungla nie jest mi straszna - stwierdził w odpowiedzi na pytanie.
Nawet jeśli rzeczywiście miał pewne problemy ze znalezieniem właściwego miejsca to nie zamierzał odpowiadać twierdząco i przyznawać się do potencjalnych słabości. Gardził słabymi ludźmi.