27.09.2024, 22:15 ✶
- To sens mojego istnienia, Dox - szepnęła, zabierając dłoń. - Wchodzenie ci pod nogi.
Albo i pomiędzy nie, ale tego już nie dodała, darując sobie tę obcesowość. Nie był to ani czas, ani miejsce na to, by przywracać wspomnienia, które co prawda nigdy nie zostały pogrzebane, ale zbladły w obliczu teraźniejszości. Czy Faye kiedykolwiek dłużej zastanawiała się nad tym, co Maddox przechodził? Czy starała się mu przemówić do rozsądku, czy może wpoiła sobie pewien jego obraz, wizerunek, i uparcie w niego wierzyła? Przecież kłamstwo powtarzane kilkadziesiąt razy stawało się w końcu prawdą. Być może to była jej prawda: prawda Faye.
Nie była nigdy doskonałą aktorką, ale trzeba było jej przyznać, że dzięki aparycji łatwo jej było odgrywać damę w opałach. Była niska, szczupła i ładna, a na dodatek gdy tylko wyginała usta w smutną podkówkę, to łatwo było łyknąć tę ściemę. Fakt był jednak taki, że tym lepszy magik, im bardziej pijana była jego widownia. A tutaj widownia była napruta jak bele. Zerwali się na równe nogi, otoczyli ją i zaczęli obskakiwać jakby od tego, kto pierwszy dorwie tego potwora zależało to, komu odda swoją rękę. Faye nikomu nie zamierzała oddawać ani ręki, ani nogi, ani tym bardziej żadnej innej części swojego ciała czy duszy - jedyne co chciała, to wywiązać się z zadania, które zostało jej powierzone. I, w miarę możliwości, uchronić Maddoxa przed popełnieniem błędu. Taka wisienka na torcie.
- Tam... Tam pobiegł! - wskazała w krzaki drżącą ręką, robiąc krok w tył. Niemalże wpadła w ramiona tego mężczyzny, który stał najbliżej. Zachwiali się oboje, lecz udało im się utrzymać pion. - Tam... Uważajcie, nie wiem co to było!
Wyswobodziła się z uścisku, co nie było wcale takie trudne. Bowiem przyszedł czas na grande finale - główną gwiazdę tego dnia. A trzeba było przyznać, że mimo upływu czasu wciąż razem z Maddoxem stanowili zgrany zespół. Wyszedł im naprzeciw w idealnym momencie. Sprawił, że krew w ich żyłach na chwilę zmroził strach. Stała się zimna, odpłynęła z kilku twarzy nagle, niespodziewanie. A potem ruszyła, gdy pierwsze podrygi serca nakazały jedno: wiać.
To nie byli rycerze w lśniących zbrojach. To nie byli wojownicy, to nie byli aurorzy czy nawet odważni ludzie. To byli tchórze. Ich tchórzliwe umysły nawet nie wiedziały do końca, co się dzieje, lecz gdy zobaczyli przed sobą bestię, zwierzęcy instynkt zadziałał.
- WIAĆ! - jebać damę w opałach, jebać kociołek, w którym warzyły się eliksiry. Jebać wszystko, trzeba było ratować siebie. Zdawało się, że część z nich wytrzeźwiała natychmiastowo, gdy stanęli oko w oko z Greybackiem. Rzucili się do ucieczki - rozpierzchli we wszystkie strony świata. A ona... Ona czmychnęła pod namiot.
- Już dobrze... - szepnęła, dostrzegając z boku połyskujące tajemnicą jaja. Uśmiechnęła się niemalże czule w ich kierunku. Ktoś wybiegł z namiotu, ale szczęśliwie sekundy za późno, by natrafić na kobietę, która właśnie wyciągała różdżkę.
Rzut na zamrożenie jaj - transmutacja
Albo i pomiędzy nie, ale tego już nie dodała, darując sobie tę obcesowość. Nie był to ani czas, ani miejsce na to, by przywracać wspomnienia, które co prawda nigdy nie zostały pogrzebane, ale zbladły w obliczu teraźniejszości. Czy Faye kiedykolwiek dłużej zastanawiała się nad tym, co Maddox przechodził? Czy starała się mu przemówić do rozsądku, czy może wpoiła sobie pewien jego obraz, wizerunek, i uparcie w niego wierzyła? Przecież kłamstwo powtarzane kilkadziesiąt razy stawało się w końcu prawdą. Być może to była jej prawda: prawda Faye.
Nie była nigdy doskonałą aktorką, ale trzeba było jej przyznać, że dzięki aparycji łatwo jej było odgrywać damę w opałach. Była niska, szczupła i ładna, a na dodatek gdy tylko wyginała usta w smutną podkówkę, to łatwo było łyknąć tę ściemę. Fakt był jednak taki, że tym lepszy magik, im bardziej pijana była jego widownia. A tutaj widownia była napruta jak bele. Zerwali się na równe nogi, otoczyli ją i zaczęli obskakiwać jakby od tego, kto pierwszy dorwie tego potwora zależało to, komu odda swoją rękę. Faye nikomu nie zamierzała oddawać ani ręki, ani nogi, ani tym bardziej żadnej innej części swojego ciała czy duszy - jedyne co chciała, to wywiązać się z zadania, które zostało jej powierzone. I, w miarę możliwości, uchronić Maddoxa przed popełnieniem błędu. Taka wisienka na torcie.
- Tam... Tam pobiegł! - wskazała w krzaki drżącą ręką, robiąc krok w tył. Niemalże wpadła w ramiona tego mężczyzny, który stał najbliżej. Zachwiali się oboje, lecz udało im się utrzymać pion. - Tam... Uważajcie, nie wiem co to było!
Wyswobodziła się z uścisku, co nie było wcale takie trudne. Bowiem przyszedł czas na grande finale - główną gwiazdę tego dnia. A trzeba było przyznać, że mimo upływu czasu wciąż razem z Maddoxem stanowili zgrany zespół. Wyszedł im naprzeciw w idealnym momencie. Sprawił, że krew w ich żyłach na chwilę zmroził strach. Stała się zimna, odpłynęła z kilku twarzy nagle, niespodziewanie. A potem ruszyła, gdy pierwsze podrygi serca nakazały jedno: wiać.
To nie byli rycerze w lśniących zbrojach. To nie byli wojownicy, to nie byli aurorzy czy nawet odważni ludzie. To byli tchórze. Ich tchórzliwe umysły nawet nie wiedziały do końca, co się dzieje, lecz gdy zobaczyli przed sobą bestię, zwierzęcy instynkt zadziałał.
- WIAĆ! - jebać damę w opałach, jebać kociołek, w którym warzyły się eliksiry. Jebać wszystko, trzeba było ratować siebie. Zdawało się, że część z nich wytrzeźwiała natychmiastowo, gdy stanęli oko w oko z Greybackiem. Rzucili się do ucieczki - rozpierzchli we wszystkie strony świata. A ona... Ona czmychnęła pod namiot.
- Już dobrze... - szepnęła, dostrzegając z boku połyskujące tajemnicą jaja. Uśmiechnęła się niemalże czule w ich kierunku. Ktoś wybiegł z namiotu, ale szczęśliwie sekundy za późno, by natrafić na kobietę, która właśnie wyciągała różdżkę.
Rzut na zamrożenie jaj - transmutacja
Rzut N 1d100 - 87
Sukces!
Sukces!
Rzut N 1d100 - 60
Sukces!
Sukces!