27.09.2024, 23:48 ✶
To był wyjątkowy chujowy dzień. Często ból prawego ramienia jej doskwierał, a czasami jej ciało pulsowało na tyle mocno i intensywnie, że nie potrafiła go ignorować i musiała sięgnąć po coś mocniejszego. Dawał o sobie znać zwykle wtedy, kiedy była zajęta; wtedy Mona wzdychała z rozdrażnieniem i miała ochotę cisnąć wszystko, co trzymała, gdzieś daleko, ale proteza jej na to nie pozwalała. Zawsze było to irytującym przypomnieniem o własnych ograniczeniach. Znowu to samo, pomyślała. Proteza była chłodna, metal zimny i obcy. Zawsze taki pozostanie. Pomimo tego, że zdążyła się już przyzwyczaić do tej dodatkowej, nienaturalnej części ciała, wciąż czuła się z nią nieswojo. Mona chowała tę rękę zwykle pod specjalnie wykonaną rękawiczką, która miała ukryć jej niedoskonałość, ale prawda była taka, że materiał nie zawsze starczał, by uciszyć ciekawość innych. Zawsze zbyt często pytali.
A w tym momencie czekała na nią praca, której nikt inny nie zamierzał wykonać. A ktoś musiał. Jak zawsze.
Jak ona w ogóle wylądowała w tym przeklętym mieście? Od czasu, kiedy wyprowadziła się z Walii, zdążyła już zapomnieć, jak pachnie świeże powietrze. Londyn cuchnął spalinami, hałasował o każdej porze dnia i nocy, a smród wąskich uliczek, gdzie napotkała więcej razy coś, co niegdyś mogło być jedzeniem, sprawiał, że jeszcze bardziej tęskniła za domem.
O, tym razem drugi stos nie tylko nie miał sensu, ale i był kompletnie pomieszany. Dlaczego te protokoły były tu w takim stanie? Zmarszczyła brwi, patrząc na leżące przed nią dokumenty, które zdecydowanie nie należały do jej wydziału.
Nagle usłyszała znajomy głos i Mona podniosła wzrok znad akt sprawy, przerywając na chwilę zmagania z rozrzuconymi na biurku papierami. Widok jego sylwetki w drzwiach biura sprawił, że kąciki jej ust drgnęły uśmiechu. Anthony zawsze miał ten sam wyraz twarzy – mieszankę rozbawienia i pewnej nonszalancji. Kiedy właściwie ostatnim razem go widziała?
Wujek Anthon. Tak go nazywała, chociaż nie byli ze sobą spokrewnieni. W pracy starała się unikać tego określenia; ministerstwo było gniazdem plotek, a ona nie chciała, żeby ktoś sobie coś wyobraził. Kiedy była jeszcze dziewczynką, pałętającą się po rezerwatach, on już wtedy traktował ją poważnie. Był jak nieformalny opiekun, nie musiał nią się zajmować, a jednak robił to z chęcią. Nigdy nie próbował jej traktować protekcjonalnie, choć wiedziała, że mógłby: w końcu znał świat lepiej, był starszy i miał więcej doświadczenia. Mona nigdy nie zapomniała, jak po każdej swojej podróży przywoził jej drobiazgi – księgi, smocze łuski, a czasem nawet coś tak absurdalnego, jak popiół z legowiska opalookiego. Teraz, kiedy stał w jej biurze, z tą dobrze znaną, nieco ironiczną nutą w głosie, nie mogła się nie uśmiechnąć.
— Kawę? – powtórzyła, podnosząc z podłogi kolejny dokument i przeglądając go pobieżnie. — Dziś chyba pierwszy raz odmówię — w jej głosie pobrzmiewała szczera skrucha.
Czekała ją długa noc segregowania raportów i poprawiania cudzych błędów. W normalnych okolicznościach może by i skorzystała z zaproszenia. Uwielbiała te ich wspólne rozmowy o smokach, o podróżach, które on odbywał, a ona o nich tylko marzyła. Otóż Anthony Shafiq nie mylił się. Zwykle na jej biurku panował względny porządek, ale tego dnia... wszystko wyglądało jak po burzy, a każda próba zapanowania nad chaosem wydawała się skazana na porażkę. Spojrzała na niego, próbując ukryć znużenie. Nie była zła na niego, nigdy nie była, ale moment zdecydowanie nie był najlepszy. Ramię bolało, biurko tonęło pod papierami, a ona miała wrażenie, że zginie pod lawiną dokumentów, jeśli zaraz nie zacznie ich sortować. Zrzuciła jeden ze zwojów pergaminu, który z cichym plaskiem uderzył o podłogę. W duchu przeklęła sama siebie za to, że rzeczywiście biuro wyglądało, jakby ktoś je odwiedzał tylko od święta. Wiedziała, że on nigdy nie był człowiekiem, który przykładał wagę do takich rzeczy, ale i tak zawsze chciała zrobić na nim wrażenie.
— Och, wiem – powiedziała, wskazując (zdrową) ręką na swoje biurko. – Ale spójrz na to wszystko. Ktoś musiał pomylić dokumenty. Mam raporty z utylizacji, coś z Biura Kontroli Ghouli i nie wiadomo co jeszcze. Wszystko leży nie tam, gdzie powinno — cmoknęła z irytacją. – Chyba ktoś mnie nienawidzi, skoro podrzuca mi takie bzdury do roboty. Mam stosy papierów, których nawet nie powinnam dostać. A teraz jeszcze muszę to wszystko posegregować.
Ból stawał się coraz bardziej natarczywy, ale nie zamierzała dać po sobie tego poznać. Zamiast tego wstała z krzesła, sięgając po kolejny stos dokumentów. Może kawa innym razem. Czekała ją długotrwała walka z papierologią. Jej wzrok przez chwilę utkwił w raporcie, na którym widniała pieczęć Rejestracji Wilkołaków. Kolejna pomyłka. Tego dnia nic nie szło zgodnie z planem.
A w tym momencie czekała na nią praca, której nikt inny nie zamierzał wykonać. A ktoś musiał. Jak zawsze.
Jak ona w ogóle wylądowała w tym przeklętym mieście? Od czasu, kiedy wyprowadziła się z Walii, zdążyła już zapomnieć, jak pachnie świeże powietrze. Londyn cuchnął spalinami, hałasował o każdej porze dnia i nocy, a smród wąskich uliczek, gdzie napotkała więcej razy coś, co niegdyś mogło być jedzeniem, sprawiał, że jeszcze bardziej tęskniła za domem.
O, tym razem drugi stos nie tylko nie miał sensu, ale i był kompletnie pomieszany. Dlaczego te protokoły były tu w takim stanie? Zmarszczyła brwi, patrząc na leżące przed nią dokumenty, które zdecydowanie nie należały do jej wydziału.
Nagle usłyszała znajomy głos i Mona podniosła wzrok znad akt sprawy, przerywając na chwilę zmagania z rozrzuconymi na biurku papierami. Widok jego sylwetki w drzwiach biura sprawił, że kąciki jej ust drgnęły uśmiechu. Anthony zawsze miał ten sam wyraz twarzy – mieszankę rozbawienia i pewnej nonszalancji. Kiedy właściwie ostatnim razem go widziała?
Wujek Anthon. Tak go nazywała, chociaż nie byli ze sobą spokrewnieni. W pracy starała się unikać tego określenia; ministerstwo było gniazdem plotek, a ona nie chciała, żeby ktoś sobie coś wyobraził. Kiedy była jeszcze dziewczynką, pałętającą się po rezerwatach, on już wtedy traktował ją poważnie. Był jak nieformalny opiekun, nie musiał nią się zajmować, a jednak robił to z chęcią. Nigdy nie próbował jej traktować protekcjonalnie, choć wiedziała, że mógłby: w końcu znał świat lepiej, był starszy i miał więcej doświadczenia. Mona nigdy nie zapomniała, jak po każdej swojej podróży przywoził jej drobiazgi – księgi, smocze łuski, a czasem nawet coś tak absurdalnego, jak popiół z legowiska opalookiego. Teraz, kiedy stał w jej biurze, z tą dobrze znaną, nieco ironiczną nutą w głosie, nie mogła się nie uśmiechnąć.
— Kawę? – powtórzyła, podnosząc z podłogi kolejny dokument i przeglądając go pobieżnie. — Dziś chyba pierwszy raz odmówię — w jej głosie pobrzmiewała szczera skrucha.
Czekała ją długa noc segregowania raportów i poprawiania cudzych błędów. W normalnych okolicznościach może by i skorzystała z zaproszenia. Uwielbiała te ich wspólne rozmowy o smokach, o podróżach, które on odbywał, a ona o nich tylko marzyła. Otóż Anthony Shafiq nie mylił się. Zwykle na jej biurku panował względny porządek, ale tego dnia... wszystko wyglądało jak po burzy, a każda próba zapanowania nad chaosem wydawała się skazana na porażkę. Spojrzała na niego, próbując ukryć znużenie. Nie była zła na niego, nigdy nie była, ale moment zdecydowanie nie był najlepszy. Ramię bolało, biurko tonęło pod papierami, a ona miała wrażenie, że zginie pod lawiną dokumentów, jeśli zaraz nie zacznie ich sortować. Zrzuciła jeden ze zwojów pergaminu, który z cichym plaskiem uderzył o podłogę. W duchu przeklęła sama siebie za to, że rzeczywiście biuro wyglądało, jakby ktoś je odwiedzał tylko od święta. Wiedziała, że on nigdy nie był człowiekiem, który przykładał wagę do takich rzeczy, ale i tak zawsze chciała zrobić na nim wrażenie.
— Och, wiem – powiedziała, wskazując (zdrową) ręką na swoje biurko. – Ale spójrz na to wszystko. Ktoś musiał pomylić dokumenty. Mam raporty z utylizacji, coś z Biura Kontroli Ghouli i nie wiadomo co jeszcze. Wszystko leży nie tam, gdzie powinno — cmoknęła z irytacją. – Chyba ktoś mnie nienawidzi, skoro podrzuca mi takie bzdury do roboty. Mam stosy papierów, których nawet nie powinnam dostać. A teraz jeszcze muszę to wszystko posegregować.
Ból stawał się coraz bardziej natarczywy, ale nie zamierzała dać po sobie tego poznać. Zamiast tego wstała z krzesła, sięgając po kolejny stos dokumentów. Może kawa innym razem. Czekała ją długotrwała walka z papierologią. Jej wzrok przez chwilę utkwił w raporcie, na którym widniała pieczęć Rejestracji Wilkołaków. Kolejna pomyłka. Tego dnia nic nie szło zgodnie z planem.