28.09.2024, 00:46 ✶
Jak na pierwszy dzień wiosny przystało Londyn i okolice wypełniło szaleństwo. Robiło się coraz cieplej, zima odchodziła w zapomnienie a jak wiadomo - czarodzieje chętnie korzystali z każdej możliwej okazji do świętowania. Mieli wiele świąt w kalendarzu, ale to konkretne uznawali za jedno z najważniejszych. Z uwagi na to od rana mieli urwanie głowy w Mungu. Wszystkie świąteczne dyżury (przed i po również) rządziły się swoimi prawami.
Ambroise normalnie zastanowiłby się dwa razy nad tym czy chce dołączyć do jakichkolwiek świętowań. Miał wyjątkową okazję uniknięcia wydarzeń społecznych w Dolinie i nie narażenia się przy tym macosze. Nic dziwnego, że chętnie korzystał z takiej możliwości. Już kilka dni wcześniej zapewniał Evelyn jak bardzo był zawiedziony tym, że nie mógł wrócić do domu na czas i że najpewniej zostanie w pracy po godzinach, ponieważ będą mieć urwanie głowy i każde ręce przydadzą się do pomocy.
Kłamał w żywe oczy. Nawet wtedy, kiedy dotarło do niego, że chyba pierwszy raz w życiu świadomie zamierza opuścić Munga dokładnie z końcem dyżuru. To nie było w jego stylu. Do tego stopnia, że wywołało co najmniej kilka mniej albo bardziej dyskretnych reakcji wśród pozostałych członków zespołu. Niektórzy sami wracali do domów. Inni pomocnie zostawali dłużej a on, który zazwyczaj zaliczał się do tej drugiej grupy, nagle ni stąd ni zowąd zakomunikował, że wyłamuje się z nieoficjalnej normalności.
Ma plany.
Co lepsze dobrze wiedział, że podsyca tym pogłoski na swój temat. Słyszał plotki ucinane dokładnie w momencie, w którym oficjalnie wchodził do pomieszczenia. W gruncie rzeczy się tym nie przejmował. Nie obchodziło go to, szczególnie że w tym wypadku nikt nie mówił o nim nic obelżywego. Wręcz przeciwnie. Według naczelnych pleciug szpitala zaczynał schodzić z rynku.
Ewidentnie. Niezaprzeczalnie. No weź się, Bozehna nie wygłupiaj. Przecież to oczywiste.
Dla wszystkich poza nim. Dla niego to nie było ani oczywiste ani nie do końca niemożliwe. Jasne. Mówienie o nim, że na pewno chodził do kogoś w zaloty (szczególnie tego wieczoru, kiedy wiele mogło na to wskazywać) było przesadą i jednym wielkim przeinaczeniem. To byłaby zbyt prosta wersja, żeby mogła być rzeczywista.
Czasami faktycznie mógł wyglądać na trochę bardziej szczęśliwego. Częściej wychodził z pracy mniej-więcej o czasie. Raz czy dwa zdarzyło mu się niemal (ale tylko niemal) spóźnić na dyżur. Kilkukrotnie odmówił przyjęcia nadprogramowej dwunastki.
Z drugiej strony się męczył. Robienie dobrej miny do złej gry może zaczęło mu przychodzić naturalniej, ale męczył się w tym stanie. Im więcej dni mijało tym bardziej. Łapał się na coraz mniej dyskretnych poczynaniach. Niejednokrotnie prawie złamał się do tego, by wreszcie zrobić coś, żeby wydostać ich z tego marazmu. Czasami myślał, że wolałby narobić więcej ambarasu, choć wcale nie potrzebowali takich dodatków, byleby tylko Geraldine dała mu do zrozumienia czy tylko coś sobie roił.
Czy może coś między nimi było. Coś, co nie było Przyjaźnią z wielkim P niemal wypowiadanym z wielkim Przekąsem.
Byłoby łatwiej wiedzieć czy należało wziąć pod uwagę to, że nigdy nie uda im się całkowicie dojść do siebie. Musieli wrócić do normalnego życia. Nie przestając drążyć, ale nareszcie porozumiewając się odnośnie tego, na czym tak właściwie stali. Grząski grunt przestawał być miejscem, na którym mogli chwilę postać. Albo dawali mu się wciągnąć, albo podejmowali jakieś decyzje.
Łatwo mówić, bo przecież on nadal milczał jak grób. Poza nieplanowanymi wymsknięciami, które wprawnie przykrywał kolesiarskim żartem. Ile to mogło trwać?
Powoli przestawała mu odpowiadać wymuszona neutralność bycia przyjacielem. Mimo to nie chciał psuć ich relacji ani kończyć tego, co mieli. Wręcz przeciwnie. To stąd tego dnia nie został na dodatkowym dyżurze, ani nie wrócił do Doliny. Za to wyszedł z Munga w towarzystwie wścibskich uśmieszków i uniesionych brwi.
Pan uzdrowiciel Greengrass miał cięte kwiaty i pudełko z ciastem. Zawsze nosił się w sposób świadczący o jego pozycji społecznej, ale tym razem może trochę zluzował (powinno być przeciwnie, ale domyślał się, że przesada tu nie pasuje). Za to zostawił większość niepotrzebnych rzeczy w Mungu, mając przy sobie jeszcze butelkę ekskluzywnego trunku zwanego ognistą (ale taką lepszą, okay?) w papierowej ozdobnej torebce i paczuszkę w podręcznej torbie.
Zaloty jak Merlina kocham, Bozehna. Jak Merlina kocham.
Byłoby łatwiej.
- Doskonale - zapewnił gadające drzwi, bo skoro nikogo nie było to najpewniej gadał z drzwiami.
Tymi, o które się oparł siadając na wycieraczce w taki sposób, że zablokował całe wejście i wyjście. I to jeszcze zanim ponownie odezwał się do martwych szczątków drzew pomalowanych na bliżej nieokreślony kolor, który średnio widział w ciemnym korytarzu klatki schodowej. Ironicznie.
- Wobec tego muszę tu siedzieć, skoro nikt mi nie otworzy - oznajmił donośnie, dając przy tym do zrozumienia, że z każdą mijającą minutą, kiedy kogoś nie było w domu on mógł się tu rozwalać jeszcze bardziej.
W końcu komuś, kogo nie było w domu powinno być wszystko jedno, że ktoś inny robi siarę przed drzwiami. Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal. Nieobecni nie mieli prawa głosu. Tak jak ryby i dzieci.
Nie, nie sprawdził klamki. Był kulturalny, przynajmniej na ten moment, bo zamiast szarpać się z drzwiami (po co miałby wchodzić do pustego mieszkania?) pogwizdywał cicho pod nosem. Za minutę zrobi to trochę głośniej. Potem może doda do tego tupanie nogą w rytm. Kto wie, co przyniosą kolejne minuty.
Ambroise normalnie zastanowiłby się dwa razy nad tym czy chce dołączyć do jakichkolwiek świętowań. Miał wyjątkową okazję uniknięcia wydarzeń społecznych w Dolinie i nie narażenia się przy tym macosze. Nic dziwnego, że chętnie korzystał z takiej możliwości. Już kilka dni wcześniej zapewniał Evelyn jak bardzo był zawiedziony tym, że nie mógł wrócić do domu na czas i że najpewniej zostanie w pracy po godzinach, ponieważ będą mieć urwanie głowy i każde ręce przydadzą się do pomocy.
Kłamał w żywe oczy. Nawet wtedy, kiedy dotarło do niego, że chyba pierwszy raz w życiu świadomie zamierza opuścić Munga dokładnie z końcem dyżuru. To nie było w jego stylu. Do tego stopnia, że wywołało co najmniej kilka mniej albo bardziej dyskretnych reakcji wśród pozostałych członków zespołu. Niektórzy sami wracali do domów. Inni pomocnie zostawali dłużej a on, który zazwyczaj zaliczał się do tej drugiej grupy, nagle ni stąd ni zowąd zakomunikował, że wyłamuje się z nieoficjalnej normalności.
Ma plany.
Co lepsze dobrze wiedział, że podsyca tym pogłoski na swój temat. Słyszał plotki ucinane dokładnie w momencie, w którym oficjalnie wchodził do pomieszczenia. W gruncie rzeczy się tym nie przejmował. Nie obchodziło go to, szczególnie że w tym wypadku nikt nie mówił o nim nic obelżywego. Wręcz przeciwnie. Według naczelnych pleciug szpitala zaczynał schodzić z rynku.
Ewidentnie. Niezaprzeczalnie. No weź się, Bozehna nie wygłupiaj. Przecież to oczywiste.
Dla wszystkich poza nim. Dla niego to nie było ani oczywiste ani nie do końca niemożliwe. Jasne. Mówienie o nim, że na pewno chodził do kogoś w zaloty (szczególnie tego wieczoru, kiedy wiele mogło na to wskazywać) było przesadą i jednym wielkim przeinaczeniem. To byłaby zbyt prosta wersja, żeby mogła być rzeczywista.
Czasami faktycznie mógł wyglądać na trochę bardziej szczęśliwego. Częściej wychodził z pracy mniej-więcej o czasie. Raz czy dwa zdarzyło mu się niemal (ale tylko niemal) spóźnić na dyżur. Kilkukrotnie odmówił przyjęcia nadprogramowej dwunastki.
Z drugiej strony się męczył. Robienie dobrej miny do złej gry może zaczęło mu przychodzić naturalniej, ale męczył się w tym stanie. Im więcej dni mijało tym bardziej. Łapał się na coraz mniej dyskretnych poczynaniach. Niejednokrotnie prawie złamał się do tego, by wreszcie zrobić coś, żeby wydostać ich z tego marazmu. Czasami myślał, że wolałby narobić więcej ambarasu, choć wcale nie potrzebowali takich dodatków, byleby tylko Geraldine dała mu do zrozumienia czy tylko coś sobie roił.
Czy może coś między nimi było. Coś, co nie było Przyjaźnią z wielkim P niemal wypowiadanym z wielkim Przekąsem.
Byłoby łatwiej wiedzieć czy należało wziąć pod uwagę to, że nigdy nie uda im się całkowicie dojść do siebie. Musieli wrócić do normalnego życia. Nie przestając drążyć, ale nareszcie porozumiewając się odnośnie tego, na czym tak właściwie stali. Grząski grunt przestawał być miejscem, na którym mogli chwilę postać. Albo dawali mu się wciągnąć, albo podejmowali jakieś decyzje.
Łatwo mówić, bo przecież on nadal milczał jak grób. Poza nieplanowanymi wymsknięciami, które wprawnie przykrywał kolesiarskim żartem. Ile to mogło trwać?
Powoli przestawała mu odpowiadać wymuszona neutralność bycia przyjacielem. Mimo to nie chciał psuć ich relacji ani kończyć tego, co mieli. Wręcz przeciwnie. To stąd tego dnia nie został na dodatkowym dyżurze, ani nie wrócił do Doliny. Za to wyszedł z Munga w towarzystwie wścibskich uśmieszków i uniesionych brwi.
Pan uzdrowiciel Greengrass miał cięte kwiaty i pudełko z ciastem. Zawsze nosił się w sposób świadczący o jego pozycji społecznej, ale tym razem może trochę zluzował (powinno być przeciwnie, ale domyślał się, że przesada tu nie pasuje). Za to zostawił większość niepotrzebnych rzeczy w Mungu, mając przy sobie jeszcze butelkę ekskluzywnego trunku zwanego ognistą (ale taką lepszą, okay?) w papierowej ozdobnej torebce i paczuszkę w podręcznej torbie.
Zaloty jak Merlina kocham, Bozehna. Jak Merlina kocham.
Byłoby łatwiej.
- Doskonale - zapewnił gadające drzwi, bo skoro nikogo nie było to najpewniej gadał z drzwiami.
Tymi, o które się oparł siadając na wycieraczce w taki sposób, że zablokował całe wejście i wyjście. I to jeszcze zanim ponownie odezwał się do martwych szczątków drzew pomalowanych na bliżej nieokreślony kolor, który średnio widział w ciemnym korytarzu klatki schodowej. Ironicznie.
- Wobec tego muszę tu siedzieć, skoro nikt mi nie otworzy - oznajmił donośnie, dając przy tym do zrozumienia, że z każdą mijającą minutą, kiedy kogoś nie było w domu on mógł się tu rozwalać jeszcze bardziej.
W końcu komuś, kogo nie było w domu powinno być wszystko jedno, że ktoś inny robi siarę przed drzwiami. Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal. Nieobecni nie mieli prawa głosu. Tak jak ryby i dzieci.
Nie, nie sprawdził klamki. Był kulturalny, przynajmniej na ten moment, bo zamiast szarpać się z drzwiami (po co miałby wchodzić do pustego mieszkania?) pogwizdywał cicho pod nosem. Za minutę zrobi to trochę głośniej. Potem może doda do tego tupanie nogą w rytm. Kto wie, co przyniosą kolejne minuty.