28.09.2024, 01:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.09.2024, 01:54 przez Maeve Chang.)
Uniosła brew, słysząc marzenie o ostatnim w życiu abordażu. Podejrzewała skąd mogły się brać myśli suicydalne u Lorraine w tym momencie, przeczuwała, że potęgowane były wstydem, ale nie rozumiała, skąd wziął się w takiej ilości - dla Mewy wymiotowanie po dobrej zabawie było niczym dziwnym. Wręcz przeciwnie, na Nokturnie takie zwieńczenie imprezy było naturalną koleją rzeczy.
- Generalnie to twoje życzenie jest moim rozkazem - rozpoczęła, brzmiąc na nieco skonfundowaną. A może tylko usilnie kryła rozbawienie? - Ale musisz mi obiecać, że po śmierci będziesz mnie intensywnie nawiedzać. - Nie wytrzymała; parsknęła cichym śmiechem pod nosem, nie mogąc nie obrócić w żart tego dramatyzmu. Naprawdę nie odbierała niestrawności Lorraine jako czegoś obrzydliwego, ot, naturalna reakcja organizmu na zbyt wiele wrażeń. Może z perspektywy Maeve była nawet, o zgrozo, mile widziana - będąc świadkiem buntu wilego ciała uświadamiała sobie, że jasnowłosa pozostaje w dużej mierze człowiekiem, a nie istotą boską. Jej słabość przypominała Mewie, że jej ukochana jest śmiertelna, namacalna, delikatna. Że jest osiągalna.
Przyciągnęła Lorraine bliżej, pozwalając jej przylgnąć do siebie jak do kotwicy, która miała ją utrzymać w tej rzeczywistości, kiedy czuła się, jakby odpływała. Maeve pogładziła ją po plecach, jej dotyk był delikatny, pełen zrozumienia, ale także stanowczy, jakby chciała pokazać, że jest tutaj - solidna, stabilna, niezachwiana.
Uśmiechnęła się lekko, słysząc słowa Lorraine, choć wiedziała, że za tymi próbami humoru kryje się więcej. Jej palce błądziły po ramionach kobiety, próbując ją uspokoić, jakby chciała powiedzieć bez słów: Jestem tutaj. Zawsze będę.
- Niby nie ja - przyznała, wzdychając. Życzyła sobie w tej chwili, aby Lorraine przestała się już tak biczować. - Niemniej, mogę do ciebie dołączyć, jeśli będzie ci wtedy raźniej. To żaden problem, wiesz, dwa palce w Natalce i samo pójdzie... - zaczęła paplać, wskazując złączonymi ze sobą palcami, wskazującym i środkowym, na własne gardło, żeby zaprezentować, jak łatwo może dołączyć do olimpiady w rzyganiu. Nie czuła się skrępowana w żadnym wypadku, ani wizją, ani własnymi słowami. Jeśli Lorraine dzięki temu miałaby się poczuć lepiej na duchu, ośmieszenie się było śmiesznie niskim kosztem.
Pozwoliła, aby Lorraine całkowicie się do niej przytuliła. Otaczał je las, jego majestat odbijał się w myślach Maeve, która przez chwilę dała się ponieść jego tajemniczości. Stare drzewa zdawały się skrywać w sobie historie niezliczonych pokoleń, a wśród nich Lorraine i ona, połączone czymś, co wykraczało poza zwyczajne uczucia.
Maeve rozejrzała się wokół, przyglądając się tutejszym drzewom z szacunkiem. Wiedziała, że Lorraine ma swoją własną historię związaną z tym miejscem, że tutejsza ziemia, przesiąknięta magią i przeszłością, była częścią jej dziedzictwa. Malfoy Manor - to słowo odbijało się w myślach Maeve z odcieniem chłodnej formalności. Posiadłość, która dla wielu była symbolem bogactwa i władzy, dla Lorraine stała się jedynie pustym budynkiem, pozbawionym ciepła, którego potrzebowała. Maeve rozumiała tę skomplikowaną relację. Nokturn, choć teraz należał do ich codzienności, również nie dawał jej tego poczucia przynależności. Dom nie był miejscem - był osobą. Domem było to, gdzie znajdowała Lorraine.
Zgubiła się na moment w tym wspomnieniu, w tej refleksji, gdy Lorraine delikatnie uniosła jej dłonie, jakby chciała ją zakotwiczyć w teraźniejszości. Ciepłe palce Lorraine pieściły jej skórę, rysując kółka, działając na Maeve kojąco. Jej słowa, mimo poczucia winy i wstydu, miały w sobie coś słodkiego, coś, co pozwalało Maeve wierzyć, jak bardzo Lorraine ją kochała.
Teraz przyciągnęła Lorraine bliżej, jej oddech był spokojny, a serce biło równomiernie. Słyszała w jej słowach przeprosiny, ale nie chciała, by Lorraine czuła się winna. Zaniedbywanie? Maeve nie odczuwała tego w ten sposób. Raine miała swoje własne demony, swoje własne zmagania, które często stawały między nimi. Ale Maeve była cierpliwa, bo rozumiała - Malfoy nie była idealna, tak jak i ona nie była.
- Zaufaj mi, ten dzień jest wyjątkowy - oznajmiła, unosząc brwi i ewidentnie próbując się nie zaśmiać w głos. Nie mogła przecież skłamać; jak miałaby zapomnieć chwilę, w której jej dziewczyna zaczyna wymiotować tuż po całowaniu się z nią? Będzie to opowiadać wnukom swoich sióstr. - Ale dobrze, sprawdźmy, czy przesądy mają pokrycie w rzeczywistości. - Maeve uśmiechnęła się zadziornie, w jej oczach zatańczyła iskierka rozbawienia. Powoli uniosła rękę Lorraine, ich palce splecione jak nici tworzące niewidzialną więź, której nie dało się przerwać. Zatrzymała się tak na krótki moment, w milczeniu, które było jak cichy szept lasu wokół nich. Maeve miała wrażenie, że czas zwalnia, pozwalając im na chwilę zapomnienia, na moment, który należał tylko do nich.
Podniosła ich splecione dłonie wyżej, nad głowami, w gest, który mógłby przypominać początek tańca. Pozwoliła podążyć Lorraine za swym ruchem z naturalną gracją, a następnie patrząc w jej oczy, delikatnie poprowadziła ją do piruetu. Wiła zaczęła się obracać, a Maeve obserwowała, jak sukienka Lorraine rozlewa się wokół jej nóg jak płynna tkanina, przypominająca taniec wiatru między drzewami. Światło przebijało się przez liście, migocząc na ich skórze jak drobne iskierki magii, które otulały ich w tej chwili bliskości.
Maeve trzymała jej dłoń pewnie, ale delikatnie, pozwalając Lorraine na swobodę ruchu, jednocześnie dając jej poczucie bezpieczeństwa. Obserwowała z miłością, jak obracała się, a jej włosy wirowały wokół twarzy, miękko lśniąc w blasku słońca. W tym momencie Maeve czuła, jakby obie były częścią jakiegoś pradawnego rytuału, w którym ich ciała współgrały z rytmem natury.
Kiedy Lorraine kończyła obrót, Maeve delikatnie przyciągnęła ją z powrotem do siebie, ich dłonie wciąż splecione, ich oddechy zsynchronizowane.
- I jak, czujesz zew pobliskiego strumienia? - Zapytała, a jej głos przeszedł w pomruk. Uśmiechnęła się, obserwując reakcję wiły z góry; może nie powinna była kręcić kimś, kto dopiero co zwrócił zawartość żołądka, ale nie mogła się oprzeć.
- Generalnie to twoje życzenie jest moim rozkazem - rozpoczęła, brzmiąc na nieco skonfundowaną. A może tylko usilnie kryła rozbawienie? - Ale musisz mi obiecać, że po śmierci będziesz mnie intensywnie nawiedzać. - Nie wytrzymała; parsknęła cichym śmiechem pod nosem, nie mogąc nie obrócić w żart tego dramatyzmu. Naprawdę nie odbierała niestrawności Lorraine jako czegoś obrzydliwego, ot, naturalna reakcja organizmu na zbyt wiele wrażeń. Może z perspektywy Maeve była nawet, o zgrozo, mile widziana - będąc świadkiem buntu wilego ciała uświadamiała sobie, że jasnowłosa pozostaje w dużej mierze człowiekiem, a nie istotą boską. Jej słabość przypominała Mewie, że jej ukochana jest śmiertelna, namacalna, delikatna. Że jest osiągalna.
Przyciągnęła Lorraine bliżej, pozwalając jej przylgnąć do siebie jak do kotwicy, która miała ją utrzymać w tej rzeczywistości, kiedy czuła się, jakby odpływała. Maeve pogładziła ją po plecach, jej dotyk był delikatny, pełen zrozumienia, ale także stanowczy, jakby chciała pokazać, że jest tutaj - solidna, stabilna, niezachwiana.
Uśmiechnęła się lekko, słysząc słowa Lorraine, choć wiedziała, że za tymi próbami humoru kryje się więcej. Jej palce błądziły po ramionach kobiety, próbując ją uspokoić, jakby chciała powiedzieć bez słów: Jestem tutaj. Zawsze będę.
- Niby nie ja - przyznała, wzdychając. Życzyła sobie w tej chwili, aby Lorraine przestała się już tak biczować. - Niemniej, mogę do ciebie dołączyć, jeśli będzie ci wtedy raźniej. To żaden problem, wiesz, dwa palce w Natalce i samo pójdzie... - zaczęła paplać, wskazując złączonymi ze sobą palcami, wskazującym i środkowym, na własne gardło, żeby zaprezentować, jak łatwo może dołączyć do olimpiady w rzyganiu. Nie czuła się skrępowana w żadnym wypadku, ani wizją, ani własnymi słowami. Jeśli Lorraine dzięki temu miałaby się poczuć lepiej na duchu, ośmieszenie się było śmiesznie niskim kosztem.
Pozwoliła, aby Lorraine całkowicie się do niej przytuliła. Otaczał je las, jego majestat odbijał się w myślach Maeve, która przez chwilę dała się ponieść jego tajemniczości. Stare drzewa zdawały się skrywać w sobie historie niezliczonych pokoleń, a wśród nich Lorraine i ona, połączone czymś, co wykraczało poza zwyczajne uczucia.
Maeve rozejrzała się wokół, przyglądając się tutejszym drzewom z szacunkiem. Wiedziała, że Lorraine ma swoją własną historię związaną z tym miejscem, że tutejsza ziemia, przesiąknięta magią i przeszłością, była częścią jej dziedzictwa. Malfoy Manor - to słowo odbijało się w myślach Maeve z odcieniem chłodnej formalności. Posiadłość, która dla wielu była symbolem bogactwa i władzy, dla Lorraine stała się jedynie pustym budynkiem, pozbawionym ciepła, którego potrzebowała. Maeve rozumiała tę skomplikowaną relację. Nokturn, choć teraz należał do ich codzienności, również nie dawał jej tego poczucia przynależności. Dom nie był miejscem - był osobą. Domem było to, gdzie znajdowała Lorraine.
Zgubiła się na moment w tym wspomnieniu, w tej refleksji, gdy Lorraine delikatnie uniosła jej dłonie, jakby chciała ją zakotwiczyć w teraźniejszości. Ciepłe palce Lorraine pieściły jej skórę, rysując kółka, działając na Maeve kojąco. Jej słowa, mimo poczucia winy i wstydu, miały w sobie coś słodkiego, coś, co pozwalało Maeve wierzyć, jak bardzo Lorraine ją kochała.
Teraz przyciągnęła Lorraine bliżej, jej oddech był spokojny, a serce biło równomiernie. Słyszała w jej słowach przeprosiny, ale nie chciała, by Lorraine czuła się winna. Zaniedbywanie? Maeve nie odczuwała tego w ten sposób. Raine miała swoje własne demony, swoje własne zmagania, które często stawały między nimi. Ale Maeve była cierpliwa, bo rozumiała - Malfoy nie była idealna, tak jak i ona nie była.
- Zaufaj mi, ten dzień jest wyjątkowy - oznajmiła, unosząc brwi i ewidentnie próbując się nie zaśmiać w głos. Nie mogła przecież skłamać; jak miałaby zapomnieć chwilę, w której jej dziewczyna zaczyna wymiotować tuż po całowaniu się z nią? Będzie to opowiadać wnukom swoich sióstr. - Ale dobrze, sprawdźmy, czy przesądy mają pokrycie w rzeczywistości. - Maeve uśmiechnęła się zadziornie, w jej oczach zatańczyła iskierka rozbawienia. Powoli uniosła rękę Lorraine, ich palce splecione jak nici tworzące niewidzialną więź, której nie dało się przerwać. Zatrzymała się tak na krótki moment, w milczeniu, które było jak cichy szept lasu wokół nich. Maeve miała wrażenie, że czas zwalnia, pozwalając im na chwilę zapomnienia, na moment, który należał tylko do nich.
Podniosła ich splecione dłonie wyżej, nad głowami, w gest, który mógłby przypominać początek tańca. Pozwoliła podążyć Lorraine za swym ruchem z naturalną gracją, a następnie patrząc w jej oczy, delikatnie poprowadziła ją do piruetu. Wiła zaczęła się obracać, a Maeve obserwowała, jak sukienka Lorraine rozlewa się wokół jej nóg jak płynna tkanina, przypominająca taniec wiatru między drzewami. Światło przebijało się przez liście, migocząc na ich skórze jak drobne iskierki magii, które otulały ich w tej chwili bliskości.
Maeve trzymała jej dłoń pewnie, ale delikatnie, pozwalając Lorraine na swobodę ruchu, jednocześnie dając jej poczucie bezpieczeństwa. Obserwowała z miłością, jak obracała się, a jej włosy wirowały wokół twarzy, miękko lśniąc w blasku słońca. W tym momencie Maeve czuła, jakby obie były częścią jakiegoś pradawnego rytuału, w którym ich ciała współgrały z rytmem natury.
Kiedy Lorraine kończyła obrót, Maeve delikatnie przyciągnęła ją z powrotem do siebie, ich dłonie wciąż splecione, ich oddechy zsynchronizowane.
- I jak, czujesz zew pobliskiego strumienia? - Zapytała, a jej głos przeszedł w pomruk. Uśmiechnęła się, obserwując reakcję wiły z góry; może nie powinna była kręcić kimś, kto dopiero co zwrócił zawartość żołądka, ale nie mogła się oprzeć.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —