28.09.2024, 10:56 ✶
Przez długi czas zastanawiał się nad tym czy powinien odwiedzić Geraldine. Z jednej strony mógł sądzić, że chciała spędzić ten czas z bliskimi i rodziną. Może z kimś jeszcze, kogo nie znał, ale o kogo obecność czasami się... ...niepokoił? Nie wiedzieli o sobie jeszcze na tyle, żeby nie mógł tego założyć a to była naprawdę chujowa myśl.
Co prawda tłumaczył sobie, że w takim razie nie spędzałaby z nim tyle czasu, ale życie bywało różne. Układało się w nieoczekiwany sposób. Yaxleyówna nie musiała mu oznajmiać, że miała kogoś poza granicami kraju. Na przykład na egipskich wykopaliskach albo w lasach deszczowych. Nie należały mu się takie informacje, szczególnie że jak na ten moment przezornie (nie, jak śmierdzący tchórz) powstrzymał się przed jakimikolwiek niewłaściwymi pozaprzyjacielskimi ruchami. To trochę wierciło mu dziurę w głowie.
Z drugiej strony wiedział, że nie była chętna do tego, żeby spędzać czas w rodzinnej posiadłości. To znaczyło, że jeśli nie była tam to równie dobrze mógł próbować ją łapać w Londynie. Jasne, dopuszczał możliwość odbicia się od drzwi. Wtedy zostawiłby jej pod nimi kwiaty z prezentem i butelką alkoholu a ciasto pewnie sam by zjadł w swoim pustym zaciemnionym mieszkaniu, do którego by wrócił. Bezcelowe byłoby szukanie jej po mieście, zresztą nie zrobiłby tego, żeby się nie wygłupić. Wróciłby do siebie.
W trzecim scenariuszu dołączał do świętowania z innymi przyjaciółmi kobiety (i może Tym człowiekiem, który mógł nie istnieć, ale i tak nim profilaktycznie gardził) zachowując się neutralnie i wiedząc, że wtedy byłoby trochę łatwiej. W towarzystwie innych osób nie musiał się aż tak pilnować. To nie znaczyło, że wygrywał z mętlikiem w głowie. Co to, to nie. Natomiast nie było miejsca na niezręczną ciszę i napięcie, które coraz częściej się pojawiało.
Takie napięcie, które czuł też na myśl o tym czy w ogóle wypadało mu odwiedzić ją w urodziny. Byli przyjaciółmi. Przyjaciele świętowali swoje urodziny. Ale czy byli sobie tak bliscy, żeby chciała z nim spędzić ten wieczór? Z jednej strony tak. Z drugiej strony nie. Coś bardzo dużo było tych potencjalnych stron. Jakby niewystarczająco się gubił.
Nie odpowiedział, ale instynktownie przesunął się tak, że jego plecy oparły się nie o drzwi a o ścianę. Nie chciał dostać drzwiami ani wpaść z nimi do mieszkania jak debil. Zupełnie zapomniał jak to wyglądało w mieszkaniu Geraldine. Stresował się tym spotkaniem? Nie powinien, ale miał dziwne przeświadczenie, że tak. To nie był normalny stan. Wyglądał na wyluzowanego na swojej miejscówce na podłodze (wycieraczkę też ze sobą przesunął, żeby nie siedzieć tak całkiem na podłodze), żeby nie powiedzieć: rozwalonego tam w pełnym komforcie. Coś go ewidentnie ciągnęło do spędzania czasu na ziemi. Nawet, jeśli nie powinien pasować do takiego otoczenia i mógłby tam wyglądać śmiesznie w swoich szytych pod wymiar, wygładzonych ubraniach z drogich materiałów.
Kiedy Geraldine otworzyła mu drzwi, uniósł na nią wzrok i uśmiechnął się szeroko.
- Widzisz? Jednak się znalazłaś - odezwał się trochę wbrew sobie i temu, co innego mógłby powiedzieć z uwagi na swój mentalny mętlik na jej widok.
Pozory, pozory. Podparł się na rękach, żeby wstać i otrzepać się z niewidocznych brudków.
- Teraz mogę ci powiedzieć: to był blef, bo inaczej mogłabyś mnie nie wpuścić - oznajmił gładziutko bez mrugnięcia okiem, unosząc kącik ust w uśmiechu. - Najpewniej wszyscy są poza domem. Mamy wieczór - zawyrokował, dając Geraldine do zrozumienia, że wieczorem ludzie raczej świętowali publicznie.
Za dnia może byli w domach z rodzinami (stąd ta liczba zgłoszeń o zatruciach i doznanych obrażeniach) za to wieczorem na mieście robiło się całkiem tłoczno. Nie sądził, żeby mógł kogoś faktycznie wywabić z mieszkania na korytarz. No. Poza nią, ale to było planowane. Oczywiście istniała możliwość, że mógłby jej narobić siary, ale nikła. Szczególnie, że ewidentnie nie miała własnych gości.
Wchodząc do pustawego mieszkania nie skomentował tego w żaden sposób. Być może wszyscy, którzy mieli odwiedzić Geraldine zrobili to na długo przed nim. Średnio się tego spodziewał, ale nie planował pytać. Zabrał wszystkie rzeczy z podłogi w korytarzu i przestąpił próg, kulturalnie zamykając za sobą drzwi. Tym razem zostały zamknięte na zamek. On miał ten odruch. Nawet w nieswoim mieszkaniu.
- Wszystkiego najlepszego - odezwał się, kiedy odstawił ciasto na pobliską konsolkę, żeby mieć wolne ręce.
To był pierwszy raz, kiedy znaleźli się w takiej na wpół oficjalnej okazji. W dodatku tylko we dwoje. Bez innych ludzi, którzy ułatwiliby decyzję o dalszych posunięciach. Wyciągnął spory bukiet wyselekcjonowanych kwiatów w kierunku Geraldine, żeby kupić sobie trochę więcej czasu. Nie, żeby wcześniej nie myślał nad tym jak się zachować. Tak. To pochłaniało myśli Greengrassa bardziej niż powinno. Po cichu liczył na to, że spotka u niej grono ludzi i wszystko stanie się łatwiejsze, bo wtedy będą mogli zachować konwenanse.
W tym momencie jeszcze rozdzielał ich spory bukiet pachnących jasnoróżowych lilii (niemal identycznych do tych, które już raz jej przyniósł, ale tym razem nie białych) przyozdobionych paprociami, gipsówką i różnorodnymi wonnymi ziołami wsuniętymi tu i ówdzie w hołdzie dla nadchodzącej wiosny. Problem w tym, że Ambroise nie wiedział co ma zrobić z wolnymi rękami, kiedy przekazał jej kwiaty. W pierwszym odruchu schowałby je w kieszeniach.
Powinien powiedzieć coś więcej?
Co prawda parokrotnie próbował ułożyć jakieś życzenia, ale żadne z tamtych słów nie nadawało się do tego, żeby je powiedzieć. Teoretycznie był tu w roli przyjaciela. Przyjaciele nie stali jak sztywne kłody. Odchrząkując (miał nadzieję, że tego nie zauważyła ani nie usłyszała) powoli wystawił ramiona, żeby ją uściskać.
Powinien zrobić coś więcej?
Z suchą gulą w gardle nachylił się, żeby ucałować ją w oba policzki. To nie było niewłaściwe. Mimo to czuł się niewłaściwie. Toteż szybko wypuścił jubilatkę z tego niezręcznego uścisku (liczył, że sztywnego tylko w jego oczach). Wdychając jej zapach i przełykając ślinę, szybko obrócił się do swojej torby, żeby wyciągnąć małą paczuszkę opakowaną w ładny, zielony papier. Greengrass przykładał dużo wagi do manualnych czynności. Tym bardziej im bardziej to sprawiało mu trudności. W swoim życiu znacząco grał pozorami. Wszystko musiało być idealne. Każde zagięcie papieru, wszystkie wygładzenia. Nie robił tego przy pomocy zaklęć.
Wyciągnął prezent w kierunku Geraldine, posyłając jej neutralny uśmiech.
- Jak widzisz mam też ciasto i alkohol - odezwał się, nie zauważając, że przez ten cały czas bezmyślnie zaczął bawić się sygnetem na palcu.
Było trudniej niż przewidywał, mimo że powinno być banalnie.
Co prawda tłumaczył sobie, że w takim razie nie spędzałaby z nim tyle czasu, ale życie bywało różne. Układało się w nieoczekiwany sposób. Yaxleyówna nie musiała mu oznajmiać, że miała kogoś poza granicami kraju. Na przykład na egipskich wykopaliskach albo w lasach deszczowych. Nie należały mu się takie informacje, szczególnie że jak na ten moment przezornie (nie, jak śmierdzący tchórz) powstrzymał się przed jakimikolwiek niewłaściwymi pozaprzyjacielskimi ruchami. To trochę wierciło mu dziurę w głowie.
Z drugiej strony wiedział, że nie była chętna do tego, żeby spędzać czas w rodzinnej posiadłości. To znaczyło, że jeśli nie była tam to równie dobrze mógł próbować ją łapać w Londynie. Jasne, dopuszczał możliwość odbicia się od drzwi. Wtedy zostawiłby jej pod nimi kwiaty z prezentem i butelką alkoholu a ciasto pewnie sam by zjadł w swoim pustym zaciemnionym mieszkaniu, do którego by wrócił. Bezcelowe byłoby szukanie jej po mieście, zresztą nie zrobiłby tego, żeby się nie wygłupić. Wróciłby do siebie.
W trzecim scenariuszu dołączał do świętowania z innymi przyjaciółmi kobiety (i może Tym człowiekiem, który mógł nie istnieć, ale i tak nim profilaktycznie gardził) zachowując się neutralnie i wiedząc, że wtedy byłoby trochę łatwiej. W towarzystwie innych osób nie musiał się aż tak pilnować. To nie znaczyło, że wygrywał z mętlikiem w głowie. Co to, to nie. Natomiast nie było miejsca na niezręczną ciszę i napięcie, które coraz częściej się pojawiało.
Takie napięcie, które czuł też na myśl o tym czy w ogóle wypadało mu odwiedzić ją w urodziny. Byli przyjaciółmi. Przyjaciele świętowali swoje urodziny. Ale czy byli sobie tak bliscy, żeby chciała z nim spędzić ten wieczór? Z jednej strony tak. Z drugiej strony nie. Coś bardzo dużo było tych potencjalnych stron. Jakby niewystarczająco się gubił.
Nie odpowiedział, ale instynktownie przesunął się tak, że jego plecy oparły się nie o drzwi a o ścianę. Nie chciał dostać drzwiami ani wpaść z nimi do mieszkania jak debil. Zupełnie zapomniał jak to wyglądało w mieszkaniu Geraldine. Stresował się tym spotkaniem? Nie powinien, ale miał dziwne przeświadczenie, że tak. To nie był normalny stan. Wyglądał na wyluzowanego na swojej miejscówce na podłodze (wycieraczkę też ze sobą przesunął, żeby nie siedzieć tak całkiem na podłodze), żeby nie powiedzieć: rozwalonego tam w pełnym komforcie. Coś go ewidentnie ciągnęło do spędzania czasu na ziemi. Nawet, jeśli nie powinien pasować do takiego otoczenia i mógłby tam wyglądać śmiesznie w swoich szytych pod wymiar, wygładzonych ubraniach z drogich materiałów.
Kiedy Geraldine otworzyła mu drzwi, uniósł na nią wzrok i uśmiechnął się szeroko.
- Widzisz? Jednak się znalazłaś - odezwał się trochę wbrew sobie i temu, co innego mógłby powiedzieć z uwagi na swój mentalny mętlik na jej widok.
Pozory, pozory. Podparł się na rękach, żeby wstać i otrzepać się z niewidocznych brudków.
- Teraz mogę ci powiedzieć: to był blef, bo inaczej mogłabyś mnie nie wpuścić - oznajmił gładziutko bez mrugnięcia okiem, unosząc kącik ust w uśmiechu. - Najpewniej wszyscy są poza domem. Mamy wieczór - zawyrokował, dając Geraldine do zrozumienia, że wieczorem ludzie raczej świętowali publicznie.
Za dnia może byli w domach z rodzinami (stąd ta liczba zgłoszeń o zatruciach i doznanych obrażeniach) za to wieczorem na mieście robiło się całkiem tłoczno. Nie sądził, żeby mógł kogoś faktycznie wywabić z mieszkania na korytarz. No. Poza nią, ale to było planowane. Oczywiście istniała możliwość, że mógłby jej narobić siary, ale nikła. Szczególnie, że ewidentnie nie miała własnych gości.
Wchodząc do pustawego mieszkania nie skomentował tego w żaden sposób. Być może wszyscy, którzy mieli odwiedzić Geraldine zrobili to na długo przed nim. Średnio się tego spodziewał, ale nie planował pytać. Zabrał wszystkie rzeczy z podłogi w korytarzu i przestąpił próg, kulturalnie zamykając za sobą drzwi. Tym razem zostały zamknięte na zamek. On miał ten odruch. Nawet w nieswoim mieszkaniu.
- Wszystkiego najlepszego - odezwał się, kiedy odstawił ciasto na pobliską konsolkę, żeby mieć wolne ręce.
To był pierwszy raz, kiedy znaleźli się w takiej na wpół oficjalnej okazji. W dodatku tylko we dwoje. Bez innych ludzi, którzy ułatwiliby decyzję o dalszych posunięciach. Wyciągnął spory bukiet wyselekcjonowanych kwiatów w kierunku Geraldine, żeby kupić sobie trochę więcej czasu. Nie, żeby wcześniej nie myślał nad tym jak się zachować. Tak. To pochłaniało myśli Greengrassa bardziej niż powinno. Po cichu liczył na to, że spotka u niej grono ludzi i wszystko stanie się łatwiejsze, bo wtedy będą mogli zachować konwenanse.
W tym momencie jeszcze rozdzielał ich spory bukiet pachnących jasnoróżowych lilii (niemal identycznych do tych, które już raz jej przyniósł, ale tym razem nie białych) przyozdobionych paprociami, gipsówką i różnorodnymi wonnymi ziołami wsuniętymi tu i ówdzie w hołdzie dla nadchodzącej wiosny. Problem w tym, że Ambroise nie wiedział co ma zrobić z wolnymi rękami, kiedy przekazał jej kwiaty. W pierwszym odruchu schowałby je w kieszeniach.
Powinien powiedzieć coś więcej?
Co prawda parokrotnie próbował ułożyć jakieś życzenia, ale żadne z tamtych słów nie nadawało się do tego, żeby je powiedzieć. Teoretycznie był tu w roli przyjaciela. Przyjaciele nie stali jak sztywne kłody. Odchrząkując (miał nadzieję, że tego nie zauważyła ani nie usłyszała) powoli wystawił ramiona, żeby ją uściskać.
Powinien zrobić coś więcej?
Z suchą gulą w gardle nachylił się, żeby ucałować ją w oba policzki. To nie było niewłaściwe. Mimo to czuł się niewłaściwie. Toteż szybko wypuścił jubilatkę z tego niezręcznego uścisku (liczył, że sztywnego tylko w jego oczach). Wdychając jej zapach i przełykając ślinę, szybko obrócił się do swojej torby, żeby wyciągnąć małą paczuszkę opakowaną w ładny, zielony papier. Greengrass przykładał dużo wagi do manualnych czynności. Tym bardziej im bardziej to sprawiało mu trudności. W swoim życiu znacząco grał pozorami. Wszystko musiało być idealne. Każde zagięcie papieru, wszystkie wygładzenia. Nie robił tego przy pomocy zaklęć.
Wyciągnął prezent w kierunku Geraldine, posyłając jej neutralny uśmiech.
- Jak widzisz mam też ciasto i alkohol - odezwał się, nie zauważając, że przez ten cały czas bezmyślnie zaczął bawić się sygnetem na palcu.
Było trudniej niż przewidywał, mimo że powinno być banalnie.