17.01.2023, 19:37 ✶
Leżał jeszcze na oddziale ratunkowym, gdy odwiedziła go Regina. Dopiero wieczorem mieli go przenieść na wypadki związane z klątwami, gdzie miałby więcej prywatności ze względu na niski współczynnik pacjentów. Czarodziej czytający Czarownicę został ledwie ugryziony przez żądlibąka, ale już wracał do siebie, skoro nie lewitował nad łóżkiem i był w stanie skupić się na artykułach. Wiedźma z łóżka obok pomyliła eliksiry i nieco się podtruła. Nijak nie porównywalne z tym, w jakim stanie trafił tutaj Fergus.
- Brzmi jak mój ojciec - odparł, uśmiechając się lekko do olbrzymki. Nadal był zbyt osłabiony, by pozwolić sobie na jakiś wysiłek, a podsłuchiwanie rozmów innych obecnych w tej sali osób zaczynało go nudzić. Naprawdę się cieszył, że ją widział, zwłaszcza po całym poprzednim dniu spędzonym w towarzystwie swoich rodziców. - Stwierdził, że jestem wspaniałym wyrobnikiem? - zaśmiał się, nie wierząc w to, co słyszał. W oczy w życiu by mu czegoś takiego nie powiedział. Najwyraźniej musiał prawie umrzeć, by ojciec jakkolwiek go docenił. - Co jeszcze gadał na temat Castiela? - dopytał jeszcze, już nieco bardziej ponuro, bo nie podobał mu się taki obrót spraw. Nawet jeśli sam się na niego nieco irytował, jego ojciec nie powinien się w tej sprawie w ogóle odzywać. A najwyraźniej rozpowiadał na prawo i lewo o wypadku Fergusa. Chociaż faktem było, że umówił się z Reginą, a nigdy się na tym spotkaniu nie pojawił, skoro wylądował w Mungu. Nadal był skołowany po utracie krwi i wyleciało mu z głowy, by spróbować do niej napisać. - Przepraszam, że nie dałem znać.
Jej mina pełna niezadowolenia nieco go przerażała, ale obserwował czujnie, jak przysuwa sobie krzesło i usadawia się na nim, przykuwając tym uwagę czarownicy od eliksirów. Zgromił ją wzrokiem, a ta speszona wróciła do lektury romansidła.
- Chciałbym powiedzieć, że bywało gorzej, ale chyba bym skłamał. Ogólnie jest już lepiej, jak widać żyję - wyjaśnił i podciągnął się z pozycji leżącej, by oprzeć się o poduszki i lepiej widzieć Reginę. Zresztą bolały go już plecy od tego ciągłego leżenia, gdzie nie mógł ułożyć się na swoim ulubionym boku, bo nadwyrężałby zranioną rękę. - W sumie nie stało się nic takiego, ugryzł mnie wampiryczny artefakt. - Wzruszył od niechcenia ramionami, powstrzymując się przed histerycznym śmiechem. Tylko w ten sposób ratował się przed totalną paniką, w jakie bagno mógł się wpakować. Prosto do grobu, przynajmniej zostałby w końcu tym pieprzonym duchem. Żaden wypadek przy pracy, żaden atak śmierciożerców. Po prostu czysta głupota w wykonaniu Fergusa Ollivandera.
- Brzmi jak mój ojciec - odparł, uśmiechając się lekko do olbrzymki. Nadal był zbyt osłabiony, by pozwolić sobie na jakiś wysiłek, a podsłuchiwanie rozmów innych obecnych w tej sali osób zaczynało go nudzić. Naprawdę się cieszył, że ją widział, zwłaszcza po całym poprzednim dniu spędzonym w towarzystwie swoich rodziców. - Stwierdził, że jestem wspaniałym wyrobnikiem? - zaśmiał się, nie wierząc w to, co słyszał. W oczy w życiu by mu czegoś takiego nie powiedział. Najwyraźniej musiał prawie umrzeć, by ojciec jakkolwiek go docenił. - Co jeszcze gadał na temat Castiela? - dopytał jeszcze, już nieco bardziej ponuro, bo nie podobał mu się taki obrót spraw. Nawet jeśli sam się na niego nieco irytował, jego ojciec nie powinien się w tej sprawie w ogóle odzywać. A najwyraźniej rozpowiadał na prawo i lewo o wypadku Fergusa. Chociaż faktem było, że umówił się z Reginą, a nigdy się na tym spotkaniu nie pojawił, skoro wylądował w Mungu. Nadal był skołowany po utracie krwi i wyleciało mu z głowy, by spróbować do niej napisać. - Przepraszam, że nie dałem znać.
Jej mina pełna niezadowolenia nieco go przerażała, ale obserwował czujnie, jak przysuwa sobie krzesło i usadawia się na nim, przykuwając tym uwagę czarownicy od eliksirów. Zgromił ją wzrokiem, a ta speszona wróciła do lektury romansidła.
- Chciałbym powiedzieć, że bywało gorzej, ale chyba bym skłamał. Ogólnie jest już lepiej, jak widać żyję - wyjaśnił i podciągnął się z pozycji leżącej, by oprzeć się o poduszki i lepiej widzieć Reginę. Zresztą bolały go już plecy od tego ciągłego leżenia, gdzie nie mógł ułożyć się na swoim ulubionym boku, bo nadwyrężałby zranioną rękę. - W sumie nie stało się nic takiego, ugryzł mnie wampiryczny artefakt. - Wzruszył od niechcenia ramionami, powstrzymując się przed histerycznym śmiechem. Tylko w ten sposób ratował się przed totalną paniką, w jakie bagno mógł się wpakować. Prosto do grobu, przynajmniej zostałby w końcu tym pieprzonym duchem. Żaden wypadek przy pracy, żaden atak śmierciożerców. Po prostu czysta głupota w wykonaniu Fergusa Ollivandera.