28.09.2024, 13:23 ✶
Puściły mu hamulce. Miał naprawdę krótki lont. Nie potrzebował wiele zachęty, żeby wybuchnąć i dać ujście narastającemu gniewowi. Przez cały wieczór starał się panować nad emocjami. Jak na siebie Ambroise dotąd okazywał nieprzewidziane pokłady spokoju i wyrozumiałości, choć wieczór potoczył się fatalnie na długo przed tym jak zaczął odprowadzać Geraldine do jej mieszkania.
Panował nad sobą, kiedy Ronald wezwał go do baru. Starał się być opanowany w okolicznościach nieplanowanego spotkania z Yaxleyówną, choć to samo w sobie zazwyczaj wystarczyłoby, żeby poruszyć w nim niewłaściwą strunę. Był w miarę opanowany podczas ich rozmowy. Starał się brać wszystko na chłodno i nie irytować się niedopowiedzeniami. Kiedy chaotycznie przedstawiła mu historię, która ewidentnie miała na nią destrukcyjny wpływ także zacisnął zęby. Zamiast pałać gniewem i chcieć wziąć sprawy w swoje ręce, Ambroise zaoferował jej wsparcie.
Złamał swoje własne obietnice, że da jej od siebie spokój. Greengrass jakimś cudem zignorował poczucie, że wszystkie jego podjęte środki były tak naprawdę o dupę potłuc, bo życie Geraldine wcale się nie poprawiło, kiedy odszedł. Odsunął się, dał jej odetchnąć po ich burzliwym związku. Usiłował tłumaczyć przed samym sobą, że złamał krąg i pozwolił im wydostać się z pętli toksycznego współuzależnienia.
Starał się na chłodno analizować swoje dalsze kroki, bo przecież obiecał jej, że nie będzie dłużej problemem a jednocześnie poprzysiągł, że nie zostawi jej z innymi problemami. Thoran zdecydowanie był dla niej większym niebezpieczeństwem niż Ambroise i jego popierdolenie umysłowe. To mógł być wystarczający pretekst do zaangażowania się w konflikt.
Nie chciał myśleć, że tak naprawdę od dawna czekał na jakikolwiek pretekst i ten całkiem mógłby mu pasować. To by znaczyło, że był zdesperowany, niesłowny i na tyle zły, żeby źle życzyć Geraldine byleby tylko zyskać szansę cofnięcia swoich kiepskich decyzji. To założenie go wkurwiało.
O tak.
Zanim zjawili się w mieszkaniu był już wkurwiony pod skórą. Potrzebował wymówki do tego, żeby dać temu ujście i zdjąć maskę z twarzy. Długo nie dopuszczał do siebie myśli, że jest coraz bardziej zirytowany. Żartował i uśmiechał się. Dbał o pozory. Starał się wmówić sobie, że jest najspokojniejszą osobą w pomieszczeniu i może być rozjemcą.
Chuja był a nie rozjemcą.
Wystarczyła iskra zapalna w postaci pochopnej wypowiedzi ze strony Astarotha wypowiedzianej w złym momencie do złej osoby. Ambroise nie wpadłby w taką furię, gdyby mściwe wyrzuty zostały skierowane w jego stronę. Wyśmiałby je. Może w dalszym ciągu byłby opanowany i tylko trochę bardziej podkurwiony.
Nie mieli się tego dowiedzieć.
Ambroise wpadł w furię prawdopodobnie dorównującej furii jego nieoczekiwanego przeciwnika. Przestało się dla niego liczyć to ile rozpierdolą po drodze ani nawet to czy rzucanie się na wampira z pięściami jest dobrym pomysłem. W dupie miał to, że nie było.
Nigdy nie był spokojny, ale ostatni rok coś w nim zmienił. Rosnące zainteresowanie ciemnymi sztukami tajemnej magii, interesy na Nokturnie i na ścieżkach: to wystarczyło, żeby pojawiła się w nim nowa okrutność. Kiedy Ambroise rzucił się na Astarotha nie był tym samym człowiekiem. Był zdecydowany, żeby rozgromić przeciwnika.
Chciał nim wytrzeć podłogę, która jakimś cudem nie pokryła się szkłem ze szczątek zakupów. Eliksiry wytrzymały zetknięcie w parszywym ryjem Yaxleya. Ambroise nie zwrócił uwagi na to, gdzie upadła torba.
Greengrass całkiem skupił się na młodym wampirze. Astaroth może był sprawniejszy i dysponował siłami wampira, ale Ambroise miał tę przewagę, że nie raz nie dwa tłukł się z knypkami na Nokturnie. Miał siłę tura i dziką furię. Śmiech ze strony Yaxleya tylko jeszcze bardziej go wkurwiał.
Starli się w walce. To była sprawa między nimi dwoma. Nie patrzył na Geraldine, ale oczekiwał, że nie wmiesza się w to, bo to były teraz ich sprawy.
Uzdrowiciel chciał leczyć krwiopijcę tym, co miał pod ręką: pięścią.
Planował złapać go bez ostrzeżenia za włosy z tyłu głowy i bez wahania przypierdolić twarzą Astarotha o podłogę, żeby wampir mógł dostać to, czego chciał - nażreć się krwią. Tyle, że własną z nosa wciśniętego w kafelki. Nie byłby niezadowolony, gdyby gdzieś przy okazji wydarł Yaxleyowi trochę włosów i naruszył mu skalp.
Czy pogłaszczę Astarotha po główce i zapoznam go z podłogą?
Panował nad sobą, kiedy Ronald wezwał go do baru. Starał się być opanowany w okolicznościach nieplanowanego spotkania z Yaxleyówną, choć to samo w sobie zazwyczaj wystarczyłoby, żeby poruszyć w nim niewłaściwą strunę. Był w miarę opanowany podczas ich rozmowy. Starał się brać wszystko na chłodno i nie irytować się niedopowiedzeniami. Kiedy chaotycznie przedstawiła mu historię, która ewidentnie miała na nią destrukcyjny wpływ także zacisnął zęby. Zamiast pałać gniewem i chcieć wziąć sprawy w swoje ręce, Ambroise zaoferował jej wsparcie.
Złamał swoje własne obietnice, że da jej od siebie spokój. Greengrass jakimś cudem zignorował poczucie, że wszystkie jego podjęte środki były tak naprawdę o dupę potłuc, bo życie Geraldine wcale się nie poprawiło, kiedy odszedł. Odsunął się, dał jej odetchnąć po ich burzliwym związku. Usiłował tłumaczyć przed samym sobą, że złamał krąg i pozwolił im wydostać się z pętli toksycznego współuzależnienia.
Starał się na chłodno analizować swoje dalsze kroki, bo przecież obiecał jej, że nie będzie dłużej problemem a jednocześnie poprzysiągł, że nie zostawi jej z innymi problemami. Thoran zdecydowanie był dla niej większym niebezpieczeństwem niż Ambroise i jego popierdolenie umysłowe. To mógł być wystarczający pretekst do zaangażowania się w konflikt.
Nie chciał myśleć, że tak naprawdę od dawna czekał na jakikolwiek pretekst i ten całkiem mógłby mu pasować. To by znaczyło, że był zdesperowany, niesłowny i na tyle zły, żeby źle życzyć Geraldine byleby tylko zyskać szansę cofnięcia swoich kiepskich decyzji. To założenie go wkurwiało.
O tak.
Zanim zjawili się w mieszkaniu był już wkurwiony pod skórą. Potrzebował wymówki do tego, żeby dać temu ujście i zdjąć maskę z twarzy. Długo nie dopuszczał do siebie myśli, że jest coraz bardziej zirytowany. Żartował i uśmiechał się. Dbał o pozory. Starał się wmówić sobie, że jest najspokojniejszą osobą w pomieszczeniu i może być rozjemcą.
Chuja był a nie rozjemcą.
Wystarczyła iskra zapalna w postaci pochopnej wypowiedzi ze strony Astarotha wypowiedzianej w złym momencie do złej osoby. Ambroise nie wpadłby w taką furię, gdyby mściwe wyrzuty zostały skierowane w jego stronę. Wyśmiałby je. Może w dalszym ciągu byłby opanowany i tylko trochę bardziej podkurwiony.
Nie mieli się tego dowiedzieć.
Ambroise wpadł w furię prawdopodobnie dorównującej furii jego nieoczekiwanego przeciwnika. Przestało się dla niego liczyć to ile rozpierdolą po drodze ani nawet to czy rzucanie się na wampira z pięściami jest dobrym pomysłem. W dupie miał to, że nie było.
Nigdy nie był spokojny, ale ostatni rok coś w nim zmienił. Rosnące zainteresowanie ciemnymi sztukami tajemnej magii, interesy na Nokturnie i na ścieżkach: to wystarczyło, żeby pojawiła się w nim nowa okrutność. Kiedy Ambroise rzucił się na Astarotha nie był tym samym człowiekiem. Był zdecydowany, żeby rozgromić przeciwnika.
Chciał nim wytrzeć podłogę, która jakimś cudem nie pokryła się szkłem ze szczątek zakupów. Eliksiry wytrzymały zetknięcie w parszywym ryjem Yaxleya. Ambroise nie zwrócił uwagi na to, gdzie upadła torba.
Greengrass całkiem skupił się na młodym wampirze. Astaroth może był sprawniejszy i dysponował siłami wampira, ale Ambroise miał tę przewagę, że nie raz nie dwa tłukł się z knypkami na Nokturnie. Miał siłę tura i dziką furię. Śmiech ze strony Yaxleya tylko jeszcze bardziej go wkurwiał.
Starli się w walce. To była sprawa między nimi dwoma. Nie patrzył na Geraldine, ale oczekiwał, że nie wmiesza się w to, bo to były teraz ich sprawy.
Uzdrowiciel chciał leczyć krwiopijcę tym, co miał pod ręką: pięścią.
Planował złapać go bez ostrzeżenia za włosy z tyłu głowy i bez wahania przypierdolić twarzą Astarotha o podłogę, żeby wampir mógł dostać to, czego chciał - nażreć się krwią. Tyle, że własną z nosa wciśniętego w kafelki. Nie byłby niezadowolony, gdyby gdzieś przy okazji wydarł Yaxleyowi trochę włosów i naruszył mu skalp.
Czy pogłaszczę Astarotha po główce i zapoznam go z podłogą?
Rzut N 1d100 - 75
Sukces!
Sukces!