28.09.2024, 15:17 ✶
- Nie musi mnie Panienka przepraszać. Tak. To się zdarza, ale nieczęsto - skwitował, bo w papierach, które pewnie od niego chciała bywały adnotacje o sprzedaży fragmentów drzew albo całych okazów.
- Na to również mamy konieczne papiery. Może pokryją się z waszą listą, ale jak mówiłem. Chciałbym ją zobaczyć - stwierdził poważnie a odpowiedź Brenny w miarę go usatysfakcjonowała.
To był fakt, ale jak już wspominał - to działo się tak rzadko, że niemal nie było warte odnotowania. W razie czego zresztą prowadzili swoje rejestry. To były jawne informacje (w przeciwieństwie do kilku innych procederów mających miejsce na ich terenach). Ambroise współpracował między innymi z uwagi na te rejestry. Uważał, że najciemniej bywało pod latarnią. Jeśli pokazałby Ministerstwu wszystko czego od niego oczekiwano to nie miałby problemu z niepożądanym dalszym węszeniem.
Wystarczyło to, że już teraz Brygada musiała wkroczyć do ich lasu.
- Zapewniam, że potrafię sobie poradzić w konfrontacji siłowej - odpowiedział, bo to była oczywista oczywistość.
Jeśli Funkcjonariuszka Brenna chciała go zrazić do pójścia z nią (lub za nią; to jej wybór) do lasu to nie wybrała najlepszego argumentu. Ambroise wprost palił się do tego, żeby komuś przyfasolić. Może tak nie wyglądał. Bardzo dbał o to, żeby nie dać po sobie poznać, że to mogłoby go wręcz zachęcić do wejścia z butami w obozowisko Diabłów z Kosmosu. Zakładał, że jeśli tchórze nie uciekną (co było najbardziej prawdopodobne u tych małych chujków) to da radę je spacyfikować. Problem będą mieli dopiero później.
Kto wie pod jaki system prawny podlegała planeta, z której pochodziły? Czy powinni je sadzić wedle ziemskich praw a jeśli tak to czy tych w Wielkiej Brytanii? Czy inne kraje, w których Diabły najpewniej dokonały kradzieży mogły domagać się udziału w postępowaniu? A może mieliby również międzyplanetarny problem, bo gdzieś indziej też narobiły szkody?
- Wedle potrzeby zaklęciami również. Proszę się nie obawiać, Panno Longbottom - stwierdził.
Nie sądził, że to ją uspokoi, bo nie była zaniepokojona. Czuł się zobowiązany do tego, żeby wtrącać swoje uwagi, bo tak wynikało z dyskusji, którą prowadzili. Nie miałby szans postawić na swoim, gdyby milczał jak zaklęty i tylko ciskał w nią gromne spojrzenia. Zamiast tego wybrał otwartą komunikację. Nawet całkiem miłą, ale zdecydowaną.
- Ależ oczywiście - odpowiedział gładko bez dłuższego zastanowienia i jeśli spodziewała się, że jeśli gdzieś tam zaraz pojawi się uściślenie że nie to musiałby ją zaskoczyć szczerością.
Nie wyglądało, żeby to było konieczne. Ambroise dawał Brennie całkowicie jasną i prawdziwą odpowiedź. Tak. Słusznie założyła, że posunąłby się do czegoś takiego. Równie dobrze mogli sobie darować ewentualnie pościgi i prześciganie się w tropach. Czyż nie? Ona mu dała wskazówkę, on mógł się odwdzięczyć towarzyszeniem jej w dalszej drodze.
Nadal nie sądził, że wsparcie było konieczne. Tym bardziej, że najprawdopodobniej przysłano by im kogoś kto miał równie dużo doświadczenia co młoda funkcjonariuszka. Ba! Prawdopodobnie nawet mniej, biorąc pod uwagę to, że miała w rękawie asa pod postacią animagii. Tym zyskała w oczach Greengrassa, nawet jeśli jej o tym nie poinformował. Dużo chętniej współpracował z ludźmi wykazującymi inicjatywę popartą solidnymi i przydatnymi umiejętnościami. W starciu z kimkolwiek mogły to być bardzo przydatne talenty.
- Na to również mamy konieczne papiery. Może pokryją się z waszą listą, ale jak mówiłem. Chciałbym ją zobaczyć - stwierdził poważnie a odpowiedź Brenny w miarę go usatysfakcjonowała.
To był fakt, ale jak już wspominał - to działo się tak rzadko, że niemal nie było warte odnotowania. W razie czego zresztą prowadzili swoje rejestry. To były jawne informacje (w przeciwieństwie do kilku innych procederów mających miejsce na ich terenach). Ambroise współpracował między innymi z uwagi na te rejestry. Uważał, że najciemniej bywało pod latarnią. Jeśli pokazałby Ministerstwu wszystko czego od niego oczekiwano to nie miałby problemu z niepożądanym dalszym węszeniem.
Wystarczyło to, że już teraz Brygada musiała wkroczyć do ich lasu.
- Zapewniam, że potrafię sobie poradzić w konfrontacji siłowej - odpowiedział, bo to była oczywista oczywistość.
Jeśli Funkcjonariuszka Brenna chciała go zrazić do pójścia z nią (lub za nią; to jej wybór) do lasu to nie wybrała najlepszego argumentu. Ambroise wprost palił się do tego, żeby komuś przyfasolić. Może tak nie wyglądał. Bardzo dbał o to, żeby nie dać po sobie poznać, że to mogłoby go wręcz zachęcić do wejścia z butami w obozowisko Diabłów z Kosmosu. Zakładał, że jeśli tchórze nie uciekną (co było najbardziej prawdopodobne u tych małych chujków) to da radę je spacyfikować. Problem będą mieli dopiero później.
Kto wie pod jaki system prawny podlegała planeta, z której pochodziły? Czy powinni je sadzić wedle ziemskich praw a jeśli tak to czy tych w Wielkiej Brytanii? Czy inne kraje, w których Diabły najpewniej dokonały kradzieży mogły domagać się udziału w postępowaniu? A może mieliby również międzyplanetarny problem, bo gdzieś indziej też narobiły szkody?
- Wedle potrzeby zaklęciami również. Proszę się nie obawiać, Panno Longbottom - stwierdził.
Nie sądził, że to ją uspokoi, bo nie była zaniepokojona. Czuł się zobowiązany do tego, żeby wtrącać swoje uwagi, bo tak wynikało z dyskusji, którą prowadzili. Nie miałby szans postawić na swoim, gdyby milczał jak zaklęty i tylko ciskał w nią gromne spojrzenia. Zamiast tego wybrał otwartą komunikację. Nawet całkiem miłą, ale zdecydowaną.
- Ależ oczywiście - odpowiedział gładko bez dłuższego zastanowienia i jeśli spodziewała się, że jeśli gdzieś tam zaraz pojawi się uściślenie że nie to musiałby ją zaskoczyć szczerością.
Nie wyglądało, żeby to było konieczne. Ambroise dawał Brennie całkowicie jasną i prawdziwą odpowiedź. Tak. Słusznie założyła, że posunąłby się do czegoś takiego. Równie dobrze mogli sobie darować ewentualnie pościgi i prześciganie się w tropach. Czyż nie? Ona mu dała wskazówkę, on mógł się odwdzięczyć towarzyszeniem jej w dalszej drodze.
Nadal nie sądził, że wsparcie było konieczne. Tym bardziej, że najprawdopodobniej przysłano by im kogoś kto miał równie dużo doświadczenia co młoda funkcjonariuszka. Ba! Prawdopodobnie nawet mniej, biorąc pod uwagę to, że miała w rękawie asa pod postacią animagii. Tym zyskała w oczach Greengrassa, nawet jeśli jej o tym nie poinformował. Dużo chętniej współpracował z ludźmi wykazującymi inicjatywę popartą solidnymi i przydatnymi umiejętnościami. W starciu z kimkolwiek mogły to być bardzo przydatne talenty.