28.09.2024, 16:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.09.2024, 16:52 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Żartowała, ale nie myliła się tak całkiem. Bez jej towarzystwa to świętowanie nie byłoby takie udane. Do tego stopnia, że jeśli by jej nie zastał to pewnie i tak ominąłby wydarzenia w Londynie i zaszył się w swoich książkach w mieszkaniu. Miał konkretne plany na ten wieczór. Może lekko dało się je modyfikować, ale chciał ten wieczór spędzić wspólnie. Z jej innymi przyjaciółmi bądź też bez. Najchętniej bez, choć bycie w towarzystwie miało swoje zalety, bo mogli poruszać się wśród konwenansów. Natomiast bez wątpienia Ambroise widział dwudziesty pierwszy marca nie na małym sabacie. Ostara go w tym roku nie obchodziła.
- Z uprzejmości nie zaprzeczę - skomentował podążając za nią wgłąb mieszkania, które już poznał, ale nie tak dokładnie jak mógłby chcieć.
Chcenie a możliwości to było co innego.
- Twoje urocze towarzystwo jest niezbędne, moja miła Przyjaciółko, skoro świętujemy twoje urodziny, nie moje - poprawił się gładko, miał nadzieję, że brzmiał całkiem czarująco jak na to, co mówił.
Zresztą, jeśli miałby świętować swoje urodziny to też chętnie zrobiłby to wspólnie. Nie był znany z wyprawiania bardzo hucznych imprez. Od czasu do czasu jakąś robił, ale nie oczekiwał zbyt wiele od tego październikowego dnia. Natomiast co innego było w przypadku oblewania urodzin Geraldine.
- Ludzie bywają głupi i zapatrzeni w czubek swojego nosa - wzruszył ramionami.
No jasne. Jakby on był znowu taki inny i wyjątkowy. Wcale nie zapatrzony w czubek własnego nosa. Wcale a wcale. Tak, jakby zwykł myśleć o uczuciach i o emocjach innych ludzi. Oczywiście, że był chodzącą dyskrecją, zrozumieniem i gracją. Ludzkim uosobieniem wyrozumiałości i troski o innych ludzi. Acha. Echem. Jasne.
Ale mu zależało. Naprawdę nie miał tego gdzieś i starał się być w porządku. Chciał, żeby go lubiła. To było dla niego istotniejsze niż by przypuszczał. Nie wyobrażał sobie, że mogliby stać się sobie tak obcy czy oziębli jak wcześniej. Może było między nimi dużo napięcia i wiele niedopowiedzeń, ale wolał to od obojętności albo wrogości. Wybierał trudne do zrozumienia przywiązanie.
- Nie jesteś przegrywem - zaprzeczył.
To dla Greengrassa zabrzmiało raczej jak informacja o tym, że mógł być ostatnim gościem Geraldine. A to mu pasowało. Jeśli nie musieli przejmować się nagłymi wizytorami ani koniecznością opuszczenia jej mieszkania. Dopóki sama nie zdecyduje, żeby go wygonić. Oczywiście. To oznaczało, że przy dobrych wiatrach mogą tu spędzić noc. Rozmawiając, pijąc, jedząc ciasto urodzinowe. Może wychodząc po coś na wynos do baru, żeby wrócić.
Przynajmniej tak to sobie wyobrażał. Oficjalnie, bo nieoficjalną wersja była trochę bardziej skomplikowana. Według tej drugiej miał starać się trzymać ręce przy sobie i nie wypić na tyle, żeby dopuścić się realizacji głupich decyzji. Musiał kontrolować ilość spożywanego alkoholu, bo tolerancja zmniejszała się wprost przeciwnie do napięcia, które rosło w jego oczach.
Szklaneczka ognistej. Może dwie. Połowę lub trzy czwarte jednej butelki też mógłby rozważyć. Ale nie więcej. Jak na wprawnego degustatora napojów wyskokowych tym razem zamierzał trzymać się bezpiecznych dawek, żeby z powodzeniem świętować urodziny swojej najdroższej nowej przyjaciółki. Nie, żeby wygłupić się przed nią, bo wszystko sprowadzał w swojej głowie do jednego. Najpewniej tak było, bo ze strony Geraldine nie wyczuł żadnych jawnych reakcji na to, że kilka razy pozwolił sobie na więcej poufałości. W jego oczach była niewzruszona a to on i jego demony wpływały na atmosferę.
Odprowadził ją wzrokiem do skórzanej kanapy. Wygodniej rozkraczył się na swoim fotelu, uniósł szklaneczkę do góry.
- Twoje zdrowie, Młoda - pierwszy raz tak naprawdę nawiązał do tego, że nie byli w tym samym wieku. - Sto lat.
Prócz tego stwierdził fakt. Była młodą kobietą. Miała przed sobą całe życie. Właśnie skończyła kolejny rok życia, ale życzył jej tego, żeby miała ich tyle, że nie musiała liczyć. Upił łyk alkoholu, obdarzając ją zamyślonym spojrzeniem, po którym uniósł kącik ust. Zabębnił palcami o kolana oczekując reakcji na odpakowywany prezent. Nie mylił się, trafił w punkt.
- Zajebiście - tyle byłoby z oficjalności i patosu.
W ich relacji nie przepadał za zbyt dużą ilością konwenansów. Chciał wiedzieć co tak naprawdę sądzi Geraldine. Czuł się bardziej komfortowo, kiedy przerzucali się ripostami i prowadzili żarliwe dyskusje. Nie czuł się dobrze z milczeniem i podtekstami. Tych było za dużo. Najchętniej pozbyłby się przynajmniej większości, ale nie miał takiej mocy. Uważał, że nie ma, bo przecież mógłby spróbować, gdyby wystarczająco chciał.
Ha. Śmierdzący tchórz.
- A co się stało z nigdy nie mów nigdy? Co, jeśli zrobiłbym coś takiego, że musiałabyś mnie dźgnąć? Jeżeli nie miałabyś wyjścia, bo bym ci się dajmy na to narzucał? - Podpuszczał ją z rozbawionym błyskiem w oczach.
Jego to bawiło.
- Z uprzejmości nie zaprzeczę - skomentował podążając za nią wgłąb mieszkania, które już poznał, ale nie tak dokładnie jak mógłby chcieć.
Chcenie a możliwości to było co innego.
- Twoje urocze towarzystwo jest niezbędne, moja miła Przyjaciółko, skoro świętujemy twoje urodziny, nie moje - poprawił się gładko, miał nadzieję, że brzmiał całkiem czarująco jak na to, co mówił.
Zresztą, jeśli miałby świętować swoje urodziny to też chętnie zrobiłby to wspólnie. Nie był znany z wyprawiania bardzo hucznych imprez. Od czasu do czasu jakąś robił, ale nie oczekiwał zbyt wiele od tego październikowego dnia. Natomiast co innego było w przypadku oblewania urodzin Geraldine.
- Ludzie bywają głupi i zapatrzeni w czubek swojego nosa - wzruszył ramionami.
No jasne. Jakby on był znowu taki inny i wyjątkowy. Wcale nie zapatrzony w czubek własnego nosa. Wcale a wcale. Tak, jakby zwykł myśleć o uczuciach i o emocjach innych ludzi. Oczywiście, że był chodzącą dyskrecją, zrozumieniem i gracją. Ludzkim uosobieniem wyrozumiałości i troski o innych ludzi. Acha. Echem. Jasne.
Ale mu zależało. Naprawdę nie miał tego gdzieś i starał się być w porządku. Chciał, żeby go lubiła. To było dla niego istotniejsze niż by przypuszczał. Nie wyobrażał sobie, że mogliby stać się sobie tak obcy czy oziębli jak wcześniej. Może było między nimi dużo napięcia i wiele niedopowiedzeń, ale wolał to od obojętności albo wrogości. Wybierał trudne do zrozumienia przywiązanie.
- Nie jesteś przegrywem - zaprzeczył.
To dla Greengrassa zabrzmiało raczej jak informacja o tym, że mógł być ostatnim gościem Geraldine. A to mu pasowało. Jeśli nie musieli przejmować się nagłymi wizytorami ani koniecznością opuszczenia jej mieszkania. Dopóki sama nie zdecyduje, żeby go wygonić. Oczywiście. To oznaczało, że przy dobrych wiatrach mogą tu spędzić noc. Rozmawiając, pijąc, jedząc ciasto urodzinowe. Może wychodząc po coś na wynos do baru, żeby wrócić.
Przynajmniej tak to sobie wyobrażał. Oficjalnie, bo nieoficjalną wersja była trochę bardziej skomplikowana. Według tej drugiej miał starać się trzymać ręce przy sobie i nie wypić na tyle, żeby dopuścić się realizacji głupich decyzji. Musiał kontrolować ilość spożywanego alkoholu, bo tolerancja zmniejszała się wprost przeciwnie do napięcia, które rosło w jego oczach.
Szklaneczka ognistej. Może dwie. Połowę lub trzy czwarte jednej butelki też mógłby rozważyć. Ale nie więcej. Jak na wprawnego degustatora napojów wyskokowych tym razem zamierzał trzymać się bezpiecznych dawek, żeby z powodzeniem świętować urodziny swojej najdroższej nowej przyjaciółki. Nie, żeby wygłupić się przed nią, bo wszystko sprowadzał w swojej głowie do jednego. Najpewniej tak było, bo ze strony Geraldine nie wyczuł żadnych jawnych reakcji na to, że kilka razy pozwolił sobie na więcej poufałości. W jego oczach była niewzruszona a to on i jego demony wpływały na atmosferę.
Odprowadził ją wzrokiem do skórzanej kanapy. Wygodniej rozkraczył się na swoim fotelu, uniósł szklaneczkę do góry.
- Twoje zdrowie, Młoda - pierwszy raz tak naprawdę nawiązał do tego, że nie byli w tym samym wieku. - Sto lat.
Prócz tego stwierdził fakt. Była młodą kobietą. Miała przed sobą całe życie. Właśnie skończyła kolejny rok życia, ale życzył jej tego, żeby miała ich tyle, że nie musiała liczyć. Upił łyk alkoholu, obdarzając ją zamyślonym spojrzeniem, po którym uniósł kącik ust. Zabębnił palcami o kolana oczekując reakcji na odpakowywany prezent. Nie mylił się, trafił w punkt.
- Zajebiście - tyle byłoby z oficjalności i patosu.
W ich relacji nie przepadał za zbyt dużą ilością konwenansów. Chciał wiedzieć co tak naprawdę sądzi Geraldine. Czuł się bardziej komfortowo, kiedy przerzucali się ripostami i prowadzili żarliwe dyskusje. Nie czuł się dobrze z milczeniem i podtekstami. Tych było za dużo. Najchętniej pozbyłby się przynajmniej większości, ale nie miał takiej mocy. Uważał, że nie ma, bo przecież mógłby spróbować, gdyby wystarczająco chciał.
Ha. Śmierdzący tchórz.
- A co się stało z nigdy nie mów nigdy? Co, jeśli zrobiłbym coś takiego, że musiałabyś mnie dźgnąć? Jeżeli nie miałabyś wyjścia, bo bym ci się dajmy na to narzucał? - Podpuszczał ją z rozbawionym błyskiem w oczach.
Jego to bawiło.