28.09.2024, 18:47 ✶
Tak na prawdę, było mu to obojętne.
Wiek weryfikował cele i ambicje, wiek osłabiał wolę walki.
Nie dbał o scenę, na której miał występować, nie dbał w sumie o zdanie ludzi, na których zdaniu niegdyś zależało mu bardzo.
Miał swoją pozycję w Ministerstwie i osiadł na przysłowiowych laurach, zamiast dumnie prężyć pierś i eksponować skroń przesłoniętą wiecznie zielonym liściem.
Może po prostu potrzebował jakiegoś wydarzenia, impulsu, może potrzebował czegoś co wytrąci go z równowagi i marazmu śmierci, w jaką popadł przed kilkoma miesiącami, choć gdyby miał wskazać konkretniejszą datę, to bynajmniej nie byłaby to śmierć brata, a wcześniejsze dużo wcześniejsze wydarzenie. Wcześniejsza odmowa. Wcześniejsza metaforyczna śmierć, której nie mógł i nie chciał nikomu pokazać.
To były tylko ściany. To były tylko kolory, których i tak nie widział. Równie dobrze pracę powinna odebrać Lisa, ale znów wymigała się od tego.
– Mi również – odpowiedział zza pleców Baldwina, bezosobowo, patrząc nie tyle co na ściany czy drzwi, a gdzieś po nich, prześlizgując się szarym przygaszonym wzrokiem choć wciąż trwał dzień. Wyglądał inaczej, pozbawiony zarostu i przydługich włosów, w ministerialnej szacie zdobnej w emblematy Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów. Myślami był jednak podobnie nieobecny, jak podczas ich pierwszego spotkania.
Dziś kazał odświeżyć fortepian, stroiciel miał się pojawić lada moment. To było zdecydowanie bardziej interesujące od ścian, ale też ostatecznie nie posłałby Wergiliusza, żeby ten zdecydował czy kciuk powędruje w górę czy w dół.
– Jak szybko będzie można wpuszczać do pokojów ludzi i... – umilkł dopiero teraz zauważając otumanionego hipnozą mężczyznę. Zmarszczył brwi, przez moment ważąc czy jest sens mówić cokolwiek, ale odpuścił. – ...zapłatę woli Pan gotówką, czy przekazaniem do skrytki u Gringotta?
Wiek weryfikował cele i ambicje, wiek osłabiał wolę walki.
Nie dbał o scenę, na której miał występować, nie dbał w sumie o zdanie ludzi, na których zdaniu niegdyś zależało mu bardzo.
Miał swoją pozycję w Ministerstwie i osiadł na przysłowiowych laurach, zamiast dumnie prężyć pierś i eksponować skroń przesłoniętą wiecznie zielonym liściem.
Może po prostu potrzebował jakiegoś wydarzenia, impulsu, może potrzebował czegoś co wytrąci go z równowagi i marazmu śmierci, w jaką popadł przed kilkoma miesiącami, choć gdyby miał wskazać konkretniejszą datę, to bynajmniej nie byłaby to śmierć brata, a wcześniejsze dużo wcześniejsze wydarzenie. Wcześniejsza odmowa. Wcześniejsza metaforyczna śmierć, której nie mógł i nie chciał nikomu pokazać.
To były tylko ściany. To były tylko kolory, których i tak nie widział. Równie dobrze pracę powinna odebrać Lisa, ale znów wymigała się od tego.
– Mi również – odpowiedział zza pleców Baldwina, bezosobowo, patrząc nie tyle co na ściany czy drzwi, a gdzieś po nich, prześlizgując się szarym przygaszonym wzrokiem choć wciąż trwał dzień. Wyglądał inaczej, pozbawiony zarostu i przydługich włosów, w ministerialnej szacie zdobnej w emblematy Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów. Myślami był jednak podobnie nieobecny, jak podczas ich pierwszego spotkania.
Dziś kazał odświeżyć fortepian, stroiciel miał się pojawić lada moment. To było zdecydowanie bardziej interesujące od ścian, ale też ostatecznie nie posłałby Wergiliusza, żeby ten zdecydował czy kciuk powędruje w górę czy w dół.
– Jak szybko będzie można wpuszczać do pokojów ludzi i... – umilkł dopiero teraz zauważając otumanionego hipnozą mężczyznę. Zmarszczył brwi, przez moment ważąc czy jest sens mówić cokolwiek, ale odpuścił. – ...zapłatę woli Pan gotówką, czy przekazaniem do skrytki u Gringotta?