adnotacja moderatora
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Zaśmiałby się nerwowo, gdyby ktoś mu powiedział, że będzie siedzieć na fotelu w salonie w nieswoim domu. Trzeźwy. Boleśnie trzeźwy a jednak któryś raz z rzędu fałszujący naprędce ocenzurowaną wersję Morskich Opowieści.
- Hej, ha! Kolejkę nalej! Hej, ha! Kielichy wznieśmy! To zrobi doskonale morskim opowieściom - przestał liczyć, który to raz wrócił do początku repertuaru.
W którymś momencie zaczął mylić zwrotki i zmieniać kolejność tekstu, ale nie sądził, żeby to robiło Mabel różnicę. Tak właściwie to nie wiedział na ile rozumiała to, co się wokół niej dzieje. Nie próbował tego analizować, bo najpewniej doprowadziłoby go to do głównego pytania wieczoru: co do kurwy nędzy miał robić z dwuletnim dzieckiem pod nieobecność matki?
Nie spodziewał się takiego splotu wydarzeń, kiedy wczesnym popołudniem przyszedł do Nory, żeby przynieść jej kilka książek, które jej obiecał. Planował zostać na herbatę i zmyć się do domu, żeby odpocząć przed świątecznym zamieszaniem. Yule zbliżało się wielkimi krokami i dało się wyczuć zmianę nastroju. To nie była jego ulubiona pora roku. Nie przepadał za zimą, ale tego dnia dało się poczuć klimat nadchodzących celebracji. Śnieg sypał za oknami. Małe białe płatki osadzały się na drzewach i krzewach. Było zimno, ale nie przeraźliwie mroźnie, bo na zewnątrz nie wiał wiatr.
To był dobry czas, żeby spędzać go z książką przy kominku. Może racząc się owocową herbatą z wkładką i wynotowując istotne informacje.
To był średnio dobry czas, żeby nagle znaleźć się w oku cyklonu, bo coś ktoś gdzieś, robota się pali, zamieszanie, święta, klienci i nim się obejrzał najwyraźniej wyraził zgodę na to, żeby zająć się małym człowiekiem. Tylko przez godzinę lub dwie, z których zrobiły się już trzy lub cztery a Ambroise domyślał się, że zaraz będą tu razem pięć lub sześć. Naprawdę nie chciał dopuszczać możliwości, że zrobiłoby się z tego siedem, osiem, dziewięć, dziesięć i gol!
Trzymał to małe a jednocześnie wielkookie człekokształtne stworzenie na kolanach, kołysząc je z jednej nogi na drugą w rytm jedynego, co przyszło mu do głowy na już, kiedy mała zaczęła płakać: pijackich szant znanych z czasów końcówki Hogwartu. Jeszcze zanim przytrafiło mu się to, co zakończyło jego marzenia o profesjonalnej grze w Quidditcha i podróżach związanych z tym. Uroczy repertuar dla małych czarownic - naprawdę.
- Kto chce, ten niechaj wierzy, kto nie chce, niech nie wierzy! Nam na tym nie zależy, więc wypijmy jeszcze - to działało, to naprawdę działało.
Ambroise nie do końca w to wierzył, ale nie kwestionował swoich improwizacyjnych metod wychowawczych. Może chodziło o rytmiczne bujanie. Nie wykluczał, że mała zaczyna dostawać choroby morskiej i dlatego zamilkła, ale z drugiej strony jej drobna twarzyczka wykrzywiała się w uśmiechu. Nie wiedział czy świadomym. Nie miał zielonego pojęcia o dzieciach a Nora nie zostawiła mu żadnej instrukcji obsługi córki.
Jedynie kilka zaleceń, dużo pospiesznych słów wdzięczności i zapewnień, że sobie poradzi.
No to sobie radził.
Jakoś.
Miał nadzieję, że nie straumatyzuje tego dziecka zbyt mocno. Udało mu się je nakarmić i w ogóle. Starał się cenzurować repertuar jak tylko potrafił, ale nie uważał tego za spektakularny sukces. Wręcz przeciwnie: chętnie oddałby to dziecko komuś kto choć trochę zapoznał się z instrukcją obsługi.
Nora, wróć.
- Wszystkie rybki śpią w jeziorze. Tiula la, tiula la la. Moja stara spać nie może, tiula la tiula la - i cyk, zmiana repertuaru, żeby nie wprawiać małej w zbyt jednostajny rytm, bo nie wierzył jej mince. Mogła się zrzygać od bujania cały czas tak samo.