28.09.2024, 21:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.09.2024, 23:22 przez Baldwin Malfoy.)
A więc Jaśnie Pan raczył nas zaszczycić.
Doskonale. Inaczej to wszystko nie miałoby sensu.
Baldwin przymknął oczy słysząc głos Anthony’ego. Ale nie odwracał się. Jeszcze nie.
- Wie pan, to zależy czy lubi Pan swoje… pijane towarzystwo.- Odparł na pytanie o czas schnięcia farby. Nie pokwapił się wyciągnąć ręce z kieszeni. Przez moment nawet nie zwracał uwagi na swojego gospodarza, oglądając za to swojego ulubionego mugola na ziemi przy pracy. Czy zachował się nieetycznie? Och skądże! Przecież zrobił to co każdy hipnotyzer zrobić powinien. Ukoił jego zbolały, pełny bólu i wielopokoleniowej traumy umysł. Wyciszył morze. Uspokoił huragan myśli, wszczepił pragnienia za które pani Kazimimirowa na pewno będzie mu bardzo wdzięczna. A w zamian ukradł odrobinę jego czasu. Odrobinę umiejętności. Żadnego czarowania w obecności mugoli, jedynie kilka machnięć wahadełkiem, ot cyrkowa sztuczka.
Uznając, że już wystarczy tej dziwacznej współpracy, wsparł podbródek na ramieniu pana Kiemierzmira (który choć imponujący w barach wzrostem nie grzeszył) i szepnął mu parę słów do ucha. Mężczyzna odszedł bez słowa zaraz potem.- Dałbym im kilka dni na wyschnięcie. Zwłaszcza ściana we wspólnej Sali… och tak, ona potrzebuje trochę czasu aby odpowiednio wsiąknąć.- Nie doprecyzował o co mu chodzi, choć każde słowo zostało dobrane z taką ostrożnością, że nie mogło być mowy o pomyłce.
- Panie Shafiq…- Zaczął podnosząc wreszcie spojrzenie na mężczyznę, nie dając sobie nawet sekundy na zawahanie. Decyzja została podjęta od razu jak zobaczył swoje płótno. Na jego twarzy błąkał się zawadiacki uśmiech. Uśmiech dziecka, które namalowało matce przepiękną laurkę, ale wciąż nie przyznało się, że użyło do tego jej drogiej szminki.– Nie musi się pan kłopotać z zapłatą. To był zaszczyt. – Czyżby w głosie chłopaka rozbrzmiała nuta kpiny? Nieważne. Nawet jeśli tam była to równie dobrze mogła być uznana za służalcze oddanie drobnego rzemieślnika w obliczu boskości.
Szczerze mówiąc nie interesowało go czy Anthony będzie naciskał na zapłatę czy nie. Nie chciał jego srebrników. Nie chciał czeku, sakiewki pełnej galeonów. Po co? Wręczyłby je pierwszej lepszej dziwce na Nokturnie za nic. Wysypałby do studzienki kanalizacyjnej. Poszedłby do Głębiny i serwował kolejkę wszelkim. I jeszcze jedną i jeszcze jedną. Tak długo aż by się zachlał na śmierć. Bo tylko to pozwoliłoby mu zapomnieć o jałmużnie.
Pieniądze Shafiq’a były warte tyle co kurz na Podziemnych Ścieżkach.
Sztuka Malfoy’a była bezcenna.
Przechylił lekko głowę i przez moment można było odnieść wrażenie, że zmienił zdanie. Ale nie. Po prostu ruszył w stronę swojego gospodarza. Mijając go, zatrzymał się na chwilę.
- Wierzę, że nasze drogi jeszcze się skrzyżują.- Jego głos nie mógł być głośniejszy od zmysłowego szeptu. Dopiero teraz wyciągnął rękę z kieszeni, a w powietrzu uniósł się charakterystyczny metaliczny zapach. Krew. Czyja? Odpowiedź przyszła natychmiast jeśli Anthony zdecydował się spojrzeć w dół na rękę, którą właśnie Malfoy poklepał go po ramieniu, brudząc mu pracowniczy mundurek. Z głębokiej, niemal przechodzącej na drugą stronę rany po wewnętrznej stronie jego dłoni sączyła się gęsta krew. To jak to w końcu było? Gwoździe przebiły dłonie czy nadgarstki Nazaretańczyka?
Jeśli ich spojrzenia się skrzyżowały Anthony mógł zobaczyć w oczach dzieciaka coś co mógł już widzieć już wcześniej. Nie było w nich blasku. Nie było ognia, narodzonego z boskiej iskry tworzenia. Bezlitosne spojrzenie oczu tak jasnych, że zdawały się skute lodem. Jakby czaiło się pod nimi uśpione i bezdenne morze.
Baldwin nie tłumaczył po co. Nie musiał tłumaczyć dlaczego. Anthony sam niedługo zobaczy. Wystarczy tylko że przejdzie do Wspólnej Sali.
Ale tą wędrówkę musiał już odbyć sam, bo Baldwin skinął po prostu głową w geście pożegnania. Odsunął się o krok czy dwa, po czym teleportował się Matka sama jedna wie gdzie.
Ale przecież tu nie kończy się historia, prawda? Tak wiele pytań pozostało bez odpowiedzi. Dlaczego szanowny pan Malfoy wzgardził Shafiqowym groszem. Dlaczego cała jego osoba błyszczała w odcieniach szarości, skoro żadna ze ścian, którą Anthony minął po drodze nie była nawet w odcieniu zbliżona do tych, które Baldwin nosił z dumą na sobie. Barwy wojenne w bitwie, którą Anthony zapewne nie wiedział, że nawet toczy. Dlaczego w pośpiechu opuścił posiadłość.
Odpowiedzi znalazły się tak szybko jak mężczyzna przekroczył próg Sali Wspólnej. Pierwszy uderzył w jego nozdrza zapach – świeżego wapiennego tynku, farb i krwi.
Jedną ze ścian pokrywał f r e s k.
Magnum opus młodego Malfoy’a. Jego własna Kartagina. Bo czymże była letnia rezydencja pana Shafiqa jeśli nie grobowcem klasycystycznej sztuki, która należało pogrzebać i posypać solą?
Fresk objęty działaniem przewagi - Tworzenie Dzieł Sztuki - "Jego portrety (tu Wenus) mają wzbudzać nie tyle zachwyt co fascynację. Może nawet podsyconą domieszką chorej obsesji; sprawiać by chciało się na nie patrzeć godzinami i tonąć w martwym spojrzeniu jego modeli."
Doskonale. Inaczej to wszystko nie miałoby sensu.
Baldwin przymknął oczy słysząc głos Anthony’ego. Ale nie odwracał się. Jeszcze nie.
- Wie pan, to zależy czy lubi Pan swoje… pijane towarzystwo.- Odparł na pytanie o czas schnięcia farby. Nie pokwapił się wyciągnąć ręce z kieszeni. Przez moment nawet nie zwracał uwagi na swojego gospodarza, oglądając za to swojego ulubionego mugola na ziemi przy pracy. Czy zachował się nieetycznie? Och skądże! Przecież zrobił to co każdy hipnotyzer zrobić powinien. Ukoił jego zbolały, pełny bólu i wielopokoleniowej traumy umysł. Wyciszył morze. Uspokoił huragan myśli, wszczepił pragnienia za które pani Kazimimirowa na pewno będzie mu bardzo wdzięczna. A w zamian ukradł odrobinę jego czasu. Odrobinę umiejętności. Żadnego czarowania w obecności mugoli, jedynie kilka machnięć wahadełkiem, ot cyrkowa sztuczka.
Uznając, że już wystarczy tej dziwacznej współpracy, wsparł podbródek na ramieniu pana Kiemierzmira (który choć imponujący w barach wzrostem nie grzeszył) i szepnął mu parę słów do ucha. Mężczyzna odszedł bez słowa zaraz potem.- Dałbym im kilka dni na wyschnięcie. Zwłaszcza ściana we wspólnej Sali… och tak, ona potrzebuje trochę czasu aby odpowiednio wsiąknąć.- Nie doprecyzował o co mu chodzi, choć każde słowo zostało dobrane z taką ostrożnością, że nie mogło być mowy o pomyłce.
- Panie Shafiq…- Zaczął podnosząc wreszcie spojrzenie na mężczyznę, nie dając sobie nawet sekundy na zawahanie. Decyzja została podjęta od razu jak zobaczył swoje płótno. Na jego twarzy błąkał się zawadiacki uśmiech. Uśmiech dziecka, które namalowało matce przepiękną laurkę, ale wciąż nie przyznało się, że użyło do tego jej drogiej szminki.– Nie musi się pan kłopotać z zapłatą. To był zaszczyt. – Czyżby w głosie chłopaka rozbrzmiała nuta kpiny? Nieważne. Nawet jeśli tam była to równie dobrze mogła być uznana za służalcze oddanie drobnego rzemieślnika w obliczu boskości.
Szczerze mówiąc nie interesowało go czy Anthony będzie naciskał na zapłatę czy nie. Nie chciał jego srebrników. Nie chciał czeku, sakiewki pełnej galeonów. Po co? Wręczyłby je pierwszej lepszej dziwce na Nokturnie za nic. Wysypałby do studzienki kanalizacyjnej. Poszedłby do Głębiny i serwował kolejkę wszelkim. I jeszcze jedną i jeszcze jedną. Tak długo aż by się zachlał na śmierć. Bo tylko to pozwoliłoby mu zapomnieć o jałmużnie.
Pieniądze Shafiq’a były warte tyle co kurz na Podziemnych Ścieżkach.
Sztuka Malfoy’a była bezcenna.
Przechylił lekko głowę i przez moment można było odnieść wrażenie, że zmienił zdanie. Ale nie. Po prostu ruszył w stronę swojego gospodarza. Mijając go, zatrzymał się na chwilę.
- Wierzę, że nasze drogi jeszcze się skrzyżują.- Jego głos nie mógł być głośniejszy od zmysłowego szeptu. Dopiero teraz wyciągnął rękę z kieszeni, a w powietrzu uniósł się charakterystyczny metaliczny zapach. Krew. Czyja? Odpowiedź przyszła natychmiast jeśli Anthony zdecydował się spojrzeć w dół na rękę, którą właśnie Malfoy poklepał go po ramieniu, brudząc mu pracowniczy mundurek. Z głębokiej, niemal przechodzącej na drugą stronę rany po wewnętrznej stronie jego dłoni sączyła się gęsta krew. To jak to w końcu było? Gwoździe przebiły dłonie czy nadgarstki Nazaretańczyka?
Jeśli ich spojrzenia się skrzyżowały Anthony mógł zobaczyć w oczach dzieciaka coś co mógł już widzieć już wcześniej. Nie było w nich blasku. Nie było ognia, narodzonego z boskiej iskry tworzenia. Bezlitosne spojrzenie oczu tak jasnych, że zdawały się skute lodem. Jakby czaiło się pod nimi uśpione i bezdenne morze.
Baldwin nie tłumaczył po co. Nie musiał tłumaczyć dlaczego. Anthony sam niedługo zobaczy. Wystarczy tylko że przejdzie do Wspólnej Sali.
Ale tą wędrówkę musiał już odbyć sam, bo Baldwin skinął po prostu głową w geście pożegnania. Odsunął się o krok czy dwa, po czym teleportował się Matka sama jedna wie gdzie.
Postać opuszcza sesję
Ale przecież tu nie kończy się historia, prawda? Tak wiele pytań pozostało bez odpowiedzi. Dlaczego szanowny pan Malfoy wzgardził Shafiqowym groszem. Dlaczego cała jego osoba błyszczała w odcieniach szarości, skoro żadna ze ścian, którą Anthony minął po drodze nie była nawet w odcieniu zbliżona do tych, które Baldwin nosił z dumą na sobie. Barwy wojenne w bitwie, którą Anthony zapewne nie wiedział, że nawet toczy. Dlaczego w pośpiechu opuścił posiadłość.
Odpowiedzi znalazły się tak szybko jak mężczyzna przekroczył próg Sali Wspólnej. Pierwszy uderzył w jego nozdrza zapach – świeżego wapiennego tynku, farb i krwi.
Jedną ze ścian pokrywał f r e s k.
Magnum opus młodego Malfoy’a. Jego własna Kartagina. Bo czymże była letnia rezydencja pana Shafiqa jeśli nie grobowcem klasycystycznej sztuki, która należało pogrzebać i posypać solą?
Fresk objęty działaniem przewagi - Tworzenie Dzieł Sztuki - "Jego portrety (tu Wenus) mają wzbudzać nie tyle zachwyt co fascynację. Może nawet podsyconą domieszką chorej obsesji; sprawiać by chciało się na nie patrzeć godzinami i tonąć w martwym spojrzeniu jego modeli."