29.09.2024, 02:26 ✶
- Żeby odpowiednio je uhonorować, mam dla ciebie odpowiednią butelkę - uśmiechnął się półgębkiem.
Może nie był to najdroższy możliwy alkohol, ale ten rodzaj whisky nie był także kompletnymi szczynami. Mieli swoje standardy, prawda? Mówili o nich. Zupełnie tak, jakby byli dwojgiem czarodziejów, którzy naprawdę nigdy nie łamali konwenansów i żyli byciem ludźmi Większego Znaczenia. Bujdy na resorach. Gdyby któreś z nich było kimś takim to drugie najpewniej nie próbowałoby nawiązać kontaktu. No, chyba że tak płytkiego jak to od czasu do czasu bywało, bo nie przeczył; zainteresowanie ze strony płytkich kokietek bywało pożądane w chwilach zupełnej samotności.
Jednakże ostatnio praktycznie jej nie odczuwał. Nie w sposób, który prowadziłby go do korzystania z utartych schematów i rozwiązań. To była dla niego nowość. Tak samo jak żartobliwa sugestia ze strony Geraldine, że mogła od czasu do czasu pozwolić mu być zarozumiałym, zapatrzonym w siebie bubkiem.
- To całkiem niespodziewane, ale skoro tak mówisz - odparł, bo nie zamierzał pogardzić taką ofertą.
Tak właściwie to nie oczekiwał po niej, że będzie mu jakoś mocno kadzić. Tak właściwie to byłoby niezbyt w ich stylu. Tym obecnym, który był znacznie bardziej przyjazny i naturalniejszy od wrogości, ale jednocześnie trochę wymuszony. Nie zapominał o tym. Nie dało się o tym całkiem zapomnieć w jego położeniu. W jej najpewniej też nie, choć czasami zastanawiał się, w jaki sposób odbierała ich nową sytuację. Poza zaangażowaniem w przyjaźń, oczywiście. Nie rozmawiali za dużo o prywatnych konsekwencjach opętania przez siły z dworku. To był jeden z błędów. Może wszystko byłoby prostsze. Tym bardziej, kiedy usłyszał jej zdanie odnośnie tamtych wydarzeń.
Pierwszy raz w tak pozytywnym kontekście. Spojrzał na nią podejrzliwie z czujnością. Mówiła sarkastycznie?
- Jesteś pewna, że to nie cokolwiek z tego, co do tej pory piłaś było popsute? - Nie to, żeby się czepiał, ale czuł się co najmniej dziwnie z tym, co mówiła i jak się zachowywała.
Nigdy wcześniej nie prowadzili rozmowy w tak rozluźniony sposób a on nie otrzymywał od niej aż tylu pozytywnych komentarzy. Wyczuwał w tym jakiś podstęp albo coś dziwnego, tylko jeszcze nie umiał stwierdzić co. Pod skórą trochę się obawiał. Bał się, bał się, że to znowu ta dziwna siła. Olewając swoje wcześniejsze postanowienia pił, żeby zagłuszyć te myśli. Całkiem mu to wychodziło.
- Tak, tak. Każdy jest specjalną okazją, żeby się pokazać w towarzystwie a potem otwarcie nawalić - połowicznie przyznał jej rację z machnięciem dłoni.
Nie o tym mówiła a on bardzo upraszczał sprawę. Trochę do przesady, bo te wydarzenia miały dla niego duże znaczenie. Teraz wypowiadał się tak a nie inaczej, bo widział w tym sens. Nie szanował ludzi, którzy zawsze mieli tysiące wymówek. Pod tym kątem był prosty i raczej zrozumiały. Był łatwy do przewidzenia, jeśli chodziło o jego najbliższych - przyjaciół lub rodzinę, bo tylko tacy występowali stałe w jego życiu. Potrzebowano go, więc się pojawiał. Miał nie zadawać pytań to ich nie zadawał. Powinien przynieść łopatę to ją przynosił (choć to ostatnie brzmiało słabo w kontekście ich wspólnych doświadczeń). Dużo bardziej skomplikowany był w sytuacjach, które same nie były jasne. Nie byłe ekspertem w podchodach. Szczególnie takich, w których nie był pewny czy ktokolwiek ich naprawdę chce.
- Nie strzelaj do posłańca - obronił się żartobliwie, kolejny raz dobierając słowa tak, żeby nawiązać do żartów, które go bawiły. - Przypominam uprzejmie, że ja też jestem sabatowym dzieckiem. No. Tużprzedsabatowym - zaznaczył, jakby chciał jej dać do zrozumienia ja mam gorzej, choć w istocie nie chciał licytować się kto miał bardziej samotne urodziny.
Nie przeszło mu przez myśl, że nigdy nie podzielił się z nią swoją datą urodzin. Instynktownie przyjął, że skądś ją znała, skoro tytułowali się przyjaciółmi. Co prawda żartowali, że nie wiedzą o sobie zbyt wielu podstawowych informacji, ale w tym wypadku nie wziął pod uwagę, że Geraldine tego o nim nie wie. Tym bardziej, że całkiem wprawnie łechtała jego ego tego wieczoru.
- Chcesz, żebym się zarumienił? Próbujesz sprawić, że się zarumienię jak jakiś gołowąs - zarzucił jej, ale poczuł, że i tak się uśmiecha. Sprawiała, że miał dobry nastrój. - Nic z tego. Nie tym razem. Szczególnie, że to ty masz dziś urodziny, więc to ja powinienem ci mówić, że masz ładne oczy - wzruszył ramionami.
Miała ładne oczy, włosy, usta. Miała ładne wszystko.
- Pasują ci te - machnął ręką rysując kółko wokół jej głowy - włosy. W ten sposób, choć to chyba nieporęczne na co dzień - zasugerował albo może zapytał, bo wypowiedziane słowa zabrzmiały dla niego nad wyraz idiotycznie.
Przysiągłby, że w głowie nie brzmiało to aż tak fatalnie. Bez słowa wzruszył ramionami, upijając łyk ognistej przyjemnie rozgrzewającej gardło. I dobrze, bo gdyby akurat nie pił to pewnie by go zaskoczyła. Teraz miał kilka sekund, żeby rozważyć reakcję na niespodziewane pytanie. Los mu jeszcze trochę sprzyjał.
- Dokładnie to o czym myślisz - skwitował spokojnie, nie pokazując zmieszania ani nie poruszając żadnym mięśniem twarzy.
Nie zmienił pozycji. Aż do przesady, bo niemal przestał się ruszać, jedynie sięgnął po butelkę, żeby dolać Geraldine (i sobie przy okazji) ognistej. Nie przyglądał jej się kątem oka jak to zwykle robił, żeby nie naginać i tak napiętych stosunków między nimi. Nie chodziło mu o otwartą nerwowość, ale o te podteksty. Właśnie te, które znowu się pojawiały. Tym razem patrzył na nią otwarcie, bo skoro go prowokowała do dalszej dyskusji to podejmował wyzwanie. Odpowiedział kontaktem wzrokowym, rozluźnioną (acz zastygłą) postawą ciała i uśmieszkiem w kącikach ust.
Nie spodziewał się, że poruszą coś więcej. Zazwyczaj szybko schodzili z tonu, żeby nie zrobiło się niewygodnie, dlatego nie miał żadnych oczekiwań. Mimo to odpowiadał zakamuflowaną prowokacją na zakamuflowaną prowokację, jeśli dobrze odczytał jej intencje. Nie był jeszcze zbyt wstawiony, żeby powątpiewać w swój osąd bardziej niż przez cały czas, kiedy się spotykali nad książkami.
Może nie był to najdroższy możliwy alkohol, ale ten rodzaj whisky nie był także kompletnymi szczynami. Mieli swoje standardy, prawda? Mówili o nich. Zupełnie tak, jakby byli dwojgiem czarodziejów, którzy naprawdę nigdy nie łamali konwenansów i żyli byciem ludźmi Większego Znaczenia. Bujdy na resorach. Gdyby któreś z nich było kimś takim to drugie najpewniej nie próbowałoby nawiązać kontaktu. No, chyba że tak płytkiego jak to od czasu do czasu bywało, bo nie przeczył; zainteresowanie ze strony płytkich kokietek bywało pożądane w chwilach zupełnej samotności.
Jednakże ostatnio praktycznie jej nie odczuwał. Nie w sposób, który prowadziłby go do korzystania z utartych schematów i rozwiązań. To była dla niego nowość. Tak samo jak żartobliwa sugestia ze strony Geraldine, że mogła od czasu do czasu pozwolić mu być zarozumiałym, zapatrzonym w siebie bubkiem.
- To całkiem niespodziewane, ale skoro tak mówisz - odparł, bo nie zamierzał pogardzić taką ofertą.
Tak właściwie to nie oczekiwał po niej, że będzie mu jakoś mocno kadzić. Tak właściwie to byłoby niezbyt w ich stylu. Tym obecnym, który był znacznie bardziej przyjazny i naturalniejszy od wrogości, ale jednocześnie trochę wymuszony. Nie zapominał o tym. Nie dało się o tym całkiem zapomnieć w jego położeniu. W jej najpewniej też nie, choć czasami zastanawiał się, w jaki sposób odbierała ich nową sytuację. Poza zaangażowaniem w przyjaźń, oczywiście. Nie rozmawiali za dużo o prywatnych konsekwencjach opętania przez siły z dworku. To był jeden z błędów. Może wszystko byłoby prostsze. Tym bardziej, kiedy usłyszał jej zdanie odnośnie tamtych wydarzeń.
Pierwszy raz w tak pozytywnym kontekście. Spojrzał na nią podejrzliwie z czujnością. Mówiła sarkastycznie?
- Jesteś pewna, że to nie cokolwiek z tego, co do tej pory piłaś było popsute? - Nie to, żeby się czepiał, ale czuł się co najmniej dziwnie z tym, co mówiła i jak się zachowywała.
Nigdy wcześniej nie prowadzili rozmowy w tak rozluźniony sposób a on nie otrzymywał od niej aż tylu pozytywnych komentarzy. Wyczuwał w tym jakiś podstęp albo coś dziwnego, tylko jeszcze nie umiał stwierdzić co. Pod skórą trochę się obawiał. Bał się, bał się, że to znowu ta dziwna siła. Olewając swoje wcześniejsze postanowienia pił, żeby zagłuszyć te myśli. Całkiem mu to wychodziło.
- Tak, tak. Każdy jest specjalną okazją, żeby się pokazać w towarzystwie a potem otwarcie nawalić - połowicznie przyznał jej rację z machnięciem dłoni.
Nie o tym mówiła a on bardzo upraszczał sprawę. Trochę do przesady, bo te wydarzenia miały dla niego duże znaczenie. Teraz wypowiadał się tak a nie inaczej, bo widział w tym sens. Nie szanował ludzi, którzy zawsze mieli tysiące wymówek. Pod tym kątem był prosty i raczej zrozumiały. Był łatwy do przewidzenia, jeśli chodziło o jego najbliższych - przyjaciół lub rodzinę, bo tylko tacy występowali stałe w jego życiu. Potrzebowano go, więc się pojawiał. Miał nie zadawać pytań to ich nie zadawał. Powinien przynieść łopatę to ją przynosił (choć to ostatnie brzmiało słabo w kontekście ich wspólnych doświadczeń). Dużo bardziej skomplikowany był w sytuacjach, które same nie były jasne. Nie byłe ekspertem w podchodach. Szczególnie takich, w których nie był pewny czy ktokolwiek ich naprawdę chce.
- Nie strzelaj do posłańca - obronił się żartobliwie, kolejny raz dobierając słowa tak, żeby nawiązać do żartów, które go bawiły. - Przypominam uprzejmie, że ja też jestem sabatowym dzieckiem. No. Tużprzedsabatowym - zaznaczył, jakby chciał jej dać do zrozumienia ja mam gorzej, choć w istocie nie chciał licytować się kto miał bardziej samotne urodziny.
Nie przeszło mu przez myśl, że nigdy nie podzielił się z nią swoją datą urodzin. Instynktownie przyjął, że skądś ją znała, skoro tytułowali się przyjaciółmi. Co prawda żartowali, że nie wiedzą o sobie zbyt wielu podstawowych informacji, ale w tym wypadku nie wziął pod uwagę, że Geraldine tego o nim nie wie. Tym bardziej, że całkiem wprawnie łechtała jego ego tego wieczoru.
- Chcesz, żebym się zarumienił? Próbujesz sprawić, że się zarumienię jak jakiś gołowąs - zarzucił jej, ale poczuł, że i tak się uśmiecha. Sprawiała, że miał dobry nastrój. - Nic z tego. Nie tym razem. Szczególnie, że to ty masz dziś urodziny, więc to ja powinienem ci mówić, że masz ładne oczy - wzruszył ramionami.
Miała ładne oczy, włosy, usta. Miała ładne wszystko.
- Pasują ci te - machnął ręką rysując kółko wokół jej głowy - włosy. W ten sposób, choć to chyba nieporęczne na co dzień - zasugerował albo może zapytał, bo wypowiedziane słowa zabrzmiały dla niego nad wyraz idiotycznie.
Przysiągłby, że w głowie nie brzmiało to aż tak fatalnie. Bez słowa wzruszył ramionami, upijając łyk ognistej przyjemnie rozgrzewającej gardło. I dobrze, bo gdyby akurat nie pił to pewnie by go zaskoczyła. Teraz miał kilka sekund, żeby rozważyć reakcję na niespodziewane pytanie. Los mu jeszcze trochę sprzyjał.
- Dokładnie to o czym myślisz - skwitował spokojnie, nie pokazując zmieszania ani nie poruszając żadnym mięśniem twarzy.
Nie zmienił pozycji. Aż do przesady, bo niemal przestał się ruszać, jedynie sięgnął po butelkę, żeby dolać Geraldine (i sobie przy okazji) ognistej. Nie przyglądał jej się kątem oka jak to zwykle robił, żeby nie naginać i tak napiętych stosunków między nimi. Nie chodziło mu o otwartą nerwowość, ale o te podteksty. Właśnie te, które znowu się pojawiały. Tym razem patrzył na nią otwarcie, bo skoro go prowokowała do dalszej dyskusji to podejmował wyzwanie. Odpowiedział kontaktem wzrokowym, rozluźnioną (acz zastygłą) postawą ciała i uśmieszkiem w kącikach ust.
Nie spodziewał się, że poruszą coś więcej. Zazwyczaj szybko schodzili z tonu, żeby nie zrobiło się niewygodnie, dlatego nie miał żadnych oczekiwań. Mimo to odpowiadał zakamuflowaną prowokacją na zakamuflowaną prowokację, jeśli dobrze odczytał jej intencje. Nie był jeszcze zbyt wstawiony, żeby powątpiewać w swój osąd bardziej niż przez cały czas, kiedy się spotykali nad książkami.