29.09.2024, 11:53 ✶
- Tak robią przyjaciele - odrzekł bez mrugnięcia okiem.
Przychodziło mu to coraz bardziej gładko. Im więcej razy podkreślali ten stan tym lepiej. Kłamstwo powtarzane dostatecznie długo staje się prawdą. Prawda tłumiona równie długo nie staje się kłamstwem, ale robi mu miejsce a sama znika. Jeśli będzie miał szczęście to nie wpełznie mu głęboko pod skórę, gdzie się zakorzeni i będzie o sobie przypominać w złych momentach. Niedopowiedzenia i tak go swędziały. Nie chciał drapać się jak szaleniec. Wystarczyło mu, że czasami bez tego tak się zachowywał. Szczególnie w tym przypadku.
- Śmiało założyłem, że coś jadłaś. Zepsute jedzenie raczej byś poznała - wzruszył ramionami, choć z drugiej strony piła dużo alkoholu.
Widział to a alkohol często ratował przed zatruciami pokarmowymi. Być może ognista nie była do tego najlepsza, ale praktycznie tylko to razem pijali, więc uznał, że to był ulubiony trunek Geraldine. Jeśli się tym skutecznie broniła przed skutkami spożycia czegoś podejrzanego to Ambroise mógł tylko skwitować to wzruszeniem ramionami. Sam też za kołnierz nie wylewał. Gdyby chciał postąpić w zgodzie z konwenansami to przyniósłby jej jakieś drogie wino, ale wątpił, że by je ruszyli. Średnio przepadał za winem. Szczególnie takim, które lubiło większość ludzi.
Zazwyczaj wybierał wysokoprocentowy alkohol, szczególnie że on też nie zaczął pić od przedwczoraj. Jeszcze pod koniec Hogwartu bywał tak zwanym umiarkowanie dobrym towarzystwem: dużo uchodziło mu płazem, bo był czarujący, dobrego pochodzenia, umiał mieć maniery, kiedy trzeba było, potrafił bajerować nauczycielki a dla nauczycieli był Szkolną Gwiazdą™ (przynajmniej do czasu, bo później stał się Meteorytem po Szkolnej Gwieździe™; co poradzić).
Zazwyczaj umiał się kontrolować. Alkohol nie był jego największym nałogiem. Były tym papierosy. Prawdopodobnie one w ramach ironii losu ratowały Ambroisa przed zostaniem jednym z tych sabatowych alkoholików, o których mówili.
- Albo, że każda okazja jest do tego dobra i zawsze można jakąś znaleźć - dopowiedział, żeby mieli cały obraz tego jak to wyglądało w ich świecie.
Jasne. Bywali ludzie, dla których sabaty były ważnymi wydarzeniami religijnymi i wyrazem związku z siłami natury, magii i tak dalej. Natomiast trudno było nie powiedzieć, że dla znacznej części społeczeństwa to były tylko okazje do pokazania się, zaświecenia nowymi klejnotami, pomachania butami z najnowszej kolekcji Rosierów a potem nachlania się jak świnia lub knur - w zależności od płci także mniej albo bardziej publicznie i innym rodzajem alkoholu. Kobiety zazwyczaj doiły wino, mężczyźni ognistą. Oni chyba byli wyjątkowi, bo oboje raczej gustowali w tym drugim i nie korzystali z możliwości strojenia się w najlepsze ciuszki na sabat. Choć Ambroise nie wykluczał, że może zechce im się tam wyskoczyć pod koniec wieczoru.
- Myślałem, że to jasne? - Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Jego brwi samoistnie uniosły się w górę. Na twarz zaczął wypełzać zuchwały uśmieszek. - Poczekaj... ...czekaj, czekaj, Yaxley... ...no właśnie: który sabat jest moim ulubionym? - spytał wyzywająco przeciągając wypowiedź. - No? - Mógł dać Geraldine chwilę na zastanowienie, ale odkąd doszedł do wniosku, że mogła nie znać lub nie pamiętać jego daty urodzenia czuł się całkiem rozbawiony.
Nie był o to zły. Wbrew pozorom wolał czuć nutkę sadystycznej satysfakcji z tego, że to on ją teraz stawia pod ścianą. Cała jego postawa zadawała to pytanie:
- No, Geraldine. Kiedy mam urodziny? - Ambroise nie musiał tego powtarzać na głos.
Cały czas się uśmiechał. Na początku tylko leciutko unosił kąciki ust, ale im dłużej czekał tym bardziej rozchylał wargi i suszył zęby. W żadnym razie nie chciał stawiać Geraldine w niezręcznej sytuacji. Było po nim widać, że robił to głównie dla żartów. Najpierw chciał z niej wyciągnąć ten nieszczęsny sabat. Później dokładny dzień. Na koniec może także rok? Jeszcze śmieszniej byłoby, gdyby roku też nie była pewna.
- Dałbym ci tę satysfakcję, gdybym miał z dziesięć, góra piętnaście lat mniej i zależałoby mi na tym, żeby zabrać cię na ognisko - zapewnił w dalszym ciągu bardzo rozbawiony, przypatrując się Geraldine zielonym oczami z błyszczącymi kurwikami.
Dorośli ludzie, którzy stawali się najlepszymi przyjaciółmi pod słońcem. Ta. Jasne. Całkowicie normalne było, że zabrałby przyjaciółkę na świętowanie z okazji sabatu. Szczególnie dziesięć lat wcześniej, kiedy już z powodzeniem odnajdował się w roli nastoletniego babiarza. Zresztą. Piętnaście lat wcześniej też nie był święty, choć wtedy najpewniej ciągnąłby ją za warkocze. Całe szczęście, że miała rozpuszczone włosy. Kto wie, co by mu przyszło do głowy na te wspominki.
- Postaram się pamiętać - obiecał, kiwając głową na znak, że przyjął i powie jej to jeszcze za jakiś czas, kiedy Geraldine nie będzie mieć urodzin tylko dajmy na to imieniny.
Mimo to nie mógł sobie darować ostatniego słowa. Lubił je mieć w ich dyskusjach.
- A może to tylko pretekst? Taki jak do picia? - Zasugerował bezczelnie.
Cholera. Znowu wkraczali na grząski teren. Sam ich sprowadzał na kręte ścieżki pełne podtekstów. Choćby tym czy komplementował ją rzeczy z uwagi na urodziny, czy urodziny były wyłącznie pretekstem, bo i tak chciał to zrobić. Nie wątpił, że miała nie pozostać mu dłużna, ale tym razem osiągnęli nowy poziom w szybkości w zmianie atmosfery na taką, która wysuszała mu wnętrze gardła mimo walenia kolejki za kolejką.
- Bo tak jest wygodniej? - zasugerował powoli z czujnością wpatrzony w reakcję na swoje słowa.
Instynktownie wychylił się do przodu. Zmieniając pozycję, oparł łokcie na rozstawionych kolanach. Miał świdrujące spojrzenie, którym coraz śmielej odpowiadał na to ze strony Geraldine. Któreś miało wymięknąć. Nigdy wcześniej nie doszli tak daleko, ale któreś z nich wymięknie i znowu obrócą kota ogonem. Ambroise nie chciał być tą osobą.
- Bo to jest prostsze? - zasugerował ponownie.
Druga sugestia bez potwierdzenia w rzeczywistości, bo wcale nie było łatwiej. Niedopowiedzenia były niebezpieczne. Wcale nie ułatwiały życia nikogo, kogo znał. Ich szczególnie, o czym świadczyło to, że w tej chwili powstrzymał się przed sięgnięciem po fajkę, bo mógłby podpalać ją od iskier w powietrzu. Kto wie czy coś by nie wybuchło.
- Le coeur a ses raisons que la raison ne connait point i to bardzo niedobrze wróży przyjaźniom - mruknął pod nosem swoją niedoskonałą, łamaną francuszczyzną zmuszając się do tego, żeby nie odwrócić przy tym wzroku w kierunku czegoś, co z powodzeniem mogło przyciągać spojrzenie, gdyby nie to, że nie było Geraldine.
Normalnie już by to zrobił, ale rozgrywali mecz.
Przychodziło mu to coraz bardziej gładko. Im więcej razy podkreślali ten stan tym lepiej. Kłamstwo powtarzane dostatecznie długo staje się prawdą. Prawda tłumiona równie długo nie staje się kłamstwem, ale robi mu miejsce a sama znika. Jeśli będzie miał szczęście to nie wpełznie mu głęboko pod skórę, gdzie się zakorzeni i będzie o sobie przypominać w złych momentach. Niedopowiedzenia i tak go swędziały. Nie chciał drapać się jak szaleniec. Wystarczyło mu, że czasami bez tego tak się zachowywał. Szczególnie w tym przypadku.
- Śmiało założyłem, że coś jadłaś. Zepsute jedzenie raczej byś poznała - wzruszył ramionami, choć z drugiej strony piła dużo alkoholu.
Widział to a alkohol często ratował przed zatruciami pokarmowymi. Być może ognista nie była do tego najlepsza, ale praktycznie tylko to razem pijali, więc uznał, że to był ulubiony trunek Geraldine. Jeśli się tym skutecznie broniła przed skutkami spożycia czegoś podejrzanego to Ambroise mógł tylko skwitować to wzruszeniem ramionami. Sam też za kołnierz nie wylewał. Gdyby chciał postąpić w zgodzie z konwenansami to przyniósłby jej jakieś drogie wino, ale wątpił, że by je ruszyli. Średnio przepadał za winem. Szczególnie takim, które lubiło większość ludzi.
Zazwyczaj wybierał wysokoprocentowy alkohol, szczególnie że on też nie zaczął pić od przedwczoraj. Jeszcze pod koniec Hogwartu bywał tak zwanym umiarkowanie dobrym towarzystwem: dużo uchodziło mu płazem, bo był czarujący, dobrego pochodzenia, umiał mieć maniery, kiedy trzeba było, potrafił bajerować nauczycielki a dla nauczycieli był Szkolną Gwiazdą™ (przynajmniej do czasu, bo później stał się Meteorytem po Szkolnej Gwieździe™; co poradzić).
Zazwyczaj umiał się kontrolować. Alkohol nie był jego największym nałogiem. Były tym papierosy. Prawdopodobnie one w ramach ironii losu ratowały Ambroisa przed zostaniem jednym z tych sabatowych alkoholików, o których mówili.
- Albo, że każda okazja jest do tego dobra i zawsze można jakąś znaleźć - dopowiedział, żeby mieli cały obraz tego jak to wyglądało w ich świecie.
Jasne. Bywali ludzie, dla których sabaty były ważnymi wydarzeniami religijnymi i wyrazem związku z siłami natury, magii i tak dalej. Natomiast trudno było nie powiedzieć, że dla znacznej części społeczeństwa to były tylko okazje do pokazania się, zaświecenia nowymi klejnotami, pomachania butami z najnowszej kolekcji Rosierów a potem nachlania się jak świnia lub knur - w zależności od płci także mniej albo bardziej publicznie i innym rodzajem alkoholu. Kobiety zazwyczaj doiły wino, mężczyźni ognistą. Oni chyba byli wyjątkowi, bo oboje raczej gustowali w tym drugim i nie korzystali z możliwości strojenia się w najlepsze ciuszki na sabat. Choć Ambroise nie wykluczał, że może zechce im się tam wyskoczyć pod koniec wieczoru.
- Myślałem, że to jasne? - Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Jego brwi samoistnie uniosły się w górę. Na twarz zaczął wypełzać zuchwały uśmieszek. - Poczekaj... ...czekaj, czekaj, Yaxley... ...no właśnie: który sabat jest moim ulubionym? - spytał wyzywająco przeciągając wypowiedź. - No? - Mógł dać Geraldine chwilę na zastanowienie, ale odkąd doszedł do wniosku, że mogła nie znać lub nie pamiętać jego daty urodzenia czuł się całkiem rozbawiony.
Nie był o to zły. Wbrew pozorom wolał czuć nutkę sadystycznej satysfakcji z tego, że to on ją teraz stawia pod ścianą. Cała jego postawa zadawała to pytanie:
- No, Geraldine. Kiedy mam urodziny? - Ambroise nie musiał tego powtarzać na głos.
Cały czas się uśmiechał. Na początku tylko leciutko unosił kąciki ust, ale im dłużej czekał tym bardziej rozchylał wargi i suszył zęby. W żadnym razie nie chciał stawiać Geraldine w niezręcznej sytuacji. Było po nim widać, że robił to głównie dla żartów. Najpierw chciał z niej wyciągnąć ten nieszczęsny sabat. Później dokładny dzień. Na koniec może także rok? Jeszcze śmieszniej byłoby, gdyby roku też nie była pewna.
- Dałbym ci tę satysfakcję, gdybym miał z dziesięć, góra piętnaście lat mniej i zależałoby mi na tym, żeby zabrać cię na ognisko - zapewnił w dalszym ciągu bardzo rozbawiony, przypatrując się Geraldine zielonym oczami z błyszczącymi kurwikami.
Dorośli ludzie, którzy stawali się najlepszymi przyjaciółmi pod słońcem. Ta. Jasne. Całkowicie normalne było, że zabrałby przyjaciółkę na świętowanie z okazji sabatu. Szczególnie dziesięć lat wcześniej, kiedy już z powodzeniem odnajdował się w roli nastoletniego babiarza. Zresztą. Piętnaście lat wcześniej też nie był święty, choć wtedy najpewniej ciągnąłby ją za warkocze. Całe szczęście, że miała rozpuszczone włosy. Kto wie, co by mu przyszło do głowy na te wspominki.
- Postaram się pamiętać - obiecał, kiwając głową na znak, że przyjął i powie jej to jeszcze za jakiś czas, kiedy Geraldine nie będzie mieć urodzin tylko dajmy na to imieniny.
Mimo to nie mógł sobie darować ostatniego słowa. Lubił je mieć w ich dyskusjach.
- A może to tylko pretekst? Taki jak do picia? - Zasugerował bezczelnie.
Cholera. Znowu wkraczali na grząski teren. Sam ich sprowadzał na kręte ścieżki pełne podtekstów. Choćby tym czy komplementował ją rzeczy z uwagi na urodziny, czy urodziny były wyłącznie pretekstem, bo i tak chciał to zrobić. Nie wątpił, że miała nie pozostać mu dłużna, ale tym razem osiągnęli nowy poziom w szybkości w zmianie atmosfery na taką, która wysuszała mu wnętrze gardła mimo walenia kolejki za kolejką.
- Bo tak jest wygodniej? - zasugerował powoli z czujnością wpatrzony w reakcję na swoje słowa.
Instynktownie wychylił się do przodu. Zmieniając pozycję, oparł łokcie na rozstawionych kolanach. Miał świdrujące spojrzenie, którym coraz śmielej odpowiadał na to ze strony Geraldine. Któreś miało wymięknąć. Nigdy wcześniej nie doszli tak daleko, ale któreś z nich wymięknie i znowu obrócą kota ogonem. Ambroise nie chciał być tą osobą.
- Bo to jest prostsze? - zasugerował ponownie.
Druga sugestia bez potwierdzenia w rzeczywistości, bo wcale nie było łatwiej. Niedopowiedzenia były niebezpieczne. Wcale nie ułatwiały życia nikogo, kogo znał. Ich szczególnie, o czym świadczyło to, że w tej chwili powstrzymał się przed sięgnięciem po fajkę, bo mógłby podpalać ją od iskier w powietrzu. Kto wie czy coś by nie wybuchło.
- Le coeur a ses raisons que la raison ne connait point i to bardzo niedobrze wróży przyjaźniom - mruknął pod nosem swoją niedoskonałą, łamaną francuszczyzną zmuszając się do tego, żeby nie odwrócić przy tym wzroku w kierunku czegoś, co z powodzeniem mogło przyciągać spojrzenie, gdyby nie to, że nie było Geraldine.
Normalnie już by to zrobił, ale rozgrywali mecz.