29.09.2024, 13:32 ✶
Tłum miał to do siebie, że jego iloraz inteligencji wynosił tyle, co najgłupszego spośród zebranych podzielony dodatkowo na dwoje.
Prowokacją było ciśnięcie transparentu przez kogoś, kto zdecydowanie był użytkownikiem magii. Leciał on zbyt wysoko, zbyt dokładnie, zbyt precyzyjnie wymierzony w gapiów, którzy dopiero mieli stać się spolaryzowani. Informacja, która miała wspomóc służby, w efekcie domina doprowadziła do zamieszek, jak wystrzał startowy, dający chartom znać, że czas biegać za mechanicznym króliczkiem. Kto pierwszy, kto lepszy, kto silniejszy. Prymitywny atawizm pompowany w krew przez prymitywne mózgi.
Nie żeby był ponad to, w swojej kamiennej intelektualnej oklumenckiej twierdzy. Wibracje tłumu opływały go nieprzyjemną chłodną falą, podpalonego ognia bezczynności, która nieodmiennie rodziła herezję. W przysłowiowych dupach ludziom się przewracało i potrzebowali krwi. Rozrywek, które mugole nazwaliby polowaniem na czarownice. Charłacy byli doskonałym mechanicznym królikiem, bezbronnym i realnie pozbawionym praw do biegu innego niż po wyznaczonym przez magów torze. Brak magicznych zdolności uniemożliwiał im edukację, a urodzenie w świecie nienawidzącym i stroniącym od mugoli ucinał szansę na normalne życie pośród nich. Znajdowali się w społecznym limbo i czasem Shafiq łapał się na tym, że przyznawał słuszność niektórym wysokim rodom aranżującym wypadki młodzieży po jedenastym roku życia, gdy jasnym było, że list z Hogwartu nie nadejdzie.
Dotyk mierził go, ale uznawał go za zasłużoną karę. Poczucie wyższości nad kurami pozbawionymi głów, które napierały spragnione krwi siostry i brata stanowiło sycącą równoważnię, za poniesioną cenę.
– Nie mogłeś przejść? Och, mój Ty biedny, czyżby charłactwo było zaraźliwe? – Zdawał sobie sprawę z tego, że poszum histeryzującego tłumu mógł zakłócić zaklęcie translokacyjne, ale poświęcił większość życia na umiejętne odcinanie się od swoich emocji i bezwzględność działania. Korzystając z bliskości, którą wymuszały na nich okoliczności, ujął Rodolphusa pod ramię i...
... znajdowali się po przeciwległej stronie ulicy po której szła demonstracja, tumult dochodzący zza kilkunastu metrów jednoznacznie wskazywał, że protesty eskalowały z każdą chwilą. Być może zwolennicy równościowych pomysłów jednak postanowili magią stanąć w obronie tych, którym pozostawała jedynie broń improwizowana. Być może służby zdecydowały na ostrzejsze środki pacyfikowania zebranych.
– A Ty Rodolphusie? Jakbyś zdecydował, gdybyś był Ministrem Magii? Tworzenie Biura Spraw Charłaczych w jednym z Departamentów, dla tego maluśkiego odsetku upośledzonych ludzi, czy przymusowa eutanazja? – Podjął tonem oczywiście czysto hipotetycznym, żaden z nich w końcu nie miał takiej władzy. No może Anthony mógłby miękką wodą słów zasugerować kilka rozwiązań kilku osobom, ale nie widział w tym żadnego interesu, a bardzo duże ryzyko. Był zaś osobą, która nie znosiła ryzykować, zwłaszcza, że nagroda z tego byłaby nijaka, wręcz przeciwnie, kilka mostów z pewnością zostałoby w ten sposób spalonych.
Jeśli miałby ryzykować, to być może dla spraw wilkołaczych. Trzy lata temu, gdy spędził kilkanaście godzin na przyswajaniu sobie dokumentacji związanej z tą klątwą jego głowa napęczniała od nieprawidłowości i braku pomysłu jak realnie oswoić i wprowadzić w społeczeństwo przeklętych. Była to spora strata, ze względu na nadludzkie możliwości potworów tkwiących w ciałach magów, ale też znów - spore ryzyko. Charłaki mogły pomachać, pokrzyczeć, być świetną wymówką, by zapewnić ludziom rozrywkę. Wilkołaki były zdecydowanie bardziej niebezpieczne, ich przekleństwo było zaraźliwe, a siła rażenia potrafiła być śmiercionośna. Ostatecznie Anthony zdecydował, aby nie podejmować działań w tej kwestii. Wilkołak na którym mu zależało miał wszystko co potrzebował: otoczony opieką rodziny, dbający o to, by opinia publiczna pamiętała go z innych przymiotów.
– Osobiście uważam, że powinno się mimo wszystko wyznaczyć miejsca obowiązkowej pracy dla charłaków i kursy przygotowujące ich do tego. Pozostawiony zasób ludzki na ulicy tylko szerzy zepsucie i ropieje później nadmiarem wolnego czasu – zauważył, podążając za Rodolphusem tam, gdzie ten akurat zmierzał, w niezobowiązującej przechadzce tak, jakby eskalacja problemu i zamieszki w ogóle go nie dotyczyły. I była to prawda. Był bogatym, czystokrwistym arystokratom. Charłakami mógł zajmować się tylko teoretycznie i w sytuacjach takich jak ta - gdy przypadkiem stanęli mu, czy jego spowinowaconemu znajomemu na drodze.
– W ogóle miałem do Ciebie pisać w sprawie tych nieszczęsnych mózgów, które utknęły na granicy. Niestety, proces odwoławczy zajmie zbyt wiele czasu, ale zdaje się, że wymyśliłem inny kanał transportowy, który ominie problemy, które napotkała pierwsza transza. Masz może trochę czasu teraz, żeby to omówić...– Uniósł dłoń w eleganckim, nieco egzaltowanym geście wskazując rozpościerającą się przed nimi ulicę – ... w bardziej cywilizowanych warunkach? Czy mogło być coś bardziej cywilizowanego niż odgłosy walk za ich plecami? Ktoś mógłby cynicznie stwierdzić, że nie - ludzkość konflikt wpisany miała w swój genotyp. Wiadomym było, że Shafiq'owi chodzi o biuro lub apartament któregoś z nich. Zdecydowanie temat charłaków uważał za niegodny temu, aby poświęcać mu choć minutę więcej. W końcu były rzeczy ważne, związane z ważnymi przedsięwzięciami naukowymi, na którymi szły z oczywistych względów pieniądze i wpływy.
Prowokacją było ciśnięcie transparentu przez kogoś, kto zdecydowanie był użytkownikiem magii. Leciał on zbyt wysoko, zbyt dokładnie, zbyt precyzyjnie wymierzony w gapiów, którzy dopiero mieli stać się spolaryzowani. Informacja, która miała wspomóc służby, w efekcie domina doprowadziła do zamieszek, jak wystrzał startowy, dający chartom znać, że czas biegać za mechanicznym króliczkiem. Kto pierwszy, kto lepszy, kto silniejszy. Prymitywny atawizm pompowany w krew przez prymitywne mózgi.
Nie żeby był ponad to, w swojej kamiennej intelektualnej oklumenckiej twierdzy. Wibracje tłumu opływały go nieprzyjemną chłodną falą, podpalonego ognia bezczynności, która nieodmiennie rodziła herezję. W przysłowiowych dupach ludziom się przewracało i potrzebowali krwi. Rozrywek, które mugole nazwaliby polowaniem na czarownice. Charłacy byli doskonałym mechanicznym królikiem, bezbronnym i realnie pozbawionym praw do biegu innego niż po wyznaczonym przez magów torze. Brak magicznych zdolności uniemożliwiał im edukację, a urodzenie w świecie nienawidzącym i stroniącym od mugoli ucinał szansę na normalne życie pośród nich. Znajdowali się w społecznym limbo i czasem Shafiq łapał się na tym, że przyznawał słuszność niektórym wysokim rodom aranżującym wypadki młodzieży po jedenastym roku życia, gdy jasnym było, że list z Hogwartu nie nadejdzie.
Dotyk mierził go, ale uznawał go za zasłużoną karę. Poczucie wyższości nad kurami pozbawionymi głów, które napierały spragnione krwi siostry i brata stanowiło sycącą równoważnię, za poniesioną cenę.
– Nie mogłeś przejść? Och, mój Ty biedny, czyżby charłactwo było zaraźliwe? – Zdawał sobie sprawę z tego, że poszum histeryzującego tłumu mógł zakłócić zaklęcie translokacyjne, ale poświęcił większość życia na umiejętne odcinanie się od swoich emocji i bezwzględność działania. Korzystając z bliskości, którą wymuszały na nich okoliczności, ujął Rodolphusa pod ramię i...
... znajdowali się po przeciwległej stronie ulicy po której szła demonstracja, tumult dochodzący zza kilkunastu metrów jednoznacznie wskazywał, że protesty eskalowały z każdą chwilą. Być może zwolennicy równościowych pomysłów jednak postanowili magią stanąć w obronie tych, którym pozostawała jedynie broń improwizowana. Być może służby zdecydowały na ostrzejsze środki pacyfikowania zebranych.
– A Ty Rodolphusie? Jakbyś zdecydował, gdybyś był Ministrem Magii? Tworzenie Biura Spraw Charłaczych w jednym z Departamentów, dla tego maluśkiego odsetku upośledzonych ludzi, czy przymusowa eutanazja? – Podjął tonem oczywiście czysto hipotetycznym, żaden z nich w końcu nie miał takiej władzy. No może Anthony mógłby miękką wodą słów zasugerować kilka rozwiązań kilku osobom, ale nie widział w tym żadnego interesu, a bardzo duże ryzyko. Był zaś osobą, która nie znosiła ryzykować, zwłaszcza, że nagroda z tego byłaby nijaka, wręcz przeciwnie, kilka mostów z pewnością zostałoby w ten sposób spalonych.
Jeśli miałby ryzykować, to być może dla spraw wilkołaczych. Trzy lata temu, gdy spędził kilkanaście godzin na przyswajaniu sobie dokumentacji związanej z tą klątwą jego głowa napęczniała od nieprawidłowości i braku pomysłu jak realnie oswoić i wprowadzić w społeczeństwo przeklętych. Była to spora strata, ze względu na nadludzkie możliwości potworów tkwiących w ciałach magów, ale też znów - spore ryzyko. Charłaki mogły pomachać, pokrzyczeć, być świetną wymówką, by zapewnić ludziom rozrywkę. Wilkołaki były zdecydowanie bardziej niebezpieczne, ich przekleństwo było zaraźliwe, a siła rażenia potrafiła być śmiercionośna. Ostatecznie Anthony zdecydował, aby nie podejmować działań w tej kwestii. Wilkołak na którym mu zależało miał wszystko co potrzebował: otoczony opieką rodziny, dbający o to, by opinia publiczna pamiętała go z innych przymiotów.
– Osobiście uważam, że powinno się mimo wszystko wyznaczyć miejsca obowiązkowej pracy dla charłaków i kursy przygotowujące ich do tego. Pozostawiony zasób ludzki na ulicy tylko szerzy zepsucie i ropieje później nadmiarem wolnego czasu – zauważył, podążając za Rodolphusem tam, gdzie ten akurat zmierzał, w niezobowiązującej przechadzce tak, jakby eskalacja problemu i zamieszki w ogóle go nie dotyczyły. I była to prawda. Był bogatym, czystokrwistym arystokratom. Charłakami mógł zajmować się tylko teoretycznie i w sytuacjach takich jak ta - gdy przypadkiem stanęli mu, czy jego spowinowaconemu znajomemu na drodze.
– W ogóle miałem do Ciebie pisać w sprawie tych nieszczęsnych mózgów, które utknęły na granicy. Niestety, proces odwoławczy zajmie zbyt wiele czasu, ale zdaje się, że wymyśliłem inny kanał transportowy, który ominie problemy, które napotkała pierwsza transza. Masz może trochę czasu teraz, żeby to omówić...– Uniósł dłoń w eleganckim, nieco egzaltowanym geście wskazując rozpościerającą się przed nimi ulicę – ... w bardziej cywilizowanych warunkach? Czy mogło być coś bardziej cywilizowanego niż odgłosy walk za ich plecami? Ktoś mógłby cynicznie stwierdzić, że nie - ludzkość konflikt wpisany miała w swój genotyp. Wiadomym było, że Shafiq'owi chodzi o biuro lub apartament któregoś z nich. Zdecydowanie temat charłaków uważał za niegodny temu, aby poświęcać mu choć minutę więcej. W końcu były rzeczy ważne, związane z ważnymi przedsięwzięciami naukowymi, na którymi szły z oczywistych względów pieniądze i wpływy.