29.09.2024, 14:20 ✶
Rzucił mężczyźnie dziwne spojrzenie. Było ciężkie do zidentyfikowania, ponieważ w stalowoszarych oczach tlił się gniew, rozbawienie oraz niedowierzanie. Dziwna, specyficzna mieszanka emocji, która paradoksalnie była idealną w odpowiedzi na to, co się tu właśnie wyprawiało. Rodolphus nigdy nie gardził charłakami - po prostu kulturalnie ich nie zauważał. Ignorował ich obecność w świecie magicznym, uważając ich za plamę na honorze jakiegokolwiek rodu, w którym ta anomalia się pojawiała. Czy uważał, że powinni mieć równe prawa? Absolutnie nie. Uważałby tak, gdyby którykolwiek z nich byłby w stanie rzucić zaklęcie. Byli odszczepieńcami, było co prawda dla nich miejsce w magicznej społeczności, ale było ono na równi lub niewiele wyżej niż w przypadku skrzatów domowych.
- Nie wiem. Może sprawdzisz, dotykając jednego z nich? - złośliwy uśmiech przemknął mu po twarzy, wykrzywiając usta w kpiącym grymasie. On sam nigdy nie zniżyłby się do tego, by świadomie dotknąć charłaka. Byli dla niego brudni. Gdy poczuł na swojej ręce dotyk mężczyzny, ściągnął brwi i rzucił mu pytające spojrzenie. A potem świat zawirował, a oni znaleźli się z drugiej strony tegoż cyrku. Całe szczęście, że Lestrange nie miał nigdy problemu z teleportacją - wiedział, że niektórym wywracała ona żołądki na drugą stronę, podobnie jak podróż przy pomocy fiuu. Biedactwa.
- Nie jestem pewny, czy mogą się rozmnażać - odpowiedział leniwie, zerkając na walczący ze sobą tłum. Jakaś dziwna satysfakcja pojawiała się na jego twarzy. Chaos. Lubił chaos. Co prawda sam wolał go wywoływać, lecz nie miał nic przeciwko temu, by poprzyglądać się tej sytuacji. Omal nie oberwał transparentem, ale teraz był gotowy, by w razie czego odpowiednio zareagować. Mogli popatrzeć. - Upośledzeni nie powinni się rozmnażać. Oby matka natura zadecydowała za nas.
Miał w tej kwestii dość ugruntowane poglądy, z którymi nie musiał się kryć - nie w obecności Shafiqa. Ruszył przed siebie, zauważając, że Anthony idzie za nim. Nie miał nic przeciwko temu, szczególnie że w jego słowach kryła się prawda, w którą sam wierzył. Powoli zostawiali za sobą krzyki i odgłosy walki. Gdzieś śmignęło zaklęcie, ale ze zdumieniem zdali sobie sprawę, że mimo oczywistej wyższości czarów nad pięściami to właśnie siły fizycznej użyto w tej chwili. To na pewno nie była Brygada, to musieli być czarodzieje, którzy zostali zaatakowani. Ciekawe ile różdżek zostanie złamanych?
- Jak widać na załączonym obrazku - zgodził się cicho, przesuwając tak, by kolejna osoba, która chciała obserwować widowisko, nie wpadła na niego. Gdy Shafiq wspomniał o sprawie, o której kiedyś zdarzyło im się rozmawiać, zerknął na niego leniwie, unosząc brew. - Jeżeli masz teraz chwilę, możemy iść do mnie. Horyzontalna znajduje się niedaleko, zapraszam. Nie będzie czystszego miejsca i bardziej cichego, niż moje mieszkanie.
Shafiq coś wiedział o nieznośnym pedantyzmie Rodolphusa. Nie tylko skrzaty sprzątały w jego mieszkaniu, ale również i on sam, gdy tylko mógł. Czyli prawie codziennie. Ruszył do przejścia, przecinającego dwie ulice, prowadząc Anthony'ego do siebie. Charłaki to było coś, czym nie zamierzał sobie zaprzątać w tej chwili głowy - zostawiali za sobą zgiełk, a oboje uważali to samo. Nie powinni być puszczeni samopas, nie powinni się rozmnażać. Powinni pracować, by nie degenerować społeczeństwa. Oni teraz mieli inny problem - mózgowy. Bardziej... Ludzki.
- Nie wiem. Może sprawdzisz, dotykając jednego z nich? - złośliwy uśmiech przemknął mu po twarzy, wykrzywiając usta w kpiącym grymasie. On sam nigdy nie zniżyłby się do tego, by świadomie dotknąć charłaka. Byli dla niego brudni. Gdy poczuł na swojej ręce dotyk mężczyzny, ściągnął brwi i rzucił mu pytające spojrzenie. A potem świat zawirował, a oni znaleźli się z drugiej strony tegoż cyrku. Całe szczęście, że Lestrange nie miał nigdy problemu z teleportacją - wiedział, że niektórym wywracała ona żołądki na drugą stronę, podobnie jak podróż przy pomocy fiuu. Biedactwa.
- Nie jestem pewny, czy mogą się rozmnażać - odpowiedział leniwie, zerkając na walczący ze sobą tłum. Jakaś dziwna satysfakcja pojawiała się na jego twarzy. Chaos. Lubił chaos. Co prawda sam wolał go wywoływać, lecz nie miał nic przeciwko temu, by poprzyglądać się tej sytuacji. Omal nie oberwał transparentem, ale teraz był gotowy, by w razie czego odpowiednio zareagować. Mogli popatrzeć. - Upośledzeni nie powinni się rozmnażać. Oby matka natura zadecydowała za nas.
Miał w tej kwestii dość ugruntowane poglądy, z którymi nie musiał się kryć - nie w obecności Shafiqa. Ruszył przed siebie, zauważając, że Anthony idzie za nim. Nie miał nic przeciwko temu, szczególnie że w jego słowach kryła się prawda, w którą sam wierzył. Powoli zostawiali za sobą krzyki i odgłosy walki. Gdzieś śmignęło zaklęcie, ale ze zdumieniem zdali sobie sprawę, że mimo oczywistej wyższości czarów nad pięściami to właśnie siły fizycznej użyto w tej chwili. To na pewno nie była Brygada, to musieli być czarodzieje, którzy zostali zaatakowani. Ciekawe ile różdżek zostanie złamanych?
- Jak widać na załączonym obrazku - zgodził się cicho, przesuwając tak, by kolejna osoba, która chciała obserwować widowisko, nie wpadła na niego. Gdy Shafiq wspomniał o sprawie, o której kiedyś zdarzyło im się rozmawiać, zerknął na niego leniwie, unosząc brew. - Jeżeli masz teraz chwilę, możemy iść do mnie. Horyzontalna znajduje się niedaleko, zapraszam. Nie będzie czystszego miejsca i bardziej cichego, niż moje mieszkanie.
Shafiq coś wiedział o nieznośnym pedantyzmie Rodolphusa. Nie tylko skrzaty sprzątały w jego mieszkaniu, ale również i on sam, gdy tylko mógł. Czyli prawie codziennie. Ruszył do przejścia, przecinającego dwie ulice, prowadząc Anthony'ego do siebie. Charłaki to było coś, czym nie zamierzał sobie zaprzątać w tej chwili głowy - zostawiali za sobą zgiełk, a oboje uważali to samo. Nie powinni być puszczeni samopas, nie powinni się rozmnażać. Powinni pracować, by nie degenerować społeczeństwa. Oni teraz mieli inny problem - mózgowy. Bardziej... Ludzki.
Koniec sesji