29.09.2024, 15:38 ✶
Ambroise nie zastanawiał się ani chwili przed tym jak dźgnął Astarotha drewnianą nogą w brzuch. Dwukrotnie. Za pierwszym razem zbyt słabo, ale za drugim prowizoryczny kółek wszedł w wampira jak nóż w masło. Yaxley wydał z siebie bolesny krzyk a Ambroise zastygł w miejscu. Tu na podłodze w szczątkach mebli i szkła, oblany alkoholem i krwią - swoją, Astarotha, chyba tylko nie Geraldine. Posłał jej szybkie spojrzenie. Nie krył obawy i niepokoju; tym razem były przez chwilę widoczne na jego twarzy.
Nie wyglądała na ranną. Była roztrzęsiona, ale nic ponadto. To nie były fizyczne rany tylko psychiczne. Powinien otrzeźwieć, ale to wiązało się z uświadomieniem sobie, że powinien pomagać. Nie ranić. Tymczasem włożył wszystkie swoje siły w to, żeby skrzywdzić brata swojej Geraldine. Mógłby utrzymywać, że w pewnym momencie zaczął działać w samoobronie, ale to mijało się z prawdą. Przez ten cały czas czerpał satysfakcję z dawania ujścia furii, która go ogarnęła.
Nawet teraz nie czuł wyrzutów sumienia. Podparł się na łokciach na podłodze. Starał się oddychać powoli, żeby uspokoić nerwowość i stać się bardziej opanowanym. Przez cały czas bacznie obserwował scenę dziejącą się obok niego. Zmartwienie ustąpiło miejsca nieskrywanej wzgardzie. Patrzył z nią na tę małą żałosną pijawę, która nagle zaczęła zachowywać się jak marny tchórz. Ambroise spojrzał na niego nieświadomie wkładając w to całą swoją czystokrwistą pogardę.
Żenujący popis słabości i ucieczki od odpowiedzialności.
Nie zamierzał tego komentować, ale wtedy zobaczył, co usiłuje zrobić blondynka.
Bez słowa złapał Geraldine za nadgarstek w mocny uścisk, którym odsunął jej rękę od Astarotha. Miał zdecydowanie grobową minę. Już na pierwszy rzut oka można było zobaczyć, że nie zamierzał tolerować żadnych ale; był na to zbyt wściekły o czym świadczył przyspieszony, ciężki oddech.
- Przyniosę kurwiowi kolację - odezwał się chrapliwie, pałając pogardą w stosunku do młodego Yaxleya, ale brzmiąc tak, jakby już podjął decyzję, że mu pomoże.
Ten jeden raz. Następnym razem w takiej sytuacji ukręci kleszczowi łeb zanim ten zrzyga się na nich swoim jadem. Tego wieczoru nie chciał dodatkowych komplikacji. Wystarczyło to, co się stało, żeby popsuć humor Ambroisa. Z trudem panował nad sobą, żeby tak po prostu odpuścić. Nie silił się na przyjacielskość w stosunku do przeciwnika. Gdyby to od niego zależało to związałby delikwenta i zostawiłby go, żeby wysechł na mumię.
Robił to tylko i wyłącznie przez wzgląd na Geraldine i to, co ich (niegdyś) łączyło. Tego wieczoru usłyszał dostatecznie dużo słów o tym, że los jej nie oszczędzał. Jeśli mógł coś zrobić, żeby nie musiała się bardziej poświęcać to mógł nawet przynieść małemu pojebowi trochę krwi w torebce.
- Kołek zostaje - odezwał się ozięble do obojga i jednocześnie do nikogo konkretnego. - Wrócę za chwilę. Do tej pory nie wyrządzi szkody - nadal drgała mu jedna powieka, ale otrzepał się i zaczął podnosić z podłogi. - Sam mu go wyjmę, kiedy wrócę. Do tej pory go zwiąż tak jak mówi, Geraldine - nie zamierzał wdawać się w dyskusje. Wiedział, że kobieta sobie poradzi.
Ogarnął ubrania na tyle, żeby móc opuścić mieszkanie wściekłym krokiem i rzeczywiście - wrócić po niespełna dwudziestu minutach z dwoma torebkami pierwszej lepszej krwi do transfuzji. W dupie miał to czy będzie smaczna i że jest zimna. Bez słowa rzucił nimi w Astarotha niezależnie od tego, gdzie go znalazł i czy wampir miał wolne ręce, żeby jeść wygodnie.
Kołek miał wyjąć jak Yaxley już się nażre.
Nie wyglądała na ranną. Była roztrzęsiona, ale nic ponadto. To nie były fizyczne rany tylko psychiczne. Powinien otrzeźwieć, ale to wiązało się z uświadomieniem sobie, że powinien pomagać. Nie ranić. Tymczasem włożył wszystkie swoje siły w to, żeby skrzywdzić brata swojej Geraldine. Mógłby utrzymywać, że w pewnym momencie zaczął działać w samoobronie, ale to mijało się z prawdą. Przez ten cały czas czerpał satysfakcję z dawania ujścia furii, która go ogarnęła.
Nawet teraz nie czuł wyrzutów sumienia. Podparł się na łokciach na podłodze. Starał się oddychać powoli, żeby uspokoić nerwowość i stać się bardziej opanowanym. Przez cały czas bacznie obserwował scenę dziejącą się obok niego. Zmartwienie ustąpiło miejsca nieskrywanej wzgardzie. Patrzył z nią na tę małą żałosną pijawę, która nagle zaczęła zachowywać się jak marny tchórz. Ambroise spojrzał na niego nieświadomie wkładając w to całą swoją czystokrwistą pogardę.
Żenujący popis słabości i ucieczki od odpowiedzialności.
Nie zamierzał tego komentować, ale wtedy zobaczył, co usiłuje zrobić blondynka.
Bez słowa złapał Geraldine za nadgarstek w mocny uścisk, którym odsunął jej rękę od Astarotha. Miał zdecydowanie grobową minę. Już na pierwszy rzut oka można było zobaczyć, że nie zamierzał tolerować żadnych ale; był na to zbyt wściekły o czym świadczył przyspieszony, ciężki oddech.
- Przyniosę kurwiowi kolację - odezwał się chrapliwie, pałając pogardą w stosunku do młodego Yaxleya, ale brzmiąc tak, jakby już podjął decyzję, że mu pomoże.
Ten jeden raz. Następnym razem w takiej sytuacji ukręci kleszczowi łeb zanim ten zrzyga się na nich swoim jadem. Tego wieczoru nie chciał dodatkowych komplikacji. Wystarczyło to, co się stało, żeby popsuć humor Ambroisa. Z trudem panował nad sobą, żeby tak po prostu odpuścić. Nie silił się na przyjacielskość w stosunku do przeciwnika. Gdyby to od niego zależało to związałby delikwenta i zostawiłby go, żeby wysechł na mumię.
Robił to tylko i wyłącznie przez wzgląd na Geraldine i to, co ich (niegdyś) łączyło. Tego wieczoru usłyszał dostatecznie dużo słów o tym, że los jej nie oszczędzał. Jeśli mógł coś zrobić, żeby nie musiała się bardziej poświęcać to mógł nawet przynieść małemu pojebowi trochę krwi w torebce.
- Kołek zostaje - odezwał się ozięble do obojga i jednocześnie do nikogo konkretnego. - Wrócę za chwilę. Do tej pory nie wyrządzi szkody - nadal drgała mu jedna powieka, ale otrzepał się i zaczął podnosić z podłogi. - Sam mu go wyjmę, kiedy wrócę. Do tej pory go zwiąż tak jak mówi, Geraldine - nie zamierzał wdawać się w dyskusje. Wiedział, że kobieta sobie poradzi.
Ogarnął ubrania na tyle, żeby móc opuścić mieszkanie wściekłym krokiem i rzeczywiście - wrócić po niespełna dwudziestu minutach z dwoma torebkami pierwszej lepszej krwi do transfuzji. W dupie miał to czy będzie smaczna i że jest zimna. Bez słowa rzucił nimi w Astarotha niezależnie od tego, gdzie go znalazł i czy wampir miał wolne ręce, żeby jeść wygodnie.
Kołek miał wyjąć jak Yaxley już się nażre.