29.09.2024, 16:33 ✶
Sytuacja była poważna, oczywiście, ale nie mogła się nie zaśmiać. Zasłoniła lekko usta dłonią, chichocząc cicho.
- Tyle wystarczy?- Zapytała wreszcie, nieco już poważniej, próbując wyłuskać sens tego wszystkiego. - Maska i pelerynka? Naprawdę tylko tyle trzeba, żeby poderwać lud na barykady i ogłosić, że od dziś wszystkie chwyty są dozwolone?
Ludzie potrzebowali tylko iskry, aby wzniecić na nowo ognisko płonące za czasów poprzednich potyczek. A może coś co wydało się dawno zagaszone, wciąż tliło? Tkwiło w trzewiach ich społeczeństwa. W jego szepcie. W głosie, który kazał już w 1963 roku Mulciberom tak dumnie wymaszerować za drzwi i porzucić swoje całe dotychczasowe życie. Jak wielu im podobnych zostało?
Ona została.
Pozwoliła Woody'emu zapoznać się w spokoju z listą, skrobiąc długim paznokciem o blat stołu. Starała się czymś zająć myśli, więc wybrała jedyne słuszne zajęcie – próbowała zdrapać zaschnięty kawałek farby albo innej bejcy. Podniosła wzrok dopiero słysząc: „dziękuję ślicznie.” Może w każdym innym wypadku machnęłaby nonszalancko ręką i stwierdziła „ależ żaden problem”, ale nie – nie dzisiaj. Nie kiedy sytuacja była tak poważna. Skinęła za to głową, dając mężczyźnie do zrozumienia, że mu wierzy. Gdyby tak nie było, osobiście zadbałaby o zniszczenie kartki.
Nie oczekiwała wylewnych podziękowań, a ostrożność Woody’ego była jedną z najlepszych rzeczy jakie sobą oferował (no może poza tym dziwacznym kapeluszem).
- Ach. Właśnie. Przepraszam za ten alkohol. Nie chciałam rozbić butelki...- Podrapała się delikatnie po karku, w geście wyraźnej skruchy. Skoro już byli w temacie Rejwachu. Nawet w najlepszych momentach, gdy zdawała się mieć pełną kontrolę nad ptasim ciałem, wszelkie instynkty zdawały się wygrywać w małym, ptasim móżdżku. To było momentami… upokarzające.- Ja… Ja zapłacę.- Pogrzebała po kieszeniach, wyciągając z nich kilka pomiętych paragonów, paczkę miętowych pastylek i książeczkę czekową.- Nie, na Merlina przecież go nie zrealizujesz... Moment. Daj mi moment.- Upomniała samą siebie, odkładając książeczkę na bok. Pogrzebała więc jeszcze trochę, wreszcie razem z kolejną stertą zapisanych karteczek samoprzylepnych, przynajmniej z tuzinem wsuwek do włosów, szminką i fikuśną papierośnicą, wyciągając z głębokiej kieszeni szaty swoją sakiewkę. Zajrzała do środka, przeliczając mniej więcej ile tam jest i… po prostu przesunęła ją po stole w stronę mężczyzny.- Mam nadzieję, że wystarczy.- Odparła niemal przepraszającym tonem mówiącym „nie jestem dobra z rachunków, zrób to za mnie”.
- Czy rewanż będzie odroczony?
Zaczęła nerwowo postukiwać w kubek, starając się znaleźć odpowiednie słowa. To nie było łatwe.
- Nie. Nie od razu.- Pokręciła lekko głową. Teraz niczego nie potrzebowała. Życie toczyło się dalej i jak na razie nic nie wskazywało na to, by musiała prosić o to, po co naprawdę tu przyszła. Ale nie mogła uciekać od tematu. Przygryzła mocno wnętrze policzka. Bała się, że jeśli wypowie słowa które od kilku dni zaprzątały jej umysł na głos, te staną się prawdą. – Oni… Oni kiedyś po mnie przyjdą, prawda? Ci cali Śmierciożercy…
Lorien Crouch nie była typem człowieka, którego ego stanowiło osobny byt. Ale nie była też naiwna – w politycznych przepychankach sędziowie Wizengamotu stanowili cenny nabytek. Każdy jeden głos się liczył, mógł przeważyć w ostatecznym rozrachunku. Zresztą, kobieta znała swój dorobek. Każdą jedną pracę, propozycję i ideę mającą na celu uzdrowienie ich ojczyzny. Sądownictwa. Więziennictwa. Całej tej machiny, która zdawała się ostatnio się psuć coraz bardziej. Czy jej słowa, wygłaszane z piedestału Wizengamotu, odczytywano jako manifest konserwatywnej supremacji czarodziejów nad mugolami, gdy wskazywała na potrzebę zachowania harmonii między postępem, a poszanowaniem tradycyjnych wartości?
Nie taki był zamysł.
Nie chciała stać się cichym słowem rewolucji, w której nawet nie uczestniczyła.
Dlatego tak łatwo dało się wyczuć, że pod płaszczem kpin z Lorda Voldemorta i całej zgrai jego popleczników, Lorien Crouch się po prostu boi.
- Tyle wystarczy?- Zapytała wreszcie, nieco już poważniej, próbując wyłuskać sens tego wszystkiego. - Maska i pelerynka? Naprawdę tylko tyle trzeba, żeby poderwać lud na barykady i ogłosić, że od dziś wszystkie chwyty są dozwolone?
Ludzie potrzebowali tylko iskry, aby wzniecić na nowo ognisko płonące za czasów poprzednich potyczek. A może coś co wydało się dawno zagaszone, wciąż tliło? Tkwiło w trzewiach ich społeczeństwa. W jego szepcie. W głosie, który kazał już w 1963 roku Mulciberom tak dumnie wymaszerować za drzwi i porzucić swoje całe dotychczasowe życie. Jak wielu im podobnych zostało?
Ona została.
Pozwoliła Woody'emu zapoznać się w spokoju z listą, skrobiąc długim paznokciem o blat stołu. Starała się czymś zająć myśli, więc wybrała jedyne słuszne zajęcie – próbowała zdrapać zaschnięty kawałek farby albo innej bejcy. Podniosła wzrok dopiero słysząc: „dziękuję ślicznie.” Może w każdym innym wypadku machnęłaby nonszalancko ręką i stwierdziła „ależ żaden problem”, ale nie – nie dzisiaj. Nie kiedy sytuacja była tak poważna. Skinęła za to głową, dając mężczyźnie do zrozumienia, że mu wierzy. Gdyby tak nie było, osobiście zadbałaby o zniszczenie kartki.
Nie oczekiwała wylewnych podziękowań, a ostrożność Woody’ego była jedną z najlepszych rzeczy jakie sobą oferował (no może poza tym dziwacznym kapeluszem).
- Ach. Właśnie. Przepraszam za ten alkohol. Nie chciałam rozbić butelki...- Podrapała się delikatnie po karku, w geście wyraźnej skruchy. Skoro już byli w temacie Rejwachu. Nawet w najlepszych momentach, gdy zdawała się mieć pełną kontrolę nad ptasim ciałem, wszelkie instynkty zdawały się wygrywać w małym, ptasim móżdżku. To było momentami… upokarzające.- Ja… Ja zapłacę.- Pogrzebała po kieszeniach, wyciągając z nich kilka pomiętych paragonów, paczkę miętowych pastylek i książeczkę czekową.- Nie, na Merlina przecież go nie zrealizujesz... Moment. Daj mi moment.- Upomniała samą siebie, odkładając książeczkę na bok. Pogrzebała więc jeszcze trochę, wreszcie razem z kolejną stertą zapisanych karteczek samoprzylepnych, przynajmniej z tuzinem wsuwek do włosów, szminką i fikuśną papierośnicą, wyciągając z głębokiej kieszeni szaty swoją sakiewkę. Zajrzała do środka, przeliczając mniej więcej ile tam jest i… po prostu przesunęła ją po stole w stronę mężczyzny.- Mam nadzieję, że wystarczy.- Odparła niemal przepraszającym tonem mówiącym „nie jestem dobra z rachunków, zrób to za mnie”.
- Czy rewanż będzie odroczony?
Zaczęła nerwowo postukiwać w kubek, starając się znaleźć odpowiednie słowa. To nie było łatwe.
- Nie. Nie od razu.- Pokręciła lekko głową. Teraz niczego nie potrzebowała. Życie toczyło się dalej i jak na razie nic nie wskazywało na to, by musiała prosić o to, po co naprawdę tu przyszła. Ale nie mogła uciekać od tematu. Przygryzła mocno wnętrze policzka. Bała się, że jeśli wypowie słowa które od kilku dni zaprzątały jej umysł na głos, te staną się prawdą. – Oni… Oni kiedyś po mnie przyjdą, prawda? Ci cali Śmierciożercy…
Lorien Crouch nie była typem człowieka, którego ego stanowiło osobny byt. Ale nie była też naiwna – w politycznych przepychankach sędziowie Wizengamotu stanowili cenny nabytek. Każdy jeden głos się liczył, mógł przeważyć w ostatecznym rozrachunku. Zresztą, kobieta znała swój dorobek. Każdą jedną pracę, propozycję i ideę mającą na celu uzdrowienie ich ojczyzny. Sądownictwa. Więziennictwa. Całej tej machiny, która zdawała się ostatnio się psuć coraz bardziej. Czy jej słowa, wygłaszane z piedestału Wizengamotu, odczytywano jako manifest konserwatywnej supremacji czarodziejów nad mugolami, gdy wskazywała na potrzebę zachowania harmonii między postępem, a poszanowaniem tradycyjnych wartości?
Nie taki był zamysł.
Nie chciała stać się cichym słowem rewolucji, w której nawet nie uczestniczyła.
Dlatego tak łatwo dało się wyczuć, że pod płaszczem kpin z Lorda Voldemorta i całej zgrai jego popleczników, Lorien Crouch się po prostu boi.