29.09.2024, 16:40 ✶
Gwałtownie zaciągnął powietrze, parskając na dźwięk tych insynuacji.
- Próbujesz mnie obrazić mówieniem mi, że jestem sabatowym ruchaczem? - uniósł brwi, kręcąc głową. Niedowierzanie. - Naprawdę, Geraldine? Naprawdę? Wybacz, że nie informuję cię o moich podbojach miłosnych, Droga Przyjaciółko, ale to nie znaczy, że muszę się zniżać do poziomu moczenia na Beltane. Jak już mówiliśmy: istnieją również inne święta - udawał oburzonego, aczkolwiek nie poczuł się tym specjalnie urażony.
Nie sądził, żeby tak naprawdę miała o nim takie zdanie. Przynajmniej na to liczył, bo byłoby niezręcznie, gdyby naprawdę miała go za kogoś, kim nie... ...nie no... ...kim trochę faktycznie był. Nie mógł zaprzeczyć jakimkolwiek zarzutom odnośnie podrywania samotnych panien (zawsze pilnował stanu panieńskiego swojej potencjalnej towarzyszki wieczoru, nie był głupi) podczas różnych wydarzeń towarzyskich, ale nie ograniczał się do tych spędów. Ani nie był zdesperowany. Nie sądził, aby potrzebował być. Był próżnie świadomy swojej prezencji. W końcu o nią dbał.
- Jakbyś przed chwilą nie powiedziała, że takie pojawianie się na ognisku ma tak naprawdę jeden cel - wypuścił powietrze nosem, pozwalając sobie na przewrócenie gałkami ocznymi. - Jeśli pytasz o to czy w innych okolicznościach rozważałbym zaproszenie cię na wspólne całonocne świętowanie sabatu to odpowiedź brzmi: z dużym prawdopodobieństwem, ale już się tego nie dowiemy - alkohol trochę przez niego przemawiał, słowa łatwiej opuszczały usta i były mniej zawoalowane a nieznacznie rozgoryczenie zostało sprytnie przykryte żartami.
Odpowiedź nie brzmiała w ten sposób. Ambroise był tego całkowicie świadomy. W jakiejś innej rzeczywistości, gdyby sprawy ułożyły się inaczej i nie byłoby między nimi tej przyjaźni (jakkolwiek nie wymuszonej) na pewno mogliby siedzieć przy jakimś ognisku podczas Beltane. Do końca wieczoru nie byłoby już ani trochę chłodno. Ale realia wyglądały zgoła inaczej. Poznali się na tyle dobrze, żeby nie chciał traktować tego przedmiotowo. Mimo sposobu, w który zdarzało mu się na nią patrzeć. Pomimo niedopowiedzeń, bo naprawdę nie chciał spierdolić tej znajomości.
- Jeśli to cię pocieszy, mam do ciebie zbyt duży szacunek, żeby traktować cię w ten sposób - zapewnił ją, choć jego to raczej nie satysfakcjonowało.
Nieczęsto zdarzało mu się nie dostawać tego czego pragnął. Nawet, jeśli to były podstępnie podświadome pragnienia. Żartowali o tym kiedyś, bo w tym wypadku był ucieleśnieniem chamskich komentarzy o bogatych czystokrwistych czarodziejach. Przywykł do tego, że osiąga to czego chce. Zazwyczaj przychodziło mu to łatwo, ale nawet jeśli musiał się starać (co już było zaprzeczeniem tamtym komentarzom) to w większości przypadków wiedział, że na końcu czeka na niego nagroda.
W tym wypadku było inaczej. Teraz świadomie odpuszczał jawne próby dowiedzenia się czy tylko mu się wydawało, że była między nimi przestrzeń na coś poza przyjaźnią. Nie próbował pytać czy to tylko jego ego, mniemanie o swoim czarze osobistym i podszepty demonów pod skórą. Jeden z nielicznych razów w życiu Greengrassa, Ambroise wstrzymywał się przed decyzją.
Nie ma co. Sprytnie odciągnęła go od prób dociekania tego czy zna jego datę urodzenia. Potrafiła go zbić z tropu. Tak, że całkiem zapomniał do czego pił i że powinien wrócić do tamtego tematu.
- No dobrze. Wobec tego postaram się mówić wszystko jak leci, okay? Bez pretekstów - obiecał obdarzając ją dłuższym spojrzeniem.
Kłamał. To jasne. W ich sytuacji byłoby to niemożliwe do spełnienia. Natomiast nie drgnął mu przy tym żaden mięsień na twarzy ani na ciele. Stawali się władcami pozorów. Wbrew sobie, ale kto by tam parzył na takie drobne piekielności.
Szczególnie w obliczu tego, że w ich życiu bywały dużo większe. I to właśnie one zaczęły wypływać na wierzch wraz z ubywaniem zawartości butelki. Ambroise co prawda czuł się całkiem trzeźwy, ale cała ta sytuacja go truła. Nie chciał o tym rozmawiać, jednocześnie się do tego palił, ale nie w jej urodziny. Z drugiej strony chyba nie było na to odpowiedniego terminu a on nie potrafił zamknąć mordy, kiedy zaczął mówić.
- Może pierdolę a może nie - stwierdził poważnie z wyczuwalną nutą goryczy. Nawet, jeżeli miała rację to nie satysfakcjonował go taki komentarz. - Nie wiem czego ty ode mnie teraz oczekujesz, Geraldine. Przerzucamy się półsłówkami, półprawdami, półgównem, ale to nie tylko moja odpowiedzialność - skwitował, rozkładając ręce.
Proszę bardzo. Był otwarty na wszystko, co miał usłyszeć, jeśli chciała mu coś powiedzieć.
Nie chciał się konfrontować, szczególnie nie w jej urodziny. Rozmawiał z nią szczerze, twardawo, trochę z przekąsem, ale bez zamiaru głębszej konfrontacji. Miała rację. Może powinni sobie wyjaśnić kilka rzeczy, bo to robiło się męczące.
- Przyjaźnimy się? Flirtujesz ze mną? Zaczynasz kłótnię? Rozwiewasz wątpliwości z ciekawości? Pasuje ci ten stan rzeczy? Nie pasuje? Skoro ja pierdolę to ty też pierdolisz - stwierdził po chwili, osuszając szklankę po raz kolejny.
Postawił ją z trzaskiem na stoliku, sięgnął po butelkę i nalał sobie więcej alkoholu bez odwracania wzroku od Yaxleyówny.
- Próbujesz mnie obrazić mówieniem mi, że jestem sabatowym ruchaczem? - uniósł brwi, kręcąc głową. Niedowierzanie. - Naprawdę, Geraldine? Naprawdę? Wybacz, że nie informuję cię o moich podbojach miłosnych, Droga Przyjaciółko, ale to nie znaczy, że muszę się zniżać do poziomu moczenia na Beltane. Jak już mówiliśmy: istnieją również inne święta - udawał oburzonego, aczkolwiek nie poczuł się tym specjalnie urażony.
Nie sądził, żeby tak naprawdę miała o nim takie zdanie. Przynajmniej na to liczył, bo byłoby niezręcznie, gdyby naprawdę miała go za kogoś, kim nie... ...nie no... ...kim trochę faktycznie był. Nie mógł zaprzeczyć jakimkolwiek zarzutom odnośnie podrywania samotnych panien (zawsze pilnował stanu panieńskiego swojej potencjalnej towarzyszki wieczoru, nie był głupi) podczas różnych wydarzeń towarzyskich, ale nie ograniczał się do tych spędów. Ani nie był zdesperowany. Nie sądził, aby potrzebował być. Był próżnie świadomy swojej prezencji. W końcu o nią dbał.
- Jakbyś przed chwilą nie powiedziała, że takie pojawianie się na ognisku ma tak naprawdę jeden cel - wypuścił powietrze nosem, pozwalając sobie na przewrócenie gałkami ocznymi. - Jeśli pytasz o to czy w innych okolicznościach rozważałbym zaproszenie cię na wspólne całonocne świętowanie sabatu to odpowiedź brzmi: z dużym prawdopodobieństwem, ale już się tego nie dowiemy - alkohol trochę przez niego przemawiał, słowa łatwiej opuszczały usta i były mniej zawoalowane a nieznacznie rozgoryczenie zostało sprytnie przykryte żartami.
Odpowiedź nie brzmiała w ten sposób. Ambroise był tego całkowicie świadomy. W jakiejś innej rzeczywistości, gdyby sprawy ułożyły się inaczej i nie byłoby między nimi tej przyjaźni (jakkolwiek nie wymuszonej) na pewno mogliby siedzieć przy jakimś ognisku podczas Beltane. Do końca wieczoru nie byłoby już ani trochę chłodno. Ale realia wyglądały zgoła inaczej. Poznali się na tyle dobrze, żeby nie chciał traktować tego przedmiotowo. Mimo sposobu, w który zdarzało mu się na nią patrzeć. Pomimo niedopowiedzeń, bo naprawdę nie chciał spierdolić tej znajomości.
- Jeśli to cię pocieszy, mam do ciebie zbyt duży szacunek, żeby traktować cię w ten sposób - zapewnił ją, choć jego to raczej nie satysfakcjonowało.
Nieczęsto zdarzało mu się nie dostawać tego czego pragnął. Nawet, jeśli to były podstępnie podświadome pragnienia. Żartowali o tym kiedyś, bo w tym wypadku był ucieleśnieniem chamskich komentarzy o bogatych czystokrwistych czarodziejach. Przywykł do tego, że osiąga to czego chce. Zazwyczaj przychodziło mu to łatwo, ale nawet jeśli musiał się starać (co już było zaprzeczeniem tamtym komentarzom) to w większości przypadków wiedział, że na końcu czeka na niego nagroda.
W tym wypadku było inaczej. Teraz świadomie odpuszczał jawne próby dowiedzenia się czy tylko mu się wydawało, że była między nimi przestrzeń na coś poza przyjaźnią. Nie próbował pytać czy to tylko jego ego, mniemanie o swoim czarze osobistym i podszepty demonów pod skórą. Jeden z nielicznych razów w życiu Greengrassa, Ambroise wstrzymywał się przed decyzją.
Nie ma co. Sprytnie odciągnęła go od prób dociekania tego czy zna jego datę urodzenia. Potrafiła go zbić z tropu. Tak, że całkiem zapomniał do czego pił i że powinien wrócić do tamtego tematu.
- No dobrze. Wobec tego postaram się mówić wszystko jak leci, okay? Bez pretekstów - obiecał obdarzając ją dłuższym spojrzeniem.
Kłamał. To jasne. W ich sytuacji byłoby to niemożliwe do spełnienia. Natomiast nie drgnął mu przy tym żaden mięsień na twarzy ani na ciele. Stawali się władcami pozorów. Wbrew sobie, ale kto by tam parzył na takie drobne piekielności.
Szczególnie w obliczu tego, że w ich życiu bywały dużo większe. I to właśnie one zaczęły wypływać na wierzch wraz z ubywaniem zawartości butelki. Ambroise co prawda czuł się całkiem trzeźwy, ale cała ta sytuacja go truła. Nie chciał o tym rozmawiać, jednocześnie się do tego palił, ale nie w jej urodziny. Z drugiej strony chyba nie było na to odpowiedniego terminu a on nie potrafił zamknąć mordy, kiedy zaczął mówić.
- Może pierdolę a może nie - stwierdził poważnie z wyczuwalną nutą goryczy. Nawet, jeżeli miała rację to nie satysfakcjonował go taki komentarz. - Nie wiem czego ty ode mnie teraz oczekujesz, Geraldine. Przerzucamy się półsłówkami, półprawdami, półgównem, ale to nie tylko moja odpowiedzialność - skwitował, rozkładając ręce.
Proszę bardzo. Był otwarty na wszystko, co miał usłyszeć, jeśli chciała mu coś powiedzieć.
Nie chciał się konfrontować, szczególnie nie w jej urodziny. Rozmawiał z nią szczerze, twardawo, trochę z przekąsem, ale bez zamiaru głębszej konfrontacji. Miała rację. Może powinni sobie wyjaśnić kilka rzeczy, bo to robiło się męczące.
- Przyjaźnimy się? Flirtujesz ze mną? Zaczynasz kłótnię? Rozwiewasz wątpliwości z ciekawości? Pasuje ci ten stan rzeczy? Nie pasuje? Skoro ja pierdolę to ty też pierdolisz - stwierdził po chwili, osuszając szklankę po raz kolejny.
Postawił ją z trzaskiem na stoliku, sięgnął po butelkę i nalał sobie więcej alkoholu bez odwracania wzroku od Yaxleyówny.