29.09.2024, 21:40 ✶
- Właśnie tak sobie życzę -wybacz, nie było mu w smak bycie z nią przyjaciółmi w tej sferze życia.
Nie miał pojęcia jak mógłby się zachować, kiedy zostałby przedstawiony jakiemuś beżowemu lowelasowi (nie wiedzieć czemu ciągle miał w głowie ten obraz egipskiego poszukiwacza przygód). Nie chciał dopuszczać do siebie możliwości, że prędzej czy później do tego dojdzie. Nie byli wyłącznie przyjaciółmi, ale także oboje należeli do czystokrwistych rodów.
Prędzej czy później oczekiwano od nich jakichś rozsądnych decyzji w zgodzie z konwenansami. Może to jeszcze nie było elementem ich życia a przynajmniej nie w przypadku Greengrassa, ale nie łudził się, że czasami takie rzeczy po prostu miały miejsce. Można było udawać, że tak nie jest. Jego rodzina go nie naciskała, ale widywał różne rzeczy. Czasami głowom rodów po prostu odbijało. Z dnia na dzień podejmowali wiążące decyzje, żeby wzmocnić siłę i pozycję swoich rodów.
To było mało przyjacielskie i trochę egoistyczne z jego strony, ale nie chciał być w pobliżu, kiedy nadejdzie taki moment i Geraldine wejdzie w związek z jakimś wpływowym czarodziejem. O ile to będzie świadoma decyzja z jej strony. W innym przypadku nie miał nic przeciwko temu, żeby przy niej być i wspierać ją w trudnej sytuacji. Ot pokrętne myślenie. Może nie był tak prostym człowiekiem, za jakiego się miał.
- Zauważyłem. Sama mi powiedziałaś. Mówię tylko, że w każdej plotce jest ziarnko prawdy. W moim przypadku nie jest inaczej - wzruszył ramionami.
Chciała wiedzieć, jaką fatalną partią był Ambroise, więc on nie próbował mydlić jej oczu. Dla niektórych ojców i braci bywał najgorszy, może nie zadawał się z mężatkami ani zaręczonymi, ale dla niektórych mężów również. Natomiast tu nie odpowiadał za czyjeś wyobrażenia. Pod tym względem był w porządku. Nie dotykał zajętych. Tu też był pies pogrzebany, bo nie wiedział tego o niej a nie chciał pytać. Nagle się przed tym wzbraniał. Stąd usiłował upierać się, że pasuje mu ta cała śpiewka o przyjaźni.
- Mam nadzieję. Byłoby łatwiej - odpowiedział kryjąc wszystko w sobie; jego ton był pozbawiony emocji, całkowicie neutralny i nieprzenikniony tak samo jak wyraz twarzy.
Gdyby miał jakiś podręcznik do ich relacji z pewnością byłoby znacznie prościej. Potrafił się obchodzić z rzeczami, które były jasne i nie mogły mu wybuchnąć w rękach, kiedy teoretycznie robił wszystko w porządku. Nie zawsze stosował się do zaleceń. Lubił szukać własnych rozwiązań i chodzić na skróty, ale tu czuł, że nie może. Grząski grunt zapadał mu się pod nogami i go wciągał.
- Znajdziemy ją. Tylko wtedy wszystko się rozjaśni - stwierdził może trochę zbyt zdecydowanie, fanatycznie i z nutką desperacji, ale potrzebował wierzyć, że prawda gdzieś tam jest i mogą do niej dotrzeć, jeśli się postarają. - Znowu cię nie rozumiem - dodał, kiedy powiedziała coś odnośnie obiektu badań, bo zaczynał mieć wrażenie, że w jej głowie też było tak głośno jak w jego.
Nie pozwalał sobie na dalsze myślenie, że być może zna powód. Próbowali poruszyć ten temat. Któryś raz z rzędu i ponownie bezskutecznie, uciekając do przyziemnych czynności.
- Jasne - skwitował jej sarkazm.
Nie dyskutował z Geraldine. To były jej urodziny. Wręcz zaczął twierdzić, że mogła zrobić z tym ciastem cokolwiek chciała. To było głupie ciasto. Durne przyozdobione ciasto urodzinowe z żenującą liczbą świeczek. Nic, co bawiło go jeszcze chwilę temu. Miała dobry pomysł z oderwaniem górnej części kartonu. Zrobiła to wprawnie. Powinien pogratulować przyjaciółce dobrego pomysłu, ale tego nie zrobił. Stał obok jak słup soli.
Właściwie to niepotrzebnie pchał się do pomagania jej, skoro dobrze sobie radziła. Wydawało mu się to dobrym pomysłem, dopóki nie stanęli zbyt blisko siebie. Wewnątrz cieszył się, że wcześniej złożył te cholerne życzenia. W tej chwili nie byłby w stanie zbliżyć się jeszcze bardziej. Ani tym bardziej uściskać kobietę albo co gorsza ucałować ją w policzki. Mimowolnie napinał ciało i powstrzymywał się przed zbyt głębokim oddychaniem, jakby to mogło jakoś zaszkodzić. Kiedy rozpakowała ciasto a on w milczeniu podpalił świeczki, odsunął się pół kroku w bok. Pokiwał głową. Najlepiej, żeby to zdmuchnęła i będą to mieć za sobą.
- Wszystkiego najlepszego - powiedział spokojnie po raz kolejny tego wieczoru, bo nie zamierzał śpiewać jej Sto lat, tym bardziej, że czarodzieje zwykle żyli dłużej.
Inaczej sobie wyobrażał tę chwilę. Miał nadzieję, że Geraldine ucieszy się z tego elementu prezentu od niego. Raczej sądził, że będą mogli żartować coś na temat absurdalnej ilości świeczek a oni zachowywali się jak nastolatki zmuszane do pozowania na rodzinnych portretach. Geraldine jeszcze, jakby ktoś zabrał ją do restauracji na urodzinową kolację i powiedział kelnerom, że ma urodziny a oni zaczęli śpiewać jej jakąś żenującą piosenkę.
Nic dziwnego, że Ambroise stracił cały pozostały zapał. Też chciał, żeby mieli to z głowy. Wymusił uśmiech, kiedy zdmuchnęła świeczki a zaraz potem pokiwał głową. Mógł przynieść co potrzeba. Szczególnie, jeśli to da im chwilę osobno, bo jej obecność zaczęła mu ciążyć w niewłaściwy sposób.
- Coś jeszcze będzie prościej, jeśli zrobimy? - Spytał akurat dogodnie obrócony do niej plecami, bo właśnie oddalał się po widelce.
Mógł się przymknąć. Z powodzeniem. Natomiast nie potrafił powstrzymać się od komentarza. Najwidoczniej Geraldine potrafiła orientować się w sposobach hierarchizowania problemów i podejmować całkiem słuszne decyzje, tylko z jakiegoś powodu wolała, żeby dotyczyły oderwania papierowej góry pudełka albo zjedzenia ciasta prosto z kartonu a nie czegoś, co zmieniłoby ich sytuację w dłuższej perspektywie. W tej krótszej odnajdywała się doskonale. Tak dobrze, że bez wahania udał się po te widelczyki.
Zdążył zorientować się w układzie części mieszkania jego przyjaciółki - tej dostępnej dla wszystkich gości. Oczywiście. Nic ponad to. Bez zdrożności. Toteż pamiętał, skąd powinien wziąć sztućce i nie miało mu to zająć zbyt dużo czasu. Mógł wrócić zaledwie po minucie bądź dwóch. Natomiast do salonu powrócił dopiero bliżej dziesięciu minut od wyjścia. Potrzebował tej samotnej chwili w kuchni i skorzystał z tej możliwości.
Jak gdyby nigdy nic podszedł do sofy, wyciągnął widelczyk w stronę Yaxleyówny i obalił się na wolny kawałek siedziska. Mogliby być statystami w mugolskim sitcomie, bo przecież i tak grali. W następnym sezonie może awansują na postacie gościnne, ale to nie zależało od nich. Ambroise cały czas odnosił wrażenie, że to ktoś inny odpowiada za ten scenariusz. Czuł rozgoryczenie na myśl, że niby miał opowiadać o jego życiu a on nie czuł, że ma kontrolę nad tym, co ktoś tam napisał. Może tylko grać z gotowej kartki.
Nie miał pojęcia jak mógłby się zachować, kiedy zostałby przedstawiony jakiemuś beżowemu lowelasowi (nie wiedzieć czemu ciągle miał w głowie ten obraz egipskiego poszukiwacza przygód). Nie chciał dopuszczać do siebie możliwości, że prędzej czy później do tego dojdzie. Nie byli wyłącznie przyjaciółmi, ale także oboje należeli do czystokrwistych rodów.
Prędzej czy później oczekiwano od nich jakichś rozsądnych decyzji w zgodzie z konwenansami. Może to jeszcze nie było elementem ich życia a przynajmniej nie w przypadku Greengrassa, ale nie łudził się, że czasami takie rzeczy po prostu miały miejsce. Można było udawać, że tak nie jest. Jego rodzina go nie naciskała, ale widywał różne rzeczy. Czasami głowom rodów po prostu odbijało. Z dnia na dzień podejmowali wiążące decyzje, żeby wzmocnić siłę i pozycję swoich rodów.
To było mało przyjacielskie i trochę egoistyczne z jego strony, ale nie chciał być w pobliżu, kiedy nadejdzie taki moment i Geraldine wejdzie w związek z jakimś wpływowym czarodziejem. O ile to będzie świadoma decyzja z jej strony. W innym przypadku nie miał nic przeciwko temu, żeby przy niej być i wspierać ją w trudnej sytuacji. Ot pokrętne myślenie. Może nie był tak prostym człowiekiem, za jakiego się miał.
- Zauważyłem. Sama mi powiedziałaś. Mówię tylko, że w każdej plotce jest ziarnko prawdy. W moim przypadku nie jest inaczej - wzruszył ramionami.
Chciała wiedzieć, jaką fatalną partią był Ambroise, więc on nie próbował mydlić jej oczu. Dla niektórych ojców i braci bywał najgorszy, może nie zadawał się z mężatkami ani zaręczonymi, ale dla niektórych mężów również. Natomiast tu nie odpowiadał za czyjeś wyobrażenia. Pod tym względem był w porządku. Nie dotykał zajętych. Tu też był pies pogrzebany, bo nie wiedział tego o niej a nie chciał pytać. Nagle się przed tym wzbraniał. Stąd usiłował upierać się, że pasuje mu ta cała śpiewka o przyjaźni.
- Mam nadzieję. Byłoby łatwiej - odpowiedział kryjąc wszystko w sobie; jego ton był pozbawiony emocji, całkowicie neutralny i nieprzenikniony tak samo jak wyraz twarzy.
Gdyby miał jakiś podręcznik do ich relacji z pewnością byłoby znacznie prościej. Potrafił się obchodzić z rzeczami, które były jasne i nie mogły mu wybuchnąć w rękach, kiedy teoretycznie robił wszystko w porządku. Nie zawsze stosował się do zaleceń. Lubił szukać własnych rozwiązań i chodzić na skróty, ale tu czuł, że nie może. Grząski grunt zapadał mu się pod nogami i go wciągał.
- Znajdziemy ją. Tylko wtedy wszystko się rozjaśni - stwierdził może trochę zbyt zdecydowanie, fanatycznie i z nutką desperacji, ale potrzebował wierzyć, że prawda gdzieś tam jest i mogą do niej dotrzeć, jeśli się postarają. - Znowu cię nie rozumiem - dodał, kiedy powiedziała coś odnośnie obiektu badań, bo zaczynał mieć wrażenie, że w jej głowie też było tak głośno jak w jego.
Nie pozwalał sobie na dalsze myślenie, że być może zna powód. Próbowali poruszyć ten temat. Któryś raz z rzędu i ponownie bezskutecznie, uciekając do przyziemnych czynności.
- Jasne - skwitował jej sarkazm.
Nie dyskutował z Geraldine. To były jej urodziny. Wręcz zaczął twierdzić, że mogła zrobić z tym ciastem cokolwiek chciała. To było głupie ciasto. Durne przyozdobione ciasto urodzinowe z żenującą liczbą świeczek. Nic, co bawiło go jeszcze chwilę temu. Miała dobry pomysł z oderwaniem górnej części kartonu. Zrobiła to wprawnie. Powinien pogratulować przyjaciółce dobrego pomysłu, ale tego nie zrobił. Stał obok jak słup soli.
Właściwie to niepotrzebnie pchał się do pomagania jej, skoro dobrze sobie radziła. Wydawało mu się to dobrym pomysłem, dopóki nie stanęli zbyt blisko siebie. Wewnątrz cieszył się, że wcześniej złożył te cholerne życzenia. W tej chwili nie byłby w stanie zbliżyć się jeszcze bardziej. Ani tym bardziej uściskać kobietę albo co gorsza ucałować ją w policzki. Mimowolnie napinał ciało i powstrzymywał się przed zbyt głębokim oddychaniem, jakby to mogło jakoś zaszkodzić. Kiedy rozpakowała ciasto a on w milczeniu podpalił świeczki, odsunął się pół kroku w bok. Pokiwał głową. Najlepiej, żeby to zdmuchnęła i będą to mieć za sobą.
- Wszystkiego najlepszego - powiedział spokojnie po raz kolejny tego wieczoru, bo nie zamierzał śpiewać jej Sto lat, tym bardziej, że czarodzieje zwykle żyli dłużej.
Inaczej sobie wyobrażał tę chwilę. Miał nadzieję, że Geraldine ucieszy się z tego elementu prezentu od niego. Raczej sądził, że będą mogli żartować coś na temat absurdalnej ilości świeczek a oni zachowywali się jak nastolatki zmuszane do pozowania na rodzinnych portretach. Geraldine jeszcze, jakby ktoś zabrał ją do restauracji na urodzinową kolację i powiedział kelnerom, że ma urodziny a oni zaczęli śpiewać jej jakąś żenującą piosenkę.
Nic dziwnego, że Ambroise stracił cały pozostały zapał. Też chciał, żeby mieli to z głowy. Wymusił uśmiech, kiedy zdmuchnęła świeczki a zaraz potem pokiwał głową. Mógł przynieść co potrzeba. Szczególnie, jeśli to da im chwilę osobno, bo jej obecność zaczęła mu ciążyć w niewłaściwy sposób.
- Coś jeszcze będzie prościej, jeśli zrobimy? - Spytał akurat dogodnie obrócony do niej plecami, bo właśnie oddalał się po widelce.
Mógł się przymknąć. Z powodzeniem. Natomiast nie potrafił powstrzymać się od komentarza. Najwidoczniej Geraldine potrafiła orientować się w sposobach hierarchizowania problemów i podejmować całkiem słuszne decyzje, tylko z jakiegoś powodu wolała, żeby dotyczyły oderwania papierowej góry pudełka albo zjedzenia ciasta prosto z kartonu a nie czegoś, co zmieniłoby ich sytuację w dłuższej perspektywie. W tej krótszej odnajdywała się doskonale. Tak dobrze, że bez wahania udał się po te widelczyki.
Zdążył zorientować się w układzie części mieszkania jego przyjaciółki - tej dostępnej dla wszystkich gości. Oczywiście. Nic ponad to. Bez zdrożności. Toteż pamiętał, skąd powinien wziąć sztućce i nie miało mu to zająć zbyt dużo czasu. Mógł wrócić zaledwie po minucie bądź dwóch. Natomiast do salonu powrócił dopiero bliżej dziesięciu minut od wyjścia. Potrzebował tej samotnej chwili w kuchni i skorzystał z tej możliwości.
Jak gdyby nigdy nic podszedł do sofy, wyciągnął widelczyk w stronę Yaxleyówny i obalił się na wolny kawałek siedziska. Mogliby być statystami w mugolskim sitcomie, bo przecież i tak grali. W następnym sezonie może awansują na postacie gościnne, ale to nie zależało od nich. Ambroise cały czas odnosił wrażenie, że to ktoś inny odpowiada za ten scenariusz. Czuł rozgoryczenie na myśl, że niby miał opowiadać o jego życiu a on nie czuł, że ma kontrolę nad tym, co ktoś tam napisał. Może tylko grać z gotowej kartki.