29.09.2024, 22:15 ✶
- Nie - odpowiedział krótko i bardzo sucho, bo był na nią zły. - Nic, czemu nie da rady jakiś eliksir - dodał, żeby nie musieć dyskutować z Geraldine, że nie wyglądał, jakby nic mu nie było.
W tej chwili próbował odzyskać opanowanie. Nie chciał ziać gniewem, ale nie potrafił zapewniać kogokolwiek, że wszystko jest w porządku, kiedy ewidentnie nie było. Powinna była uprzedzić go o stanie brata. Może nie byli już blisko, ale jeśli nie z uwagi na wspólną przeszłości to po to, żeby wiedział czego mogą się spodziewać, kiedy zaczął ją odprowadzać do domu.
Sam miał sekrety. Odkąd się rozstali miał ich prawdopodobnie więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Przez część z nich zdecydował się odsunąć z jej życia. On odszedł, one z nim zostały i mu teraz towarzyszyły. Milczący przyjaciele. Towarzysze dla duchów przeszłości. Nie wyciągnął żadnej ze swoich tajemnic, kiedy rozmawiali w barze, ale żadna nie miała kłów i zewu krwi.
Głęboko w środku piersi Ambroise poczuł się dotknięty tym, że sądził, że zaufała mu z dużo większym i groźniejszym sekretem a w rzeczywistości kryła jeszcze kolejny, który przez chwilę chciał go zabić. Tamten pierwszy wydawał się bardziej niematerialny i odległy. Ten tutaj był blisko i obrzydliwie śmierdział śmiercią i rozkładem (może to ta ciemna krew ożywieńca?). Astaroth był jej żywym trupem, który wypadł na Ambroisa z szafy w niespodziewanym momencie.
Jasne, mógł nie prowokować bójki. Nie myślał o tym w takich kategoriach. Był wściekły, więc wszystko było dla niego zero jedynkowe. Albo mu ufała (choć nie zasługiwał) albo nie. Nie mogła mu tylko trochę ufać. Nie w takich przypadkach. Nie chciał powiedzieć czegoś, czego by żałował, więc przydzielił jej zadanie związania brata i wyszedł bez słowa.
Potrzebował szybko wrócić, ale też ochłonąć. To drugie niespecjalnie mu wyszło. Nadal był bardzo nie w sosie. W dodatku wszystko zaczynało go boleć. Chciał stąd wyjść już na stałe.
- Jutro podrzucę ci jakieś torby. Potem musisz zacząć korzystać z mózgu - stwierdził oschle, nie reagując na przeprosiny. - Trzymaj zapasy w domu albo osusz jakiegoś mugola w dokach, jeśli musisz - patrzcie go, jaki był kulturalny i pomocny - polecał Astarothowi fajne miejscówki na polowania.
W gruncie rzeczy to miał w dupie czy Yaxley kogoś zabije czy znajdzie sobie bardziej etyczny sposób odżywiania się do pełna. Byleby nie robił tego na podwórku Greengrassa. Mugole byli przyzwoitą opcją wartą rozważenia. W dokach przy Tamizie kręciło się wielu bezdomnych. Może śmierdzieli, ale byli półmózgami łatwymi do złapania i nikt nie miał po nich zapłakać.
Jeśli chodzi o przeprosiny: nie był małą dziewczynką. Nie obrażał się na Astarotha. Nie odrzucał jego przeprosin, ale nie musiał ich przyjmować. Więc nie przyjmował. Na ten moment uważał ich sprawy za załatwione. Yaxley dostał lepę na mordę i kołek w brzuch. Zreflektował się, przeprosił siostrę, za której honor Ambroise się na niego rzucił. Nadal gardził tym małym gnojkiem. To nie miało łatwo się zmienić, ale Greengrass wyznawał w życiu równie dużo praw czystokrwistych co ludzi ulicy. W tym wypadku te drugie działały na korzyść brata Geraldine. Dopóki znowu nie zajdzie mu za skórę, bo wtedy mogło się zrobić nieprzyjemnie.
Mniej więcej do trzech razy nie chował urazy, o ile nie miał powodu. Był uzdrowicielem, więc mógł się mniej więcej poskładać. Zamierzał to zrobić jak tylko upewni się, że głód krwi został nasycony i wyjmie ten podrabiany osinowy kółek, bo obiecał, że to zrobi.
Widząc, że wampir nie poradzi sobie z otwarciem krwi wydał z siebie poirytowany syk i zbliżył się do Astarotha.
- Nawet nie drgnij - ostrzegł.
Czuł, że nie musi dodawać, że w innym wypadku będzie zmuszony spotkać twarz Yaxleya z czubkiem buta. Wziął jedną z torebek i przebił ją różdżką, po czym z niedużej odległości (tak, żeby nic się nie rozlało) odrzucił ją w ramiona związanego wampira. Nie zamierzał go karmić. Resztę radzenia sobie miał gdzieś. Zrobił dostatecznie dużo.
Geraldine nie obdarzył ani jednym przelotnym spojrzeniem. To by go zbyt wiele kosztowało.
W tej chwili próbował odzyskać opanowanie. Nie chciał ziać gniewem, ale nie potrafił zapewniać kogokolwiek, że wszystko jest w porządku, kiedy ewidentnie nie było. Powinna była uprzedzić go o stanie brata. Może nie byli już blisko, ale jeśli nie z uwagi na wspólną przeszłości to po to, żeby wiedział czego mogą się spodziewać, kiedy zaczął ją odprowadzać do domu.
Sam miał sekrety. Odkąd się rozstali miał ich prawdopodobnie więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Przez część z nich zdecydował się odsunąć z jej życia. On odszedł, one z nim zostały i mu teraz towarzyszyły. Milczący przyjaciele. Towarzysze dla duchów przeszłości. Nie wyciągnął żadnej ze swoich tajemnic, kiedy rozmawiali w barze, ale żadna nie miała kłów i zewu krwi.
Głęboko w środku piersi Ambroise poczuł się dotknięty tym, że sądził, że zaufała mu z dużo większym i groźniejszym sekretem a w rzeczywistości kryła jeszcze kolejny, który przez chwilę chciał go zabić. Tamten pierwszy wydawał się bardziej niematerialny i odległy. Ten tutaj był blisko i obrzydliwie śmierdział śmiercią i rozkładem (może to ta ciemna krew ożywieńca?). Astaroth był jej żywym trupem, który wypadł na Ambroisa z szafy w niespodziewanym momencie.
Jasne, mógł nie prowokować bójki. Nie myślał o tym w takich kategoriach. Był wściekły, więc wszystko było dla niego zero jedynkowe. Albo mu ufała (choć nie zasługiwał) albo nie. Nie mogła mu tylko trochę ufać. Nie w takich przypadkach. Nie chciał powiedzieć czegoś, czego by żałował, więc przydzielił jej zadanie związania brata i wyszedł bez słowa.
Potrzebował szybko wrócić, ale też ochłonąć. To drugie niespecjalnie mu wyszło. Nadal był bardzo nie w sosie. W dodatku wszystko zaczynało go boleć. Chciał stąd wyjść już na stałe.
- Jutro podrzucę ci jakieś torby. Potem musisz zacząć korzystać z mózgu - stwierdził oschle, nie reagując na przeprosiny. - Trzymaj zapasy w domu albo osusz jakiegoś mugola w dokach, jeśli musisz - patrzcie go, jaki był kulturalny i pomocny - polecał Astarothowi fajne miejscówki na polowania.
W gruncie rzeczy to miał w dupie czy Yaxley kogoś zabije czy znajdzie sobie bardziej etyczny sposób odżywiania się do pełna. Byleby nie robił tego na podwórku Greengrassa. Mugole byli przyzwoitą opcją wartą rozważenia. W dokach przy Tamizie kręciło się wielu bezdomnych. Może śmierdzieli, ale byli półmózgami łatwymi do złapania i nikt nie miał po nich zapłakać.
Jeśli chodzi o przeprosiny: nie był małą dziewczynką. Nie obrażał się na Astarotha. Nie odrzucał jego przeprosin, ale nie musiał ich przyjmować. Więc nie przyjmował. Na ten moment uważał ich sprawy za załatwione. Yaxley dostał lepę na mordę i kołek w brzuch. Zreflektował się, przeprosił siostrę, za której honor Ambroise się na niego rzucił. Nadal gardził tym małym gnojkiem. To nie miało łatwo się zmienić, ale Greengrass wyznawał w życiu równie dużo praw czystokrwistych co ludzi ulicy. W tym wypadku te drugie działały na korzyść brata Geraldine. Dopóki znowu nie zajdzie mu za skórę, bo wtedy mogło się zrobić nieprzyjemnie.
Mniej więcej do trzech razy nie chował urazy, o ile nie miał powodu. Był uzdrowicielem, więc mógł się mniej więcej poskładać. Zamierzał to zrobić jak tylko upewni się, że głód krwi został nasycony i wyjmie ten podrabiany osinowy kółek, bo obiecał, że to zrobi.
Widząc, że wampir nie poradzi sobie z otwarciem krwi wydał z siebie poirytowany syk i zbliżył się do Astarotha.
- Nawet nie drgnij - ostrzegł.
Czuł, że nie musi dodawać, że w innym wypadku będzie zmuszony spotkać twarz Yaxleya z czubkiem buta. Wziął jedną z torebek i przebił ją różdżką, po czym z niedużej odległości (tak, żeby nic się nie rozlało) odrzucił ją w ramiona związanego wampira. Nie zamierzał go karmić. Resztę radzenia sobie miał gdzieś. Zrobił dostatecznie dużo.
Geraldine nie obdarzył ani jednym przelotnym spojrzeniem. To by go zbyt wiele kosztowało.