29.09.2024, 23:33 ✶
Nie wziął tego pod uwagę. Po nie tak dawnych próbach ostrzeżenia Geraldine przed nim i jego mętlikiem (tym razem poszło lepiej niż wtedy w szklarni) Ambroise zrezygnował z tego, co mogłoby ich od siebie odsunąć. Wcale nie chciał jej stracić. Jej i jej przyjaźni. Jeżeli teraz sugerował coś, co mogłoby o tym świadczyć to robił to nieświadomie. Wyłącznie przez to, że nie panował nad zawartością swojej głowy. Oczywiście nie planował tego mówić. Jak za każdym razem, obrócił kota do góry ogonem.
- Niełatwo to zrobić - nie odpowiedział wprost na pytanie, bo tak właściwie to nie wiedział.
Miał nadzieję, że jej nie wystraszy. W gruncie rzeczy to były tylko małe drobnostki. Zapewniał ją o tym, że z nią nie postąpiłby w taki sposób. Darzył ją szacunkiem. Co prawda, kiedy to mówił starał się dać Geraldine do zrozumienia, że nie patrzył na nią w kategoriach kogoś, z kim chciałby spróbować czegoś więcej niż starej dobrej przyjaźni. Nie był tak uparty, żeby sądzić, że przyjaźń damsko męska nie miała racji bytu. Miał przyjaciółki, z którymi nigdy nic go nie łączyło i które traktował jak rodzone siostry.
Z Geraldine tak nie było. Nieważne jak się starał, nie umiał na nią patrzeć jak na siostrę. To było niewykonalne. Ciągnęło go do niej już przedtem. Nawet wtedy, kiedy pałali do siebie pogardą. Wtedy wkładał bardzo dużo energii w to, żeby dać jej do zrozumienia, że go nie zagnie i mogą rzucać w siebie obelgami od rana do nocy. Tak też zresztą się przerzucali. Doszedł do wniosku, że od samego początku coś między nimi było. To mógł być dobry pierwszy krok do tego, żeby odróżnić własne uczucia od wpojonych mu i narzuconych. Problem w tym, że teoria a praktyka były dwiema różnymi rzeczami. W efekcie dalej się plątał.
- I vice versa. Też jesteś jeszcze młoda. Poza tym atrakcyjna. Świat stoi przed tobą otworem - zasugerował bez potrzeby.
Chyba wyłącznie po to, żeby mieć ostatnie słowo. Nawet, jeśli nic nie wnosiło a ten komplement nie miał zostać przyjęty zgodnie z tym, czego mógłby chcieć Greengrass. Ona też go nie rozumiała, jakby posługiwał się innym językiem. Jednocześnie byli w stanie kończyć swoje myśli i odnosili wrażenie, że to drugie w ogóle było ich pozbawione.
- Nie wydaje się - powtórzył zaraz po niej, kwitując to kiwnięciem głowy.
Miała rację. On też wątpił w to, żeby mogło zrobić się normalniej. Nigdy nie było łatwo. Nawet przed tym, co ich spotkało już zaczynali obracać się w chaosie. Być może to było ich znane środowisko. Możliwe, że właśnie tak wyglądała normalność w wydaniu zarówno niego jak i niej.
Kiedy rodzisz się w płonącym domu, wydaje ci się, że świat dookoła też musi płonąć. Nawet wtedy, gdy nie jest to prawdą.
- Obym miał - odrzekł znowu powtarzając słowa Geraldine.
W gruncie rzeczy nie było między nimi aż tylu różnic. To nie w fundamentach tej relacji tkwił problem. Z pozoru byli do siebie całkiem podobni. Mieli zbliżone cele i wartości. To te małe rzeczy sprawiały, że wszystko drżało w posadach. Pęknięcia powstawały samoistnie. Miał wrażenie, że nie są do uniknięcia. Byli jak tamten naruszony zębem czasu dwór. Mogli stworzyć razem coś pięknego, ale jeśli postaraliby się załatać drobne szczeliny. Najpierw. Od razu. W pierwszym momencie, gdy zauważyli, że tam są. Kiedy jeszcze był na to dobry czas, bo teraz ściany osuwały się bez naprawy ani podparcia.
Tymczasem oboje świadomie wybierali bezczynność. Nie byli w stanie opuścić wspólnego wytworu, więc mościli sobie leża po dwóch przeciwnych końcach tego samego nawiedzonego korytarza. Nawiedzali ten sam dom na dwa różne sposoby. Oba pasujące do zbłąkanych dusz, które same nie wiedziały co trzyma je w tym miejscu. Podobne do siebie, ale jednocześnie zupełnie inne, bo nie mogli się porozumieć. Nie potrafili nawet wybrać wspólnego rodzaju smętnego snucia się po ich opuszczonej posiadłości na grząskich bagnach. Nie umieli się stamtąd wyrwać. Nie próbowali porozmawiać o rozwiązaniach. Tak. Wielokrotnie dyskutowali, ale miał wrażenie, że zawsze pomijali najważniejsze szczegóły. Tylko oni mogli sobie pomóc. Nie było nikogo, kto by ich w tym wyręczył. Nie mieli zaprzyjaźnionego egzorcysty, który poradziłby sobie z byciem opętanym własnymi niezrozumiałymi uczuciami.
Ambroise nie był święty. Brał połowę odpowiedzialności za wszystkie niepowodzenia, nieporozumienia, niedopowiedzenia, przemilczenia. Za kurz osiadający na nich. Za ich postrzępione firanki z pajęczyn i niedostrojone pianino o klawiszach jak szczerbate zęby, które same grało. Brak komunikacji działał w obie strony. Powinien coś z tym zrobić. Być może wystarczyło zrobić pierwszy zdecydowany krok, żeby ich wyrwać z tego otępienia. Ale Geraldine trafiła na złego człowieka. Kiedy dało się dostrzec, że byli do siebie podobni należało powtórzyć to głośniej: byli do siebie podobni. W tym także w sposobach nie radzenia sobie z wewnętrznymi lękami.
Nie chciał jej ranić. To było ostatnim co mógłby mieć w planach a jednak nieświadomie to robił, bo sam obawiał się dokładnie tego samego. Nikt go nigdy nie skrzywdził w ten sposób. Nie miał traum związanych z nieszczęśliwym uczuciem. Przeżywał je po raz pierwszy. Działało na niego destrukcyjnie. Sprawiało, że zachowywał się jak dzikie zwierzę zamknięte w klatce (powinna to zrozumieć, prawda?) a najgorsze w tym było, że nie umiał stwierdzić czy Geraldine była w tym z nim czy pojawiła się, żeby oglądać jego męki. Miotał się. To było złe, ale nie do uniknięcia. Nie chciał się poddać i pogrążyć w marazmie.
- Nie próbuję - jego słowa były cichsze.
Stanowiły chyba najbardziej szczerą reakcję tego wieczoru, ale istniało prawdopodobieństwo, że nie była w stanie tego usłyszeć. Coś zakłuło go w piersi. Nie spodziewał się tego od niej usłyszeć. Nie chciał, żeby obawiała się czegoś krzywdzącego z jego strony. Już nie chciał być jej wrogiem. Ani przyjacielem. Nie chciał być jej przyjacielem.
Ale nie obrócił się ani nie powtórzył tej deklaracji. Poszedł po widelce do kuchni. Przy okazji wygrzebując jakąś napoczętą butelkę alkoholu (ten był obrzydliwy, w ogóle nie w stylu jego Geraldine) i opróżniając ją w minutach, w których nie było go w salonie. Tyle z założeń trzeźwości, ale przynajmniej był spokojniejszy, kiedy wrócił do Yaxleyówny. Usiadł w odpowiedniej odległości na kanapie, zanurzając widelec w cieście stojącym między nimi. Również milczał.
- Niełatwo to zrobić - nie odpowiedział wprost na pytanie, bo tak właściwie to nie wiedział.
Miał nadzieję, że jej nie wystraszy. W gruncie rzeczy to były tylko małe drobnostki. Zapewniał ją o tym, że z nią nie postąpiłby w taki sposób. Darzył ją szacunkiem. Co prawda, kiedy to mówił starał się dać Geraldine do zrozumienia, że nie patrzył na nią w kategoriach kogoś, z kim chciałby spróbować czegoś więcej niż starej dobrej przyjaźni. Nie był tak uparty, żeby sądzić, że przyjaźń damsko męska nie miała racji bytu. Miał przyjaciółki, z którymi nigdy nic go nie łączyło i które traktował jak rodzone siostry.
Z Geraldine tak nie było. Nieważne jak się starał, nie umiał na nią patrzeć jak na siostrę. To było niewykonalne. Ciągnęło go do niej już przedtem. Nawet wtedy, kiedy pałali do siebie pogardą. Wtedy wkładał bardzo dużo energii w to, żeby dać jej do zrozumienia, że go nie zagnie i mogą rzucać w siebie obelgami od rana do nocy. Tak też zresztą się przerzucali. Doszedł do wniosku, że od samego początku coś między nimi było. To mógł być dobry pierwszy krok do tego, żeby odróżnić własne uczucia od wpojonych mu i narzuconych. Problem w tym, że teoria a praktyka były dwiema różnymi rzeczami. W efekcie dalej się plątał.
- I vice versa. Też jesteś jeszcze młoda. Poza tym atrakcyjna. Świat stoi przed tobą otworem - zasugerował bez potrzeby.
Chyba wyłącznie po to, żeby mieć ostatnie słowo. Nawet, jeśli nic nie wnosiło a ten komplement nie miał zostać przyjęty zgodnie z tym, czego mógłby chcieć Greengrass. Ona też go nie rozumiała, jakby posługiwał się innym językiem. Jednocześnie byli w stanie kończyć swoje myśli i odnosili wrażenie, że to drugie w ogóle było ich pozbawione.
- Nie wydaje się - powtórzył zaraz po niej, kwitując to kiwnięciem głowy.
Miała rację. On też wątpił w to, żeby mogło zrobić się normalniej. Nigdy nie było łatwo. Nawet przed tym, co ich spotkało już zaczynali obracać się w chaosie. Być może to było ich znane środowisko. Możliwe, że właśnie tak wyglądała normalność w wydaniu zarówno niego jak i niej.
Kiedy rodzisz się w płonącym domu, wydaje ci się, że świat dookoła też musi płonąć. Nawet wtedy, gdy nie jest to prawdą.
- Obym miał - odrzekł znowu powtarzając słowa Geraldine.
W gruncie rzeczy nie było między nimi aż tylu różnic. To nie w fundamentach tej relacji tkwił problem. Z pozoru byli do siebie całkiem podobni. Mieli zbliżone cele i wartości. To te małe rzeczy sprawiały, że wszystko drżało w posadach. Pęknięcia powstawały samoistnie. Miał wrażenie, że nie są do uniknięcia. Byli jak tamten naruszony zębem czasu dwór. Mogli stworzyć razem coś pięknego, ale jeśli postaraliby się załatać drobne szczeliny. Najpierw. Od razu. W pierwszym momencie, gdy zauważyli, że tam są. Kiedy jeszcze był na to dobry czas, bo teraz ściany osuwały się bez naprawy ani podparcia.
Tymczasem oboje świadomie wybierali bezczynność. Nie byli w stanie opuścić wspólnego wytworu, więc mościli sobie leża po dwóch przeciwnych końcach tego samego nawiedzonego korytarza. Nawiedzali ten sam dom na dwa różne sposoby. Oba pasujące do zbłąkanych dusz, które same nie wiedziały co trzyma je w tym miejscu. Podobne do siebie, ale jednocześnie zupełnie inne, bo nie mogli się porozumieć. Nie potrafili nawet wybrać wspólnego rodzaju smętnego snucia się po ich opuszczonej posiadłości na grząskich bagnach. Nie umieli się stamtąd wyrwać. Nie próbowali porozmawiać o rozwiązaniach. Tak. Wielokrotnie dyskutowali, ale miał wrażenie, że zawsze pomijali najważniejsze szczegóły. Tylko oni mogli sobie pomóc. Nie było nikogo, kto by ich w tym wyręczył. Nie mieli zaprzyjaźnionego egzorcysty, który poradziłby sobie z byciem opętanym własnymi niezrozumiałymi uczuciami.
Ambroise nie był święty. Brał połowę odpowiedzialności za wszystkie niepowodzenia, nieporozumienia, niedopowiedzenia, przemilczenia. Za kurz osiadający na nich. Za ich postrzępione firanki z pajęczyn i niedostrojone pianino o klawiszach jak szczerbate zęby, które same grało. Brak komunikacji działał w obie strony. Powinien coś z tym zrobić. Być może wystarczyło zrobić pierwszy zdecydowany krok, żeby ich wyrwać z tego otępienia. Ale Geraldine trafiła na złego człowieka. Kiedy dało się dostrzec, że byli do siebie podobni należało powtórzyć to głośniej: byli do siebie podobni. W tym także w sposobach nie radzenia sobie z wewnętrznymi lękami.
Nie chciał jej ranić. To było ostatnim co mógłby mieć w planach a jednak nieświadomie to robił, bo sam obawiał się dokładnie tego samego. Nikt go nigdy nie skrzywdził w ten sposób. Nie miał traum związanych z nieszczęśliwym uczuciem. Przeżywał je po raz pierwszy. Działało na niego destrukcyjnie. Sprawiało, że zachowywał się jak dzikie zwierzę zamknięte w klatce (powinna to zrozumieć, prawda?) a najgorsze w tym było, że nie umiał stwierdzić czy Geraldine była w tym z nim czy pojawiła się, żeby oglądać jego męki. Miotał się. To było złe, ale nie do uniknięcia. Nie chciał się poddać i pogrążyć w marazmie.
- Nie próbuję - jego słowa były cichsze.
Stanowiły chyba najbardziej szczerą reakcję tego wieczoru, ale istniało prawdopodobieństwo, że nie była w stanie tego usłyszeć. Coś zakłuło go w piersi. Nie spodziewał się tego od niej usłyszeć. Nie chciał, żeby obawiała się czegoś krzywdzącego z jego strony. Już nie chciał być jej wrogiem. Ani przyjacielem. Nie chciał być jej przyjacielem.
Ale nie obrócił się ani nie powtórzył tej deklaracji. Poszedł po widelce do kuchni. Przy okazji wygrzebując jakąś napoczętą butelkę alkoholu (ten był obrzydliwy, w ogóle nie w stylu jego Geraldine) i opróżniając ją w minutach, w których nie było go w salonie. Tyle z założeń trzeźwości, ale przynajmniej był spokojniejszy, kiedy wrócił do Yaxleyówny. Usiadł w odpowiedniej odległości na kanapie, zanurzając widelec w cieście stojącym między nimi. Również milczał.