17.01.2023, 21:16 ✶
Rozumiała, dlaczego potrzebna im rewolucja. Wiedziała, że nie mogli dalej żyć pod butem mugoli, tłamszących ich potęgę, wciskających się w ich świat i mącących ich krew. Osłabiali ich, kazali się kryć, spychali do małych miasteczek i ograniczali do kilku uliczek, a najgorsze, że nawet o tym nie wiedzieli. Byli niczym zagrożony gatunek, moszczący się wygodnie w rezerwatach, zamiast rzucić się na tych, którzy ich tłamsili. A przecież mieli znacznie ostrzejsze pazury w postaci niczego innego jak magii.
Czarny Pan to widział. I nie zamierzał dać się więzić w klatce. Annie podziwiała go za to, że ośmielił się pokazać ich siłę. Że nie bał się sprzeciwić gnuśnej władzy, walcząc o lepszy świat. Świat, w którym będą wolni i potężni.
Świat, w którym jej rodzina w końcu będzie żyć tak, jak na to zasługiwała. Chciała, by przed nimi nie było żadnych granic. By nie musieli się przed nikim kryć i udawać. By mogli ukazać cały swój potencjał, który mieli.
Dlatego właśnie zainteresowała się grupą zwolenników Czarnego Pana. Dlatego postanowiła zobaczyć, jak działają.
Nie była osobą nadająca się do otwartej walki, wszystko przez chorobę, miała jednak umiejętności medyczne, mogła więc przydać się na inny sposób. Mogła zaopatrywać w eliksiry, leczyć, a także pomagać na sposoby mniej konwencjonalne, jeśli ma się na myśli uzdrowicielstwo. W końcu, jeśli chciało leczyć z trucizn, należało najpierw poznać je od podszewki. A ona się właśnie w tym specjalizowała.
Może dlatego właśnie pierwszy raz miała wziąć udział w ataku akurat na klinikę. Choć nie była pewna, czy jej wiedza przyda się w sprowadzaniu czystego terroru. Tu potrzebna była raczej przemoc. Nie, żeby się nią brzydziła, nie lubiła jednak brudzić sobie rąk. Widać jednak, Czarny Pan musiał wiedzieć, że stać ich było na poświęcenie.
Swoją tożsamość, którą łatwo byłoby odgadnąć, ze względu na jej męża, skutecznie ukryła za pomocą eliksiru wielosokowego. Włos zdobyła od swojej pacjentki, mało znaczącej czarownicy, która zapewne nigdy wcześniej nie postawiła stopy w Little Hangletton. Na wszelki wypadek naciągnęła też na siebie płaszcz z głębokim kapturem, który, choć ograniczał widoczność, pomagał dodatkowo ukryć się wśród grupy, z która podążała.
Nie byli zbyt subtelni. Nie była jednak w pozycji, w której mogłaby narzekać. Rozejrzała się po klinice, szybko jednak coś innego przykuło jej uwagę. Twarz bez wyrazu obserwowała unoszoną kobietę. Krzyk poniósł się po pomieszczeniu, ściągając uwagę wszystkich w nim przebywających. W tym mężczyzny, uzdrowiciela, jak szybko stwierdziła. Zapewne właściciela.
Był odważny, musiała przyznać. Zapewne urodzony lekarz, który przekłada nad wszystko dobro swoich pacjentów. Jej przeciwieństwo w pewnym sensie. Nie, żeby uznawała tę całą przemowę za mądry ruch.
- Musisz chyba zrozumieć, że nie powinieneś od nas oczekiwać delikatności - jej głos rozbrzmiał lekko ironicznie, choć czuć było w nim głównie chłód. Wyciągnęła różdżkę, skierowała w stronę biurka, za którym nie tak dawno stała kobieta, teraz zalana łzami. Rzuciła zaklęcie, mebel roztrzaskał się w drobny mak. Czy był to ruch konieczny? Nie. Był jednak sygnałem dla uzdrowiciela. Nie będzie pokojowych rozmów. Nie po to tu byli. Ona, jak i wszyscy inni, z którymi przybyła.
Czarny Pan to widział. I nie zamierzał dać się więzić w klatce. Annie podziwiała go za to, że ośmielił się pokazać ich siłę. Że nie bał się sprzeciwić gnuśnej władzy, walcząc o lepszy świat. Świat, w którym będą wolni i potężni.
Świat, w którym jej rodzina w końcu będzie żyć tak, jak na to zasługiwała. Chciała, by przed nimi nie było żadnych granic. By nie musieli się przed nikim kryć i udawać. By mogli ukazać cały swój potencjał, który mieli.
Dlatego właśnie zainteresowała się grupą zwolenników Czarnego Pana. Dlatego postanowiła zobaczyć, jak działają.
Nie była osobą nadająca się do otwartej walki, wszystko przez chorobę, miała jednak umiejętności medyczne, mogła więc przydać się na inny sposób. Mogła zaopatrywać w eliksiry, leczyć, a także pomagać na sposoby mniej konwencjonalne, jeśli ma się na myśli uzdrowicielstwo. W końcu, jeśli chciało leczyć z trucizn, należało najpierw poznać je od podszewki. A ona się właśnie w tym specjalizowała.
Może dlatego właśnie pierwszy raz miała wziąć udział w ataku akurat na klinikę. Choć nie była pewna, czy jej wiedza przyda się w sprowadzaniu czystego terroru. Tu potrzebna była raczej przemoc. Nie, żeby się nią brzydziła, nie lubiła jednak brudzić sobie rąk. Widać jednak, Czarny Pan musiał wiedzieć, że stać ich było na poświęcenie.
Swoją tożsamość, którą łatwo byłoby odgadnąć, ze względu na jej męża, skutecznie ukryła za pomocą eliksiru wielosokowego. Włos zdobyła od swojej pacjentki, mało znaczącej czarownicy, która zapewne nigdy wcześniej nie postawiła stopy w Little Hangletton. Na wszelki wypadek naciągnęła też na siebie płaszcz z głębokim kapturem, który, choć ograniczał widoczność, pomagał dodatkowo ukryć się wśród grupy, z która podążała.
Nie byli zbyt subtelni. Nie była jednak w pozycji, w której mogłaby narzekać. Rozejrzała się po klinice, szybko jednak coś innego przykuło jej uwagę. Twarz bez wyrazu obserwowała unoszoną kobietę. Krzyk poniósł się po pomieszczeniu, ściągając uwagę wszystkich w nim przebywających. W tym mężczyzny, uzdrowiciela, jak szybko stwierdziła. Zapewne właściciela.
Był odważny, musiała przyznać. Zapewne urodzony lekarz, który przekłada nad wszystko dobro swoich pacjentów. Jej przeciwieństwo w pewnym sensie. Nie, żeby uznawała tę całą przemowę za mądry ruch.
- Musisz chyba zrozumieć, że nie powinieneś od nas oczekiwać delikatności - jej głos rozbrzmiał lekko ironicznie, choć czuć było w nim głównie chłód. Wyciągnęła różdżkę, skierowała w stronę biurka, za którym nie tak dawno stała kobieta, teraz zalana łzami. Rzuciła zaklęcie, mebel roztrzaskał się w drobny mak. Czy był to ruch konieczny? Nie. Był jednak sygnałem dla uzdrowiciela. Nie będzie pokojowych rozmów. Nie po to tu byli. Ona, jak i wszyscy inni, z którymi przybyła.