30.09.2024, 00:09 ✶
Basilius westchnął Bardzo Głośno.
– Millie, jeśli to pomoże ci znaleźć prawdziwego przyjaciela geja, to jestem gotowy chodzić z tobą po jakiś dedykowanych klubach jeśli tylko uda mu się znaleźć kogoś innego do tej funkcji – powiedział, jakby ta sprawa przyprawiała go o ból głowy, ale nie odsunął się i dał jej uczynić sobie z niego oparcie, gdzieś tam myślami krążąc wokół tego, że paradoksalnie, jak bardzo nie wzdychałby i nie przewracał oczami na te jej żarty, to Millie mogłaby być chyba tą osobą, której najszybciej powiedziałby o... pewnych usilnie ignorowanych przez niego myślach, które pojawiły się gdzieś w okolicach jej urodzin i pewnego zajścia pod stołem. Na całe szczęście koło napędowe tych myśli nie siedziało teraz z nimi w kuchni i chyba nie miało się w niej pojawić. Kolejny Longbottom i jego uśmiech do kolekcji uśmiechów, które przyprawiają go o ból głowy.
Spojrzał na Brennę, aby odpowiedzieć jej na pytanie o boczek i... I w sumie uznał, że nie umiał na nie odpowiedzieć, zwłaszcza że nie chciał odpowiadać za Millie w jej obecności. Ramionami wzruszać też nie chciał, bo przecież druga czarownica traktowała go właśnie jako mebel do podparcia, więc po prostu rzucił Brennie skonfundowane spojrzenie, bo na dobrą sprawę dalej nie rozumiał o co chodziło Moody z boczkiem i tą religią.
Gdy czarownica zazdrżała przyjrzał się jej bardzo uważnie, doszukując się na jej twarzy jakichkolwiek oznak choroby, zmęczenia, czy sam nie wiedział czego.
– Jest Ci zimno? Chcesz herbaty? – zapytał, bo nawet jemu nie było obecnie zimno, a przecież miał wiecznie chłodne dłonie.
A potem po prostu przysłuchiwał się temu, co mówiła Millie o rozkładzie dla Brenny, żuł tosta, przy czym dwa zostawił, jakby przyjaciółka jednak uznała, że będzie jeść jedynie to co może mu ukraść z talerza, popijał kawą i co jakiś czas unosił wysoko brew do góry. Trochę kusiło go, aby wziąć te karty i samemu zapytać się o co chodziło jego towarzyszkom, bo miał dziwne wrażenie, że każda z nich obecnie sprawia, że ta rozmowa robiła się znacznie bardziej zawiła, niż powinna.
Zamiast tego jednak przyjrzał się Brennie z pewnym zaciekawieniem.
– A więc... To przez te pączki twojemu brata nie udało zeswatać cię z Atreusem? Czy to coś jeszcze świeższego? – spytał trochę żartobliwe, chociaż był zdecydowanie ciekawy z jakimi pączkami miała ten związek. Na słowa, że nie są razem oczywiście od razu skinął głową.
– Tak, przepraszam za to Brenno. Nie miałem jak tego wczoraj wyprostować.
– Millie, jeśli to pomoże ci znaleźć prawdziwego przyjaciela geja, to jestem gotowy chodzić z tobą po jakiś dedykowanych klubach jeśli tylko uda mu się znaleźć kogoś innego do tej funkcji – powiedział, jakby ta sprawa przyprawiała go o ból głowy, ale nie odsunął się i dał jej uczynić sobie z niego oparcie, gdzieś tam myślami krążąc wokół tego, że paradoksalnie, jak bardzo nie wzdychałby i nie przewracał oczami na te jej żarty, to Millie mogłaby być chyba tą osobą, której najszybciej powiedziałby o... pewnych usilnie ignorowanych przez niego myślach, które pojawiły się gdzieś w okolicach jej urodzin i pewnego zajścia pod stołem. Na całe szczęście koło napędowe tych myśli nie siedziało teraz z nimi w kuchni i chyba nie miało się w niej pojawić. Kolejny Longbottom i jego uśmiech do kolekcji uśmiechów, które przyprawiają go o ból głowy.
Spojrzał na Brennę, aby odpowiedzieć jej na pytanie o boczek i... I w sumie uznał, że nie umiał na nie odpowiedzieć, zwłaszcza że nie chciał odpowiadać za Millie w jej obecności. Ramionami wzruszać też nie chciał, bo przecież druga czarownica traktowała go właśnie jako mebel do podparcia, więc po prostu rzucił Brennie skonfundowane spojrzenie, bo na dobrą sprawę dalej nie rozumiał o co chodziło Moody z boczkiem i tą religią.
Gdy czarownica zazdrżała przyjrzał się jej bardzo uważnie, doszukując się na jej twarzy jakichkolwiek oznak choroby, zmęczenia, czy sam nie wiedział czego.
– Jest Ci zimno? Chcesz herbaty? – zapytał, bo nawet jemu nie było obecnie zimno, a przecież miał wiecznie chłodne dłonie.
A potem po prostu przysłuchiwał się temu, co mówiła Millie o rozkładzie dla Brenny, żuł tosta, przy czym dwa zostawił, jakby przyjaciółka jednak uznała, że będzie jeść jedynie to co może mu ukraść z talerza, popijał kawą i co jakiś czas unosił wysoko brew do góry. Trochę kusiło go, aby wziąć te karty i samemu zapytać się o co chodziło jego towarzyszkom, bo miał dziwne wrażenie, że każda z nich obecnie sprawia, że ta rozmowa robiła się znacznie bardziej zawiła, niż powinna.
Zamiast tego jednak przyjrzał się Brennie z pewnym zaciekawieniem.
– A więc... To przez te pączki twojemu brata nie udało zeswatać cię z Atreusem? Czy to coś jeszcze świeższego? – spytał trochę żartobliwe, chociaż był zdecydowanie ciekawy z jakimi pączkami miała ten związek. Na słowa, że nie są razem oczywiście od razu skinął głową.
– Tak, przepraszam za to Brenno. Nie miałem jak tego wczoraj wyprostować.