30.09.2024, 02:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.09.2024, 03:42 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- Mówisz tak, jakby zajęło mi to bardzo długo - zarzucił Geraldine marszcząc brwi i kręcąc głową.
Niedowierzanie, że twierdziła coś takiego po tym jak w niespełna miesiąc odkrył u niej zupełnie nową twarz. Twarz osoby, którą mógł polubić (może nie tylko, gdyby tylko... ...tylko...
...dała mu to do zrozumienia?), choć chwilę wcześniej wykluczał taką możliwość. Stawali się sobie bliscy. Może nawet bardziej niż mógłby założyć z początku. Ich relacja nie przebiegała w normalny sposób. Była ciągiem wzniesień i dolin, żeby nie powiedzieć: dołów.
Tak. Ostatnio miał wrażenie, że to właśnie w ten dół równali. Cały czas miał w głowie bagienne określenia i inne niezbyt ambitne porównania na to, w czym się taplali. Mimo to uważał, że pewne rzeczy zauważył wprawnie. Nie zajęło mu zbyt długo, żeby nauczyć się jej nawyków. Tego, że pijała czarną (brązową!) kawę bez cukru i bez śmietanki, ciężko jej było wysiedzieć w miejscu, nieczęsto nosiła rozpuszczone włosy jak dzisiaj, wolała palić papierosy na śniadanie niż jeść pełnowartościowy posiłek. I była uparta. Bardzo uparta. Równie uparta, co on, choć Ambroise powiedziałby, że bardziej oślo. On, oczywiście nie był oślo uparty.
Zwyczajnie trwał przy postanowieniach i potrzebował czasu, żeby rozważyć alternatywy dla większości swoich rozwiązań. Głównie dlatego, że jego rozwiązania były najlepszymi.
To dlaczego te konkretne były najgorsze?
Wydawało mu się, że może pojawić się w mieszkaniu Geraldine w jej urodziny. Przynieść kwiaty, prezent, ciasto, alkohol. Spędzić wspólnie czas jak ludzie, którymi się tytułowali. Kumple. Przyjaciele. Tego jednego wieczoru uniknąć podtekstów i niedopowiedzeń. Najwyraźniej to było bardziej niż niedorzeczne. Od tego nie dało się uciec. Ambroise nie mógł powiedzieć swoim głupim myślom, żeby zamknęły swoje głupie ryje w jego głupiej głowie i nie sprawiały, że to on wychodził na człowieka mówiącego głupie rzeczy.
Swoim...
...głupim...
...ryjem.
Zacisnął zęby i wargi. Zasugerował Geraldine, żeby korzystała z życia w tym sensie, o którym mówili podczas swojej ulubionej gry w aluzje, ale nie podobało mu się, że chciała to wziąć do serca. Nawet, jeśli mówiła to tylko po to, żeby zrobić mu na złość i potencjalnie zmusić go do jakiejś reakcji.
Nie próbował z nią grać. Wbrew temu wszystkiemu. Naprawdę nie próbował bawić się czyimikolwiek uczuciami. Nawet w przeszłości z tymi wszystkimi kobietami zawsze stawiał sprawę jasno. Nie usiłował mydlić nikomu oczu tym, że może wyjść z tego coś więcej, kiedy wcale nie chciał, żeby wychodziło. A kiedy chciał to najwidoczniej nie umiał tego właściwie okazać. Wypity alkohol nie sprzyjał dobrym decyzjom. W niektórych przypadkach mogłoby to być przydatne. Już raz rozmawiali o ulubionych motywach literackich jego macochy. To mógłby być jeden z nich. Tyle tylko, że w przypadku tej konkretnej relacji alkohol chyba jeszcze bardziej zamykał mu mordę.
Czuł się pogubiony, wstawiony, zmieszany i coraz bardziej spięty, choć na zewnątrz nadal tego nie okazywał. Z zewnątrz przeciągnął się na kanapie i odpowiedział spojrzeniem na to intensywne, palące spojrzenie.
- Czy to znaczy, że nie zjemy drugiego tortu? - Spytał, przyciągając do siebie ciasto, które mu oferowała.
W tym momencie potrzebował cukru. Im niezdrowsza była jego bądź co bądź kolacja tym lepiej. Ognista i tortowy biszkopt przekładany kremem brzmiały jak marzenie każdego nastolatka a on trochę czuł się jak dzieciak. Nie. Nie w tym dobrym sensie powrotu do błogiej przeszłości z uśmiechem na ustach i wspominkami w głowie. Ambroise czuł się jak zagubiony szczyl wchodzący w okres dojrzewania. Nie rozważał tego, ale być może mówiono prawdę o tym, że mężczyźni dojrzewali później. Być może dopiero w wieku dwudziestu siedmiu lat zaczynał być większym chłopcem a już niedługo dojrzeje, żeby być bardziej odpowiedzialnym młodym dorosłym.
Godne politowania. Wyśmiałby to, gdyby w ogóle pomyślał w takich kategoriach. Przecież on był poważnym człowiekiem podejmującym trudne decyzje dla ich wspólnego dobra. Odkładającym swoje uczucia na zakurzoną półkę i przedkładający nad nie dobro ich przyjaźni. Byleby tylko jej nie stracić.
- To tylko trochę za dużo cukru i alkoholu. To jeszcze nie zbrodnia - odpowiedział z takim przekonaniem jak tylko mógł, próbując uśmiechnąć się w jej stronę.
Wiedział.
Nie podświadomie. Nie tylko, ale też po tym spojrzeniu skierowanym w jego stronę. Po braku błysku w oczach Geraldine, zgiętych nogach podwiniętych na kanapie, sposobie w jaki zaciskała palce na szklance z whisky, ułożeniu jej warg i wielu innych drobnych gestach. Nie chodziło jej o to cholerne ciasto. Ani o zatrważająco szybko ubywający alkohol. Nie mówiła o takim robieniu sobie krzywdy. Szczególnie nie wzajemnie.
Ambroise znowu sprowadził to do bezpiecznego bagna, w którym teraz umościli się tak wygodnie, że mieli tort ze świeczkami. Pierwszy wspólny miesiąc we własnej nawiedzonej ruderze z duchami tego, co było i tego czego nie miało być.
- Możemy wyjść w miasto. Dołączyć do świętowania - zasugerował beznadziejnie.
Bez przekonania nawet samego siebie, że to o czym mówi ma jakikolwiek sens. Mimo to czuł się związany swoimi własnymi kajdanami, na których zdjęcie chyba nie był gotowy. Zabębnił palcami o kryształ, który wydał z siebie charakterystyczny dźwięk przerywający ciszę. Brakowało tylko dźwięku łańcuchów i ciągniętej żelaznej kuli.
Niedowierzanie, że twierdziła coś takiego po tym jak w niespełna miesiąc odkrył u niej zupełnie nową twarz. Twarz osoby, którą mógł polubić (może nie tylko, gdyby tylko... ...tylko...
...dała mu to do zrozumienia?), choć chwilę wcześniej wykluczał taką możliwość. Stawali się sobie bliscy. Może nawet bardziej niż mógłby założyć z początku. Ich relacja nie przebiegała w normalny sposób. Była ciągiem wzniesień i dolin, żeby nie powiedzieć: dołów.
Tak. Ostatnio miał wrażenie, że to właśnie w ten dół równali. Cały czas miał w głowie bagienne określenia i inne niezbyt ambitne porównania na to, w czym się taplali. Mimo to uważał, że pewne rzeczy zauważył wprawnie. Nie zajęło mu zbyt długo, żeby nauczyć się jej nawyków. Tego, że pijała czarną (brązową!) kawę bez cukru i bez śmietanki, ciężko jej było wysiedzieć w miejscu, nieczęsto nosiła rozpuszczone włosy jak dzisiaj, wolała palić papierosy na śniadanie niż jeść pełnowartościowy posiłek. I była uparta. Bardzo uparta. Równie uparta, co on, choć Ambroise powiedziałby, że bardziej oślo. On, oczywiście nie był oślo uparty.
Zwyczajnie trwał przy postanowieniach i potrzebował czasu, żeby rozważyć alternatywy dla większości swoich rozwiązań. Głównie dlatego, że jego rozwiązania były najlepszymi.
To dlaczego te konkretne były najgorsze?
Wydawało mu się, że może pojawić się w mieszkaniu Geraldine w jej urodziny. Przynieść kwiaty, prezent, ciasto, alkohol. Spędzić wspólnie czas jak ludzie, którymi się tytułowali. Kumple. Przyjaciele. Tego jednego wieczoru uniknąć podtekstów i niedopowiedzeń. Najwyraźniej to było bardziej niż niedorzeczne. Od tego nie dało się uciec. Ambroise nie mógł powiedzieć swoim głupim myślom, żeby zamknęły swoje głupie ryje w jego głupiej głowie i nie sprawiały, że to on wychodził na człowieka mówiącego głupie rzeczy.
Swoim...
...głupim...
...ryjem.
Zacisnął zęby i wargi. Zasugerował Geraldine, żeby korzystała z życia w tym sensie, o którym mówili podczas swojej ulubionej gry w aluzje, ale nie podobało mu się, że chciała to wziąć do serca. Nawet, jeśli mówiła to tylko po to, żeby zrobić mu na złość i potencjalnie zmusić go do jakiejś reakcji.
Nie próbował z nią grać. Wbrew temu wszystkiemu. Naprawdę nie próbował bawić się czyimikolwiek uczuciami. Nawet w przeszłości z tymi wszystkimi kobietami zawsze stawiał sprawę jasno. Nie usiłował mydlić nikomu oczu tym, że może wyjść z tego coś więcej, kiedy wcale nie chciał, żeby wychodziło. A kiedy chciał to najwidoczniej nie umiał tego właściwie okazać. Wypity alkohol nie sprzyjał dobrym decyzjom. W niektórych przypadkach mogłoby to być przydatne. Już raz rozmawiali o ulubionych motywach literackich jego macochy. To mógłby być jeden z nich. Tyle tylko, że w przypadku tej konkretnej relacji alkohol chyba jeszcze bardziej zamykał mu mordę.
Czuł się pogubiony, wstawiony, zmieszany i coraz bardziej spięty, choć na zewnątrz nadal tego nie okazywał. Z zewnątrz przeciągnął się na kanapie i odpowiedział spojrzeniem na to intensywne, palące spojrzenie.
- Czy to znaczy, że nie zjemy drugiego tortu? - Spytał, przyciągając do siebie ciasto, które mu oferowała.
W tym momencie potrzebował cukru. Im niezdrowsza była jego bądź co bądź kolacja tym lepiej. Ognista i tortowy biszkopt przekładany kremem brzmiały jak marzenie każdego nastolatka a on trochę czuł się jak dzieciak. Nie. Nie w tym dobrym sensie powrotu do błogiej przeszłości z uśmiechem na ustach i wspominkami w głowie. Ambroise czuł się jak zagubiony szczyl wchodzący w okres dojrzewania. Nie rozważał tego, ale być może mówiono prawdę o tym, że mężczyźni dojrzewali później. Być może dopiero w wieku dwudziestu siedmiu lat zaczynał być większym chłopcem a już niedługo dojrzeje, żeby być bardziej odpowiedzialnym młodym dorosłym.
Godne politowania. Wyśmiałby to, gdyby w ogóle pomyślał w takich kategoriach. Przecież on był poważnym człowiekiem podejmującym trudne decyzje dla ich wspólnego dobra. Odkładającym swoje uczucia na zakurzoną półkę i przedkładający nad nie dobro ich przyjaźni. Byleby tylko jej nie stracić.
- To tylko trochę za dużo cukru i alkoholu. To jeszcze nie zbrodnia - odpowiedział z takim przekonaniem jak tylko mógł, próbując uśmiechnąć się w jej stronę.
Wiedział.
Nie podświadomie. Nie tylko, ale też po tym spojrzeniu skierowanym w jego stronę. Po braku błysku w oczach Geraldine, zgiętych nogach podwiniętych na kanapie, sposobie w jaki zaciskała palce na szklance z whisky, ułożeniu jej warg i wielu innych drobnych gestach. Nie chodziło jej o to cholerne ciasto. Ani o zatrważająco szybko ubywający alkohol. Nie mówiła o takim robieniu sobie krzywdy. Szczególnie nie wzajemnie.
Ambroise znowu sprowadził to do bezpiecznego bagna, w którym teraz umościli się tak wygodnie, że mieli tort ze świeczkami. Pierwszy wspólny miesiąc we własnej nawiedzonej ruderze z duchami tego, co było i tego czego nie miało być.
- Możemy wyjść w miasto. Dołączyć do świętowania - zasugerował beznadziejnie.
Bez przekonania nawet samego siebie, że to o czym mówi ma jakikolwiek sens. Mimo to czuł się związany swoimi własnymi kajdanami, na których zdjęcie chyba nie był gotowy. Zabębnił palcami o kryształ, który wydał z siebie charakterystyczny dźwięk przerywający ciszę. Brakowało tylko dźwięku łańcuchów i ciągniętej żelaznej kuli.