30.09.2024, 11:07 ✶
Dla niego to nie były dwa lata. Instynktownie stawiał nieprzekraczalną granicę między tym, co było kiedyś, jakby w innym życiu a tu i teraz. Byli nową wersją tej relacji. Relacją 3.0. i Ambroise próbował nie wracać do tego, co było w ich niechlubnej przeszłości przed wydarzeniami, które doprowadziły ich do Tu i Teraz. Jeśli o tym nie mówił to nie sugerował, że tęsknił za okresem, kiedy nie byli ze sobą pogmatwanie powiązani i nie mogła uprzeć się przy tym, że chciał jej dać do zrozumienia, że mogliby wrócić do bycia sobie dalecy i oschli. Nawet jeśli teraz nie umieli rozmawiać o najważniejszym problemie to nadal nie znaczyło, że Ambroise nie chciał jej obok. Tak to już zaczynało wyglądać, że jednocześnie uspokajała i drażniła jego demony. Najlepiej równocześnie. To było z nią możliwe.
- Dzięki. Chyba mi wystarczy - wzruszył ramionami, dalej kończąc ciasto.
Nie sądził, że szybko pożałuje odmowy propozycji pójścia po więcej słodyczy. Gdyby to zrobił najpewniej mogliby uniknąć dalszych wyrzutów i insynuacji, które obrzydzały mu jedzenie i zaczynały wprawiać go w bardzo paskudny humor. Jeszcze tego nie okazywał. Nadal uśmiechał się do Geraldine, choć coraz częściej na nią nie patrzył. Walczył z goryczą i ze słowami, których nie powinien mówić. Znowu to sobie robili. Nawet w jej urodziny.
- Znowu zaczynasz robić się skomplikowana - tym razem nie krył urazy, bo obiecali sobie, że będą wobec siebie prostszymi ludźmi.
Ani razu im to nie wyszło. Przynajmniej jak do tej pory. Umowa mogła zostać uznana za nieważną, skoro nie była wiążąca, ale Ambroise i tak nie powstrzymał się przed tym niewybrednym komentarzem. Zupełnie tak, jakby on był wobec niej otwartą księgą.
Był. W niektórych kwestiach. Rozumieli się w naprawdę wielu przypadkach na większej ilości płaszczyzn niż z kimkolwiek innym do tej pory. Natomiast ta płaszczyzna była niechlubnym wyjątkiem potwierdzającym regułę. Prosiła go, żeby się nią nie bawił. Tymczasem to on zaczął odnosić wrażenie, że ona bawi się nim. Rzucała mu wędkę z przynętą, nęciła go a potem wyrywała z opanowania jak rybę z wody. Niby mówiła o tym, że powinni wyjaśnić sobie nieścisłości, ale nie formułowała ich wprost. Ambroise czuł, że podobało jej się patrzenie jak on się miota a jemu w tym czasie brakowało oddechu.
Nie była taka niewinna jak próbowała mu wciskać. Oboje mieli za uszami dużo więcej niż byli w stanie powiedzieć. On przynajmniej próbował żyć z tym, co było (i czego nie było) między nimi. Usiłował być tym jej przyjacielem, choć to nie było w jego stylu. Szczególnie, kiedy we wszystkich innych okolicznościach zabrałby ją na te cholerne ognisko. A potem dalej do domu i to nie do tego obskurnego mieszkania przy Pokątnej na prywatną leżankę.
Czy naprawdę był aż tak niejasny?
- Próbujesz zadać bardzo niski cios - burknął na nią ostrzegawczo, żeby uprzedzić Geraldine o tym jak nisko próbowała się posunąć.
Nie zasłużył sobie na te insynuacje. Od samego początku przyszedł tu z informacją, że chce spędzić ten wieczór z nią. Pojawił się dla niej i nie planował samotnie opuszczać tego mieszkania. Przynajmniej, o ile nie zostanie z niego wywalony. To się nigdy wcześniej nie stało, ale zawsze musi być ten pierwszy raz. Prawda? Ambroise czuł, że to mógł być ten wieczór. Szczególnie, że w budynku nie było zbyt wielu sąsiadów, więc nie musiała przejmować się pozorami. Nie, żeby kiedykolwiek przejmowały ją plotki. A przynajmniej cały czas tak o tym rozmawiali.
- Może już więcej nie pij. Zrób sobie przerwę albo coś. Wyjdźmy stąd - nie brzmiał na tak ugodowego, jakby mógł sobie życzyć ani na przekonanego o słuszności proponowanego rozwiązania, ponadto dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że dokłada do ognia tą uwagą o alkoholu.
Sam nie był trzeźwy. Nie pilnował ilości wypitego alkoholu zgodnie z tym, co sobie obiecał. Wręcz przeciwnie. Nawet w tej chwili potrzebował pić. Wyciągnął rękę po butelkę, spojrzeniem dając Geraldine do zrozumienia, że nie chciał jej odebrać trunku na zawsze, tylko potrzebował się napić. Był hipokrytą. Tak. Ale na jego obronę: oboje mieli dużo większe problemy emocjonalne niż jego pijacka hipokryzja. Jednocześnie wściekle dźgnął tort widelcem, pchając sobie kawał do ust i przełykając z trudem. Miał zamiar skończyć to ciasto. Tu czy na klatce.
- Dzięki. Chyba mi wystarczy - wzruszył ramionami, dalej kończąc ciasto.
Nie sądził, że szybko pożałuje odmowy propozycji pójścia po więcej słodyczy. Gdyby to zrobił najpewniej mogliby uniknąć dalszych wyrzutów i insynuacji, które obrzydzały mu jedzenie i zaczynały wprawiać go w bardzo paskudny humor. Jeszcze tego nie okazywał. Nadal uśmiechał się do Geraldine, choć coraz częściej na nią nie patrzył. Walczył z goryczą i ze słowami, których nie powinien mówić. Znowu to sobie robili. Nawet w jej urodziny.
- Znowu zaczynasz robić się skomplikowana - tym razem nie krył urazy, bo obiecali sobie, że będą wobec siebie prostszymi ludźmi.
Ani razu im to nie wyszło. Przynajmniej jak do tej pory. Umowa mogła zostać uznana za nieważną, skoro nie była wiążąca, ale Ambroise i tak nie powstrzymał się przed tym niewybrednym komentarzem. Zupełnie tak, jakby on był wobec niej otwartą księgą.
Był. W niektórych kwestiach. Rozumieli się w naprawdę wielu przypadkach na większej ilości płaszczyzn niż z kimkolwiek innym do tej pory. Natomiast ta płaszczyzna była niechlubnym wyjątkiem potwierdzającym regułę. Prosiła go, żeby się nią nie bawił. Tymczasem to on zaczął odnosić wrażenie, że ona bawi się nim. Rzucała mu wędkę z przynętą, nęciła go a potem wyrywała z opanowania jak rybę z wody. Niby mówiła o tym, że powinni wyjaśnić sobie nieścisłości, ale nie formułowała ich wprost. Ambroise czuł, że podobało jej się patrzenie jak on się miota a jemu w tym czasie brakowało oddechu.
Nie była taka niewinna jak próbowała mu wciskać. Oboje mieli za uszami dużo więcej niż byli w stanie powiedzieć. On przynajmniej próbował żyć z tym, co było (i czego nie było) między nimi. Usiłował być tym jej przyjacielem, choć to nie było w jego stylu. Szczególnie, kiedy we wszystkich innych okolicznościach zabrałby ją na te cholerne ognisko. A potem dalej do domu i to nie do tego obskurnego mieszkania przy Pokątnej na prywatną leżankę.
Czy naprawdę był aż tak niejasny?
- Próbujesz zadać bardzo niski cios - burknął na nią ostrzegawczo, żeby uprzedzić Geraldine o tym jak nisko próbowała się posunąć.
Nie zasłużył sobie na te insynuacje. Od samego początku przyszedł tu z informacją, że chce spędzić ten wieczór z nią. Pojawił się dla niej i nie planował samotnie opuszczać tego mieszkania. Przynajmniej, o ile nie zostanie z niego wywalony. To się nigdy wcześniej nie stało, ale zawsze musi być ten pierwszy raz. Prawda? Ambroise czuł, że to mógł być ten wieczór. Szczególnie, że w budynku nie było zbyt wielu sąsiadów, więc nie musiała przejmować się pozorami. Nie, żeby kiedykolwiek przejmowały ją plotki. A przynajmniej cały czas tak o tym rozmawiali.
- Może już więcej nie pij. Zrób sobie przerwę albo coś. Wyjdźmy stąd - nie brzmiał na tak ugodowego, jakby mógł sobie życzyć ani na przekonanego o słuszności proponowanego rozwiązania, ponadto dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że dokłada do ognia tą uwagą o alkoholu.
Sam nie był trzeźwy. Nie pilnował ilości wypitego alkoholu zgodnie z tym, co sobie obiecał. Wręcz przeciwnie. Nawet w tej chwili potrzebował pić. Wyciągnął rękę po butelkę, spojrzeniem dając Geraldine do zrozumienia, że nie chciał jej odebrać trunku na zawsze, tylko potrzebował się napić. Był hipokrytą. Tak. Ale na jego obronę: oboje mieli dużo większe problemy emocjonalne niż jego pijacka hipokryzja. Jednocześnie wściekle dźgnął tort widelcem, pchając sobie kawał do ust i przełykając z trudem. Miał zamiar skończyć to ciasto. Tu czy na klatce.