30.09.2024, 15:20 ✶
- Panno Longbottom, proszę mi nie umniejszać i nie traktować mnie jak idioty. Szczególnie, że nie dałem Panience powodu do wydawania mi tak obszernych instrukcji - skwitował sucho, obrzucając ją od góry do dołu swoim chłodnym, oceniającym spojrzeniem.
Nie lubił, gdy ktoś mówił do niego jak do nierozsądnego, porywczego dziecka. Szczególnie wtedy, kiedy ta osoba była od niego wyraźnie młodsza a on jak do tej pory zachowywał się całkiem dobrze, zwłaszcza jak na siebie. Być może spojrzałby na to inaczej, gdyby pamiętał twarz Brenny i okoliczności ich pierwszego spotkania, ale tak nie było.
Dla niego była nazbyt ambitną młodą detektyw, która ewidentnie usiłowała zaznaczać swoją przewagę sił. Warto dodać, że na jego własnym terenie, ale zacisnął zęby, żeby nie skomentować tego w sposób cisnący mu się na usta. Naprawdę chciał mieć okazję zobaczyć tych złodziei. Szczególnie, że był święcie przekonany, że to jedyna taka okazja. Wierzył w to, kim były. Jego wiara jak dotąd pozostawała nienaruszona.
Wiedział, że może dyskutować z Brenną Longbottom i prawdopodobnie znacznie zmniejszyć swoje szanse na pójście z nią do obozu szabrowników albo tymczasowo (tylko tymczasowo!) zgodzić się na jej warunki i zakończyć ten etap rozmowy. Może był młody i gniewny, ale umiał dostrzec moment, w którym należało machnąć ręką i on tą ręką machnął.
Dał jej do zrozumienia, że zgadza się na ten układ. Nie mówił, do kiedy, bo w razie potrzeby miał go zerwać, ale na ten moment pokiwał głową. Okay nie wybrzmiało na głos, ale potwierdzenie było niezaprzeczalne.
Mógł się przez chwilę skłonić ku oferowanym rozwiązaniom. Toteż mogli ruszyć w las. Nie spodziewał się, że Brenna zechce tropić sprawców z poziomu przemiany w animaga, ale na to też przystał. Im mniej rozmawiali tym lepiej. Droga przebiegała mu spokojniej (o ile w ogóle mógłby być spokojny w obliczu tej sprawy), kiedy nie musiał komunikować się z kimś, kto trochę go drażnił. Niezbyt mocno, ale odczuwalnie. Rzeczywiście trzymał się kilka kroków za nią starając się dostosować tempo, co w tym wypadku oznaczało wkładanie wysiłku, żeby iść szybciej. Wilki miały cztery łapy. Ludzie tylko dwie nogi a on był dzisiaj na eliksirach z uwagi na swoją przypadłość.
Wreszcie stanęli na skraju jednej z polan a gdy Brenna przemieniła się w ludzką formę, prawie od razu potwierdziła to, co myślał. Była dużo bardziej tolerowalna w zwierzęcej formie.
- Panno Longbottom, nie uważa Funkcjonariuszka, że może to jest trochę nazbyt zachowawcze? - Musiał ją o to spytać, inaczej nie byłby sobą; dokładnie tak samo jak musiał spojrzeć na Brennę z widocznym brakiem powagi, bawiło go to, że chciała być jego osłoną.
A może osłoną kogoś przed nim? Niezależnie od tego co działo się pod jej ciemnymi włosami na głowie, Ambroise nie miał zamiaru dłużej prowokować BUMowczyni do zmiany zdania. W gruncie rzeczy się zgodziła. Osiągnął to, czego chciał. Mógł się zgodzić na pójście krok lub dwa za nią i przystanie w innym miejscu (patrzcie jak kulturalnie współpracuje!), bo w razie czego nie miał problemu, żeby zmniejszyć ten dystans i zrobić coś, co należy uczynić. W żadnym momencie nie obiecał, że tego nie zrobi. Dał jej to do zrozumienia - jasne, ale nie odpowiadał za jej subiektywne interpretacje.
Korzystał z tej strefy niedopowiedzeń. Był urodzonym kombinatorem i czarusiem, choć w tym drugim przypadku ich pierwsza interakcja (ta, o której nie pamiętał w przeciwieństwie do niej) wystarczyła, żeby trochę osłabić jego urok osobisty. Zresztą teraz też nie starał się jej czarować. Miał ją za kogoś, z kim łączył go tymczasowy wspólny cel. Poza tym była śmiesznie młodą Panią Detektyw, którą nieśmiesznie przysłano do poważnego problemu.
W zasadzie to nie była jej wina, ale patrzył na nią jak na ambitnego dzieciaka, który trochę mu zaimponował tą przemianą w zwierzę, ale to byłoby na tyle. Tak jak ona go miała za kompletnego świra, Ambroise miał ją za gówniarę machającą odznaką i ewentualnie średnio puszystym ogonkiem.
No, ale darowanemu animagowi nie zagląda się w zęby. Zresztą nie znał się na świecie zwierzęcym (nie tak jak na roślinnym i ewidentnie międzygalaktycznym), więc nie byłby w stanie sprawdzić Brennie kompletności uzębienia. Higiena jamy ustnej była prywatną sprawą. Zacisnął usta, powstrzymał prychnięcie i kiwnął głową.
- Mam nadzieję, że uczą was negocjacji na początku stażu - skwitował, bo zakładał, że była świeżą stażystką.
Nie lubił, gdy ktoś mówił do niego jak do nierozsądnego, porywczego dziecka. Szczególnie wtedy, kiedy ta osoba była od niego wyraźnie młodsza a on jak do tej pory zachowywał się całkiem dobrze, zwłaszcza jak na siebie. Być może spojrzałby na to inaczej, gdyby pamiętał twarz Brenny i okoliczności ich pierwszego spotkania, ale tak nie było.
Dla niego była nazbyt ambitną młodą detektyw, która ewidentnie usiłowała zaznaczać swoją przewagę sił. Warto dodać, że na jego własnym terenie, ale zacisnął zęby, żeby nie skomentować tego w sposób cisnący mu się na usta. Naprawdę chciał mieć okazję zobaczyć tych złodziei. Szczególnie, że był święcie przekonany, że to jedyna taka okazja. Wierzył w to, kim były. Jego wiara jak dotąd pozostawała nienaruszona.
Wiedział, że może dyskutować z Brenną Longbottom i prawdopodobnie znacznie zmniejszyć swoje szanse na pójście z nią do obozu szabrowników albo tymczasowo (tylko tymczasowo!) zgodzić się na jej warunki i zakończyć ten etap rozmowy. Może był młody i gniewny, ale umiał dostrzec moment, w którym należało machnąć ręką i on tą ręką machnął.
Dał jej do zrozumienia, że zgadza się na ten układ. Nie mówił, do kiedy, bo w razie potrzeby miał go zerwać, ale na ten moment pokiwał głową. Okay nie wybrzmiało na głos, ale potwierdzenie było niezaprzeczalne.
Mógł się przez chwilę skłonić ku oferowanym rozwiązaniom. Toteż mogli ruszyć w las. Nie spodziewał się, że Brenna zechce tropić sprawców z poziomu przemiany w animaga, ale na to też przystał. Im mniej rozmawiali tym lepiej. Droga przebiegała mu spokojniej (o ile w ogóle mógłby być spokojny w obliczu tej sprawy), kiedy nie musiał komunikować się z kimś, kto trochę go drażnił. Niezbyt mocno, ale odczuwalnie. Rzeczywiście trzymał się kilka kroków za nią starając się dostosować tempo, co w tym wypadku oznaczało wkładanie wysiłku, żeby iść szybciej. Wilki miały cztery łapy. Ludzie tylko dwie nogi a on był dzisiaj na eliksirach z uwagi na swoją przypadłość.
Wreszcie stanęli na skraju jednej z polan a gdy Brenna przemieniła się w ludzką formę, prawie od razu potwierdziła to, co myślał. Była dużo bardziej tolerowalna w zwierzęcej formie.
- Panno Longbottom, nie uważa Funkcjonariuszka, że może to jest trochę nazbyt zachowawcze? - Musiał ją o to spytać, inaczej nie byłby sobą; dokładnie tak samo jak musiał spojrzeć na Brennę z widocznym brakiem powagi, bawiło go to, że chciała być jego osłoną.
A może osłoną kogoś przed nim? Niezależnie od tego co działo się pod jej ciemnymi włosami na głowie, Ambroise nie miał zamiaru dłużej prowokować BUMowczyni do zmiany zdania. W gruncie rzeczy się zgodziła. Osiągnął to, czego chciał. Mógł się zgodzić na pójście krok lub dwa za nią i przystanie w innym miejscu (patrzcie jak kulturalnie współpracuje!), bo w razie czego nie miał problemu, żeby zmniejszyć ten dystans i zrobić coś, co należy uczynić. W żadnym momencie nie obiecał, że tego nie zrobi. Dał jej to do zrozumienia - jasne, ale nie odpowiadał za jej subiektywne interpretacje.
Korzystał z tej strefy niedopowiedzeń. Był urodzonym kombinatorem i czarusiem, choć w tym drugim przypadku ich pierwsza interakcja (ta, o której nie pamiętał w przeciwieństwie do niej) wystarczyła, żeby trochę osłabić jego urok osobisty. Zresztą teraz też nie starał się jej czarować. Miał ją za kogoś, z kim łączył go tymczasowy wspólny cel. Poza tym była śmiesznie młodą Panią Detektyw, którą nieśmiesznie przysłano do poważnego problemu.
W zasadzie to nie była jej wina, ale patrzył na nią jak na ambitnego dzieciaka, który trochę mu zaimponował tą przemianą w zwierzę, ale to byłoby na tyle. Tak jak ona go miała za kompletnego świra, Ambroise miał ją za gówniarę machającą odznaką i ewentualnie średnio puszystym ogonkiem.
No, ale darowanemu animagowi nie zagląda się w zęby. Zresztą nie znał się na świecie zwierzęcym (nie tak jak na roślinnym i ewidentnie międzygalaktycznym), więc nie byłby w stanie sprawdzić Brennie kompletności uzębienia. Higiena jamy ustnej była prywatną sprawą. Zacisnął usta, powstrzymał prychnięcie i kiwnął głową.
- Mam nadzieję, że uczą was negocjacji na początku stażu - skwitował, bo zakładał, że była świeżą stażystką.