30.09.2024, 15:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.09.2024, 15:59 przez Baldwin Malfoy.)
Czekał w bogobojnym skupieniu, aż odpadnie szmer rozmów, wypindrzone damy przestaną się wreszcie wiercić na swoich miejscach, a mężczyźni choć na moment oderwą wzrok od ich głębokich dekoltów. Frywolność godna dworu wróżek i elfów.
Czekał, bo dla niego ta noc mogła się nie kończyć.
Przesunął pustym, zdawałoby się wręcz natchnionym spojrzeniem po bezimiennych twarzach, odnajdując wśród nich te, które bliskie zdawały się sercu. Najważniejszą z nich wszystkich. Siedziała tam; odziana w eklektyczną doskonałość. Epicentrum baldwinowego mikrokosmosu. Oblubienica, z tej samej matki zrodzona.
Kiedy wreszcie zapanował spokój, a nad sceną wznosił się jedynie szum przesianego przez dłonie piasku, młody Malfoy zaczął występ.
- Spotkałem raz podróżnika, który z pradawnych powracał stron. - Magicznie wzmocniony głos wciąż zdawał się być cichszym od szeptu, a jednak rozbrzmiewał w uchu każdego. Drżący. Z manierą zatraconego w otchłani i ciemnościach Głosu podziemia. Jak gdyby zabierał swoją Eurydykę na zatracenie.
Obserwował reakcję pozwalając wybrzmieć pierwszym słowom utworu - jak wielu z nich oczekiwało, że osłodzi im wieczór Szekspirem?
Tematycznie, uroczo, do porzygu przewidywalnie.
- I rzekł mi : “Dwie ogromne, pozbawione pnia, w kamieniu kute nogi… Stań na pustyni. Blisko nich na piasku.- Każdy ruch dłoni był wyważony, gdy ciemnowłosy artysta tkał swoją małą opowieść przed możnowładcami świata.- Tam wpół zatopione, strzaskane oblicze tonie. Wzrok szyderczy, usta ściśnięte. I grymas zimnego rozkazu.
Jedno uderzenie serca. Po nim kolejne, dźwięczące jak dzwon.
Gdzieś zacierała się granica między niepozornym chłopcem, a martwym poetą Nokturnu. Opętany czy jedynie przyuczony? Wiedział, że Ona to dostrzeże. Dziecko wił, której spojrzenia łaknął równie mocno co powietrza.
- Powiedzą ci, że rzeźbiarz na tej bryle głazu odtworzył żądze skryte, namiętności; co choć w poniewierce – przetrwały; odciśnięte pieczęcią na tych martwych rzeczach rękę co z nich drwiła i serce, które je karmiło. A na piedestale te słowa się ostały.
Ucichł.
Na tyle długo, by cisza stała się niekomfortowa. Jak robactwo toczące się po skórze.
- Ja jestem Ozymandias. Król królów. - rozłożył ręce, po raz pierwszy wznosząc głos ponad szept. Pozwalając słowom wybrzmieć i wbić się w serca gapiów jak sztylet. Pozwolić im krwawić ku własnej uciesze.- Spójrzcie na me dzieła, o potężni i… rozpaczajcie.
Szydera skryta między wersetami, gdy kpił tak tylko jak artyści kpić potrafią.
Tyle wystarczyło.
Chciał uciąć poemat w tym miejscu. Okraść ich. I przez moment zdawało się, że właśnie to zamierza zrobić.
Ale nie mógł. Każda sztuka potrzebowała swojego zakończenia. Odrobiny soli roztartej po gorejącej ranie.
- Nic poza tym nie pozostało. - Głos znów stał się szeptem, słodką tajemnicą i przestrogą, gdy wpatrywał się w oblicza wystrojonych na tą maskaradę gości. Rodziny. Przyjaciół.- Wokół rozkładu tego kolosalnego wraku rozległego i nagiego; gruz bezkształtny oczom się ukaże i piaski bielejące na bezkresie pustyni.
Umilkł, dając na nowo wybrzmieć ciszy, a ta trwała i trwała… aż wreszcie, na twarz Malfoya powrócił ten zawadiacki uśmieszek, gdy on sam ukłonił się głęboko.
Odszukał wzrokiem znów twarz siedzącej wśród gości siostry - puścił jej oczko.
I zniknął z trzaskiem, kompletnie nieprzejęty czy jego sztuka spotkała się z oklaskami czy wyśmianiem.
Teleportował się gdzieś za rzędy krzeseł, aby w spokoju móc delektować się resztą występów.
Czekał, bo dla niego ta noc mogła się nie kończyć.
Przesunął pustym, zdawałoby się wręcz natchnionym spojrzeniem po bezimiennych twarzach, odnajdując wśród nich te, które bliskie zdawały się sercu. Najważniejszą z nich wszystkich. Siedziała tam; odziana w eklektyczną doskonałość. Epicentrum baldwinowego mikrokosmosu. Oblubienica, z tej samej matki zrodzona.
Kiedy wreszcie zapanował spokój, a nad sceną wznosił się jedynie szum przesianego przez dłonie piasku, młody Malfoy zaczął występ.
- Spotkałem raz podróżnika, który z pradawnych powracał stron. - Magicznie wzmocniony głos wciąż zdawał się być cichszym od szeptu, a jednak rozbrzmiewał w uchu każdego. Drżący. Z manierą zatraconego w otchłani i ciemnościach Głosu podziemia. Jak gdyby zabierał swoją Eurydykę na zatracenie.
Obserwował reakcję pozwalając wybrzmieć pierwszym słowom utworu - jak wielu z nich oczekiwało, że osłodzi im wieczór Szekspirem?
Tematycznie, uroczo, do porzygu przewidywalnie.
- I rzekł mi : “Dwie ogromne, pozbawione pnia, w kamieniu kute nogi… Stań na pustyni. Blisko nich na piasku.- Każdy ruch dłoni był wyważony, gdy ciemnowłosy artysta tkał swoją małą opowieść przed możnowładcami świata.- Tam wpół zatopione, strzaskane oblicze tonie. Wzrok szyderczy, usta ściśnięte. I grymas zimnego rozkazu.
Jedno uderzenie serca. Po nim kolejne, dźwięczące jak dzwon.
Gdzieś zacierała się granica między niepozornym chłopcem, a martwym poetą Nokturnu. Opętany czy jedynie przyuczony? Wiedział, że Ona to dostrzeże. Dziecko wił, której spojrzenia łaknął równie mocno co powietrza.
- Powiedzą ci, że rzeźbiarz na tej bryle głazu odtworzył żądze skryte, namiętności; co choć w poniewierce – przetrwały; odciśnięte pieczęcią na tych martwych rzeczach rękę co z nich drwiła i serce, które je karmiło. A na piedestale te słowa się ostały.
Ucichł.
Na tyle długo, by cisza stała się niekomfortowa. Jak robactwo toczące się po skórze.
- Ja jestem Ozymandias. Król królów. - rozłożył ręce, po raz pierwszy wznosząc głos ponad szept. Pozwalając słowom wybrzmieć i wbić się w serca gapiów jak sztylet. Pozwolić im krwawić ku własnej uciesze.- Spójrzcie na me dzieła, o potężni i… rozpaczajcie.
Szydera skryta między wersetami, gdy kpił tak tylko jak artyści kpić potrafią.
Tyle wystarczyło.
Chciał uciąć poemat w tym miejscu. Okraść ich. I przez moment zdawało się, że właśnie to zamierza zrobić.
Ale nie mógł. Każda sztuka potrzebowała swojego zakończenia. Odrobiny soli roztartej po gorejącej ranie.
- Nic poza tym nie pozostało. - Głos znów stał się szeptem, słodką tajemnicą i przestrogą, gdy wpatrywał się w oblicza wystrojonych na tą maskaradę gości. Rodziny. Przyjaciół.- Wokół rozkładu tego kolosalnego wraku rozległego i nagiego; gruz bezkształtny oczom się ukaże i piaski bielejące na bezkresie pustyni.
Umilkł, dając na nowo wybrzmieć ciszy, a ta trwała i trwała… aż wreszcie, na twarz Malfoya powrócił ten zawadiacki uśmieszek, gdy on sam ukłonił się głęboko.
Odszukał wzrokiem znów twarz siedzącej wśród gości siostry - puścił jej oczko.
I zniknął z trzaskiem, kompletnie nieprzejęty czy jego sztuka spotkała się z oklaskami czy wyśmianiem.
Teleportował się gdzieś za rzędy krzeseł, aby w spokoju móc delektować się resztą występów.