- To prawda, ale może to i lepiej. - Była przyzwyczajona do tego, że zazwyczaj dostawała to, czego chciała. Rozpieszczona dziewucha, której wydawało się, że nią nie jest. Były jednak rzeczy, których nie udało się kupić za pieniądze tatusia. Szkoda, niestety to był jedyny sposób w który potrafiła osiągać swoje cele. Sama nie miała zbyt wiele do zaoferowania, ostatnio coraz boleśniej się o tym przekonywała. Nie była wystarczająca, tak właściwie to nigdy. Zawsze próbowała coś udowadniać wszystkim wokół, walczyła z wiatrakami, chociaż nie miało to najmniejszego sensu, bo i tak nie zasługiwała choćby na odrobinę szacunku. Powoli przestawała się przyzwyczajać, bo to nie miało większego sensu. Dostosowywała się po prostu do tego, co los rzucał jej pod nogi i brała to na klatę, nie próbowała zmieniać swojego przeznaczenia. Nie była cudotwórcą.
- Nie potrzebuję kolejnego problemu, jak pewnie zauważyłeś mam ich pod dostatkiem. - Nie zamierzała się z nim kłócić, udowadniać mu, że jego obecność tutaj nie miała sensu, bo i tak by to do niego nie dotarło. Miała świadomość, że jak już coś sobie ujebie, to nie ma zmiłuj. Nie miała czasu na to, żeby sprawdzać, co zrobi. Mógłby tylko niepotrzebnie namieszać w jej planach, wolała mieć go przy sobie. Przynajmniej będzie wiedziała, że nie robi nic głupiego, co niekoniecznie mogłoby przysłużyć jej sprawie.
- Cieszę się, że masz go chociaż do nich. - Powinna ugryźć się w język, niestety oczywiście tego nie zrobiła. Nie chciała prowokować kłótni na cmentarzu, gdzie zasmuceni żałobnicy chowali pod ziemią kogoś, kto był dla nich bliski, ale nie potrafiła udawać, że jej nie zranił, że nadal nie do końca mu to wybaczyła. Miała być neutralna, tylko nie do końca jej to wychodziło, nie potrafiła tego robić prawie tak samo, jak kiedyś nie umiała być tylko i wyłącznie jego przyjaciółką. Najwyraźniej między nimi zawsze chodziło o coś więcej, nie mogła pozostać sama obojętność.
Geraldine było bez różnicy to na jakim cmentarzu się znaleźli, mugolski, czy czarodziejski przecież to miejsce prowadziło do tego samego. Człowiek kończył jako kupa prochu zakopana pod ziemią i tyle, oto cały sens istnienia. Wszyscy mieli skończyć w ten sam sposób, bez względu na to, co ich różniło, bez różnicy było kogo kochali, kogo gościli w swoich łóżkach, z kim przystawali. To nie miało najmniejszego znaczenia, i tak miało ich spotkać jedno zakończenie - piach. W aktualnej sytuacji w której się znajdowała nie było to do końca pocieszające, bo sęk był w tym, że póki co nie zamierzała dołączyć do tego jegomościa, którego trumna właśnie zaczynała być zakopywana.
Wydawało jej się, że oswoiła się ze śmiercią, ostatnio było jej całkiem sporo w jej życiu. W styczniu Astaroth umarł jej na rękach, to był chyba najsilniejszy cios, który w nią trafił. Nie była w stanie go uratować, a jeszcze całkiem niedawno tańczyła ze śmiercią i nie obawiała się konsekwencji, wierzyła, że uda jej się wyrwać z jej ramion. Była młoda, silna, ale taki sam był jej brat i poległ. Jej pewność co do jej własnej nieśmiertelności odeszła wraz z biciem jego serca.
- Popatrz, chociaż raz nam się udało dojść do konsensusu. - Odparła, w jej głosie mógł wyczuć irytację. Nie zdarzało się im to często i wcale nie cieszyła się, że teraz się ze sobą zgadzali. Wciągnęła go w swój kolejny życiowy dramat, który był bardzo niebezpieczny. Nie chciała, żeby przez nią stała mu się krzywda, już wystarczająco osób przez nią ucierpiało. Akurat jego wolała nie dopisywać do tej listy z racji na sentyment, który miała do jego osoby. Czy tego chciała, czy nie znaczył dla niej wiele, kiedyś. Może ich drogi się rozeszły, ale nie życzyła mu źle. Nie była zawistna, mimo tego, że naprawdę złamał jej serce.
- Widzę, że nie zrozumiałeś, w tym rzecz, że będziesz robił tylko i wyłącznie to, co będę chciała. - Miała nadzieję, że rozumiał tę delikatną różnicę. Mówiła wprost, sięgała po konkrety, bo w tym przypadku nie mogła pozwolić na żadne, nawet najmniejsze niedopowiedzenia. Jeśli miał zamiar się w to zaangażować, to miał to robić na jej zasadach, to było jej gówno i ona miała decydować o tym jak je posprzątają. On był tylko tłem. To nie była jego walka.
Musiał to zrozumieć, jeśli chciał, żeby zabrała go ze sobą na tę ostatnią wspólną misję to nie mógł tego nie zaakceptować. Tak, pamiętała o ich zasadzie, że nic nie muszą w tym momencie jednak zupełnie nie brała jej pod uwagę. Jeśli nadwyręży jej zaufanie, to go odsunie od wszystkiego, nim zdąży mrugnąć. Powinien mieć tego świadomość, nigdy nie była szczególnie uległa, ale teraz kiedy znowu nie byli dla siebie bliscy nie miała skrupułów, aby uderzyć, jeśli przyjdzie taka potrzeba.
- Mam nadzieję, że się na to zgadzasz? - Zapytała jeszcze, bo potrzebowała usłyszeć jasną deklarację. Nie powtarzała swoich błędów, nie miała zamiaru więcej się domyślać, co siedziało mu w głowie. Potrzebowała prostych i konkretnych odpowiedzi.