30.09.2024, 18:20 ✶
Oczywiście. Mógł się spodziewać, że że wszystkich ukrytych miejsc na przyjęciu Geraldine i tak go gdzieś dopadnie. Nie celowo. O to by jej nie posądzał. Po prostu miała nosa do tego, żeby zjawiać się praktycznie w tym samym momencie, w którym o niej myślał. A myślał dużo.
Bezwiednie uniósł brew, ewidentnie rzucając nazbyt oceniające spojrzenie na dwóch młodzików towarzyszących Geraldine. Tak. Nie jednego tylko dwóch. To chyba ugodziło go jeszcze bardziej. Przez moment nie zapanował nad chmurnym, gniewnym wyrazem twarzy i pełnym pogardy wzrokiem, jaki skierował w stronę delikwentów. Najpierw jednego. Później drugiego.
Potem odwrócił głowę tak, żeby z powrotem patrzeć na uspokajające falowanie wody i biało-niebieskie kolosy z hukiem obijające się o piach i kamienie przy brzegu. Wypuścił peta z palców i gołą stopą wdeptał go w piach. Nie martwił się zaśmiecaniem natury. Sam skręcał własne papierosy. Miały się szybko rozłożyć a on nie był w nastroju, żeby szukać jakiegoś kosza. Wyjmowanie różdżki nie było wskazane, kiedy czuł, że mógłby nie zapanować nad kierunkiem ciśnięcia zaklęcia.
Tak właściwie to zaraz wyjął i odpalił kolejną fajkę, która chwilę potem nerwowo drgała mu między zaciśniętymi wargami. Gdyby się zapomniał mógłby rozgryźć ją zębami. Był tego bardzo bliski i świadomy, tak samo jak bólu szczęki i tego, że fale przestały działać na niego uspokajająco. Nie były już takie przyjemne do obserwacji jak jeszcze chwilę temu. Teraz zaczęły stanowić pretekst do tego, żeby Ambroise nie patrzył w stronę rozchichotanego towarzystwa a to mu się nie podobało. Nie zwykł unikać konfrontacji.
To znaczy: w przypadku samej Geraldine robił to niemal na poziomie mistrzowskim, bo nie byli w stanie szczerze ze sobą rozmawiać o narastającym napięciu. Zawsze któreś z nich kapitulowało i schodzili na inne tematy. Za to z ludźmi, których nie lubił zwykł konfrontować się niemal natychmiast. A w tym wypadku może nie znał tamtych gości, lecz to nie przeszkadzało mu w stwierdzeniu, że wyczuwał od nich naprawdę wstrętne wibracje i chętnie przywaliłby jednemu czy drugiemu w dziób tylko po to, żeby zamknąć im roześmiane ryje.
Zakłócali mu jego spokój, mimo że to on był tu pierwszy. Łamali reguły społeczne, więc zasługiwali na pełną pogardę. Nie chodziło o nic więcej. A wręcz przecież był łagodny w stosunku do nich przez wzgląd na jego przyjaźń z towarzyszącą im Geraldine. Gdyby nie to pewnie już dawno by się podniósł i ich pognał. Tymczasem miał nadzieję, że sami wkrótce pójdą. Cała trójka wyglądała, jakby świetnie się bawiła gdzieś po drodze w jakieś inne miejsce.
Miał nadzieję, że znikną tam zaraz, bo nie chciał dłużej musieć odwracać wzroku i zachowywać się w tak ostentacyjnie nieprzychylny sposób. Chciał tu odpocząć i jasna cholera! nie pluć resztkami rozgryzionego papierosa, żeby nie zrobić z siebie obiektu kpin. Czuł gorzki susz ziołowy na języku, ale nie wypuścił fajki spomiędzy ust.
Bezwiednie uniósł brew, ewidentnie rzucając nazbyt oceniające spojrzenie na dwóch młodzików towarzyszących Geraldine. Tak. Nie jednego tylko dwóch. To chyba ugodziło go jeszcze bardziej. Przez moment nie zapanował nad chmurnym, gniewnym wyrazem twarzy i pełnym pogardy wzrokiem, jaki skierował w stronę delikwentów. Najpierw jednego. Później drugiego.
Potem odwrócił głowę tak, żeby z powrotem patrzeć na uspokajające falowanie wody i biało-niebieskie kolosy z hukiem obijające się o piach i kamienie przy brzegu. Wypuścił peta z palców i gołą stopą wdeptał go w piach. Nie martwił się zaśmiecaniem natury. Sam skręcał własne papierosy. Miały się szybko rozłożyć a on nie był w nastroju, żeby szukać jakiegoś kosza. Wyjmowanie różdżki nie było wskazane, kiedy czuł, że mógłby nie zapanować nad kierunkiem ciśnięcia zaklęcia.
Tak właściwie to zaraz wyjął i odpalił kolejną fajkę, która chwilę potem nerwowo drgała mu między zaciśniętymi wargami. Gdyby się zapomniał mógłby rozgryźć ją zębami. Był tego bardzo bliski i świadomy, tak samo jak bólu szczęki i tego, że fale przestały działać na niego uspokajająco. Nie były już takie przyjemne do obserwacji jak jeszcze chwilę temu. Teraz zaczęły stanowić pretekst do tego, żeby Ambroise nie patrzył w stronę rozchichotanego towarzystwa a to mu się nie podobało. Nie zwykł unikać konfrontacji.
To znaczy: w przypadku samej Geraldine robił to niemal na poziomie mistrzowskim, bo nie byli w stanie szczerze ze sobą rozmawiać o narastającym napięciu. Zawsze któreś z nich kapitulowało i schodzili na inne tematy. Za to z ludźmi, których nie lubił zwykł konfrontować się niemal natychmiast. A w tym wypadku może nie znał tamtych gości, lecz to nie przeszkadzało mu w stwierdzeniu, że wyczuwał od nich naprawdę wstrętne wibracje i chętnie przywaliłby jednemu czy drugiemu w dziób tylko po to, żeby zamknąć im roześmiane ryje.
Zakłócali mu jego spokój, mimo że to on był tu pierwszy. Łamali reguły społeczne, więc zasługiwali na pełną pogardę. Nie chodziło o nic więcej. A wręcz przecież był łagodny w stosunku do nich przez wzgląd na jego przyjaźń z towarzyszącą im Geraldine. Gdyby nie to pewnie już dawno by się podniósł i ich pognał. Tymczasem miał nadzieję, że sami wkrótce pójdą. Cała trójka wyglądała, jakby świetnie się bawiła gdzieś po drodze w jakieś inne miejsce.
Miał nadzieję, że znikną tam zaraz, bo nie chciał dłużej musieć odwracać wzroku i zachowywać się w tak ostentacyjnie nieprzychylny sposób. Chciał tu odpocząć i jasna cholera! nie pluć resztkami rozgryzionego papierosa, żeby nie zrobić z siebie obiektu kpin. Czuł gorzki susz ziołowy na języku, ale nie wypuścił fajki spomiędzy ust.