Była przyzwyczajona tak do tego, że to mężczyzna płaci, jak i do tego, że sama nosi ze sobą pieniądze, więc fakt, że w jej torebce nie było portfela, zmroził jej skórę nawet bardziej, niż już była zimna. Czuła się przez to goła, jakby pozbawiona czegoś ważnego – tak była uzależniona od własnej fortuny i wygodnego życia w przepychu, chociaż była bardzo oszczędna, i zdecydowanie więcej odkładała, niż wydawała; inwestowała, by pomnażać to, co już udało jej się zebrać i to, co już dostała od rodziny, a co teraz bezpiecznie spoczywało w jej własnej, prywatnej skrytce, do której tylko ona miała dostęp.
Widziała, że Rodolphus też wyszedł z roli, jaką dla siebie wybrał. Coś zmąciło taflę jego spokoju i obojętności, gdy szukał po kieszeniach, a kelner spokojnie przestąpił z nogi na nogę – widać nie pierwszy raz się to zdarzyło.
Dał chwilkę, a jakże. A nawet dwie chwili. I trzy chwilki, w których Rodolphus szukał czegoś, czego przy sobie nie miał, a Victoria jeszcze raz nerwowo przeszukiwała torebkę, by również znaleźć wielkie n i c.
– Płacą państwo, czy mam wezwać Brygadę Uderzeniową? – zapytał niby to uprzejmie, ale słowa, jakie wypowiedział, nie miały z uprzejmością zbyt wiele wspólnego.
Victoria spojrzała na niego z niedowierzaniem. Przywykła do tego, że ludzie od kilku miesięcy rozpoznają ją na ulicy, a tutaj obsługa groziła im zawołaniem brygady?
– Może pan wezwać, koledzy na pewno wtedy poświadczą moje nazwisko i zapewnią, że żadne z nas nie chce nikogo okraść – odparła chłodno, nie zamierzając się za nic kajać. Zwykle, przy znanych nazwiskach i jeszcze bardziej znanych twarzach, dało się to wszystko załatwić inaczej… Cóż. Bogaci i rozpoznawalni miewali w życiu znacznie łatwiej, nie było się co oszukiwać. Szedł za tym pakiet wścibstwa i niepotrzebnej publiki tam, gdzie nie było to potrzebne, ale… – Nie ma szans na dopisanie tego do rachunku? Na nazwisko Lestrange? Victoria Lestrange? – zapytała, dając mężczyźnie czas na przeprocesowanie informacji, jakie dostał.