Musiała zaakceptować wyciągniętą przez niego rękę. Nie wchodził tu w grę ich nicniemusizm, bo nawet, gdyby się nie zgodziła na przyjęcie pomocy, to czuła, że by jej nie odpuścił. On nie pytał ją o pozwolenie, może na początku, nie wydawało jej się jednak, że to zapytanie było szczere. Tak, czy siak by się w to zaangażował. Znała go na tyle, że potrafiła to wyczuć. Gdyby nie pozwoliła mu tego zrobić, to stałby się jej kolejnym problemem, o który musiałaby się martwić, miała już brata wampira, wyimaginowanego brata Thorana, nie chciała dokładać do listy problemów byłego Ambroise'a polującego na wyimaginowanego brata Thorana. Wolała, żeby faktycznie zrobili to razem, bo przynajmniej miałaby mieć nad tym jakąkolwiek kontrolę (ta, jasne).
- Nie mów mi co jest potrzebne. - Nie jemu to oceniać. Nie miał pojęcia, jak się czuła wtedy, ani jak się czuła teraz. Nie miał prawa mówić jej, co było głupie. Nie był już jej przyjacielem, nie był jej chłopakiem, był aktualnie nikim, a nikt nie powinien się odzywać jeśli nie obchodziła go druga osoba, a ustalili już przecież dawno temu, że nic dla niego nie znaczyła, gdyby tak było to nie zostawiłby jej w ten sposób.
Było w niej wiele żalu, najwyraźniej nadal tkwił gdzieś głęboko. Do ich ostatniego spotkania doszło, kiedy była wstawiona, więc była zdecydowanie bardziej wyrozumiała. Teraz była trzeźwa, w tej wersji potrafiła naprawdę zajść za skórę, jeśli tylko tego chciała. Nie przeszkadzało jej to, że mogła go do siebie zrazić, i tak pewnie miał do niej jakiś uraz, to jej osoba doprowadziła go do tego, że postanowił skreślić te wszystkie wspólne lata, które razem spędzili, nadal - nie umiała określić co zadecydowało o decyzji, którą podjął, czy był jakiś punkt zapalny, całokształt? Zresztą to nie był dobry moment, na myślenie o takich rzeczach, musiała się w końcu skupić na sobie.
- Na szczęście nie czekamy na wiosnę. - Nie spodziewała się, żeby nagle zaczęli się zgadzać, u nich to tak nie działało. Wtedy i teraz, to nigdy się nie zmieni. Za bardzo lubili demonstrować swoje zdanie, nie brakowało im upartości, Geraldine zresztą mogła się kłócić tylko po to, żeby się kłócić, nawet jeśli nic jej to nie miało przynieść.
- Niedługo pewnie i ona zdechnie. - Jakże pozytywne nastawienie.
Czekała na to, wiedziała, że negocjacje z nim właśnie w ten sposób się skończą. Wypuściła głośno powietrze, oddychała powoli, ale zacisnęła dłonie w pięści. Nawet w tej sytuacji musiał stawiać na swoim. Nie pozwolił jej mieć pełnej kontroli nad tym, co miało ją spotkać. Nie podobało jej się to, ale nie miała innego wyjścia, musiała zaakceptować to, że tak to się miało skończyć.
- Jasne, niech tak będzie. - Znowu się zgodziła. Dalsza dyskusja nie miała żadnego sensu, poddała się po raz kolejny bo wiedziała, że nic nie osiągnie.
Miała wrażenie, że ostatnio trochę przygasła jej wola walki. Zrobiła się strasznie miękka, będzie musiała się ogarnąć nim dojdzie do jej starcia z tym wyimaginowanym bratem bliźniakiem zrobi się całkowicie uległa.
- Będę się kontaktować z paroma osobami, które są mi skłonne pomóc, jak coś konkretnego ustalę to dam ci znać. - Próbowała wyjaśnić mu, co dalej zamierza, skoro mieli współpracować to od tego chyba wypadałoby zacząć. Dzieliła się z nim tym, jaki miała plan, a to był całkiem duży sukces, jak na Yaxleyównę.