17.01.2023, 22:53 ✶
Do ślubu było jeszcze daleko, ale chodziło o symbol – bo skoro Beltane jest tak idealnym świętem do ślubu, to do zaręczyn również. W końcu zaręczyny to pewnego rodzaju obietnica, że dwoje ludzi za jakiś czas zostanie połączonych węzłem małżeńskim, a razem z tym – ich rodziny. W pewien sposób. Victoria nie miała zielonego pojęcia, jakiego targu dobito, że postanowiono zrobić tak abrudalnie dziwny mariaż, ale nic nie mówiła. Do tej pory nie zająknęła się, że wie, iż Sauriel jest wampirem, i jej matka również nie pisnęła słówkiem. Zaś wytłumaczeniem na to, by połączyć siecią ich kominki było, oczywiście, że na taki dzień nie wypada, by rodzina narzeczonego musiała gdzieś dalej chodzić. Taaa. Bo nietypowo postawiono na zaręczyny w ciągu dnia. Ale Victoria wiedziała lepiej. Wiedziała po co te hocki klocki, udawała za to, że wytłumaczenie rodziców jest totalnie zasadne. Kolejna wymówka? Że przecież Ministrze Magii się nie odmawia, a ta ustaliła, ze na dzisiejszym sabacie patrolować będą dla bezpieczeństwa ludzie z Ministerstwa – i tak się śmiesznie złożyło, że padło również na Victorię. Więc była tutaj idealną wymówką, by zrobić to wszystko wcześniej. I tutaj nie wiedziała już, że tak naprawdę to w sumie wszystkim to jest na rękę, tylko nikt nie mówił tego głośno.
A ona miała wyrzuty sumienia, że ciągają Sauriela w dzień, kiedy wszystko w nim krzyczało, żeby pewnie trzymać się z daleka.
Zeszła do salonu odrobinkę tylko spóźniona – i kiedy przyszła, to zobaczyła, że jej matce nerwowo drgnął kącik ust. Panna Lestrange na to uśmiechnęła się do gości. Dzisiaj nie miała ciasno spiętych włosów, tylko były puszczone na ramiona i plecy miękką falą – odrobinę je tylko zebrała spinką by nie leciały jej do oczu. Założyła też granatową sukienkę z jakiegoś lejącego się materiału, długą do ziemi, jednak z rozcięciem, by dobrze się układała; miałą też rękawy, chociaż przejrzyste, koronkowe. Była bardzo elegancka, ale nie strojna do tego stopnia, że aż przytłaczająca. Prawdę mówiąc – to był wybór Victorii. Pokłóciła się o to z matką poprzedniego wieczoru i była o to spora awantura, ale tym razem Tori postawiła na swoim. Bo to w końcu jej zaręczyny – a nie jej matki. Była więc taka: lekko umalowana, z wiszącymi kolczykami, naszyjnikiem na szyi – i nawet się uśmiechnęła na powitanie, witając się z gośćmi.
I dopiero teraz się zestresowała. Tylko czym? Merlinie, to przecież nie był ślub, czym tu się denerwować? A jednak było to od niej silniejsze – a patrząc na Sauriela, to można było odnieść wrażenie, że i on jest zestresowany.
To dopiero byłby stres, gdyby jednak nie było między nimi nici porozumienia. Przez te prawie pół roku zdążyli się trochę poznać, a początkowa złość i nienawiść opadła, robiąc miejsca kiełkującej sympatii. Sama była jednak zestresowana na tyle, że znowu sięgnęła po starą, sprawdzoną metodę, próbując oczyścić swój umysł ze zbędnych emocji. Uspokoić się. Nieznajomy, wcześniej zapowiedziany, choć Lestrange wydało się dziwne, że jakiś ktoś jeszcze ma się zjawić przykuł na moment jej uwagę. Zastanawiała się o co tutaj w ogóle chodzi do momentu, kiedy nie poczuła znajomego chłodu jego dotyku. Nie była ekspertką, ale spędziła z Saurielem na tyle czasu, że miała już swoje podejrzenia… I jeśli dodać dwa do dwóch, to wynik równania wydawał się całkiem prosty. To był jego stwórca? Powód tego stanu? Bo jakoś nie chciało jej się wierzyć, że to przypadek, że jej (za chwilę) narzeczony to wampir, a razem z Rookwoodami pojawił się ich ważny przyjaciel. Również wampir.
Uznała, że po prostu zapyta o to Sauriela kiedy będą sam na sam. Jej spojrzenie zresztą bardzo szybko wróciło do Sauriela.
Chyba najbardziej stresowało ją to, że i on się tak strasznie denerwował.
A ona miała wyrzuty sumienia, że ciągają Sauriela w dzień, kiedy wszystko w nim krzyczało, żeby pewnie trzymać się z daleka.
Zeszła do salonu odrobinkę tylko spóźniona – i kiedy przyszła, to zobaczyła, że jej matce nerwowo drgnął kącik ust. Panna Lestrange na to uśmiechnęła się do gości. Dzisiaj nie miała ciasno spiętych włosów, tylko były puszczone na ramiona i plecy miękką falą – odrobinę je tylko zebrała spinką by nie leciały jej do oczu. Założyła też granatową sukienkę z jakiegoś lejącego się materiału, długą do ziemi, jednak z rozcięciem, by dobrze się układała; miałą też rękawy, chociaż przejrzyste, koronkowe. Była bardzo elegancka, ale nie strojna do tego stopnia, że aż przytłaczająca. Prawdę mówiąc – to był wybór Victorii. Pokłóciła się o to z matką poprzedniego wieczoru i była o to spora awantura, ale tym razem Tori postawiła na swoim. Bo to w końcu jej zaręczyny – a nie jej matki. Była więc taka: lekko umalowana, z wiszącymi kolczykami, naszyjnikiem na szyi – i nawet się uśmiechnęła na powitanie, witając się z gośćmi.
I dopiero teraz się zestresowała. Tylko czym? Merlinie, to przecież nie był ślub, czym tu się denerwować? A jednak było to od niej silniejsze – a patrząc na Sauriela, to można było odnieść wrażenie, że i on jest zestresowany.
To dopiero byłby stres, gdyby jednak nie było między nimi nici porozumienia. Przez te prawie pół roku zdążyli się trochę poznać, a początkowa złość i nienawiść opadła, robiąc miejsca kiełkującej sympatii. Sama była jednak zestresowana na tyle, że znowu sięgnęła po starą, sprawdzoną metodę, próbując oczyścić swój umysł ze zbędnych emocji. Uspokoić się. Nieznajomy, wcześniej zapowiedziany, choć Lestrange wydało się dziwne, że jakiś ktoś jeszcze ma się zjawić przykuł na moment jej uwagę. Zastanawiała się o co tutaj w ogóle chodzi do momentu, kiedy nie poczuła znajomego chłodu jego dotyku. Nie była ekspertką, ale spędziła z Saurielem na tyle czasu, że miała już swoje podejrzenia… I jeśli dodać dwa do dwóch, to wynik równania wydawał się całkiem prosty. To był jego stwórca? Powód tego stanu? Bo jakoś nie chciało jej się wierzyć, że to przypadek, że jej (za chwilę) narzeczony to wampir, a razem z Rookwoodami pojawił się ich ważny przyjaciel. Również wampir.
Uznała, że po prostu zapyta o to Sauriela kiedy będą sam na sam. Jej spojrzenie zresztą bardzo szybko wróciło do Sauriela.
Chyba najbardziej stresowało ją to, że i on się tak strasznie denerwował.