— Dobry wieczór — zza pleców Erika dobiegł kolejny głos, cieplejszy i chyba bardziej pogodny. Niedługo po zjawieniu się bratanka, pojawił się również on, jakby prosto z pracy, w magicznej szacie w kolorze kwitnących clematisów, które posadzono z różami przy altanie, w której wywoływał z Brenną ducha pana Juliusa. Największą zmianą było jednak to, że się ostrzygł. Długie włosy, które nieco zaniedbał, już nie kręciły się w niesforne loki ani nie były ulizane za pomocą firmowego żelu Elise Longbottom. Włosy były krótkie i przez to siwizna srebrzyła się pośród nich jeszcze mocniej. To, co stracił z głowy, pojawiło się na policzkach, wuj dwójki naczelnych Longbottomów zapuścił bowiem brodę.
Wyminął bratanka i usiadł w tym samym miejscu, w którym zawsze siadał w Warowni, odkładając dziwny notes, który trzymał pod pachą, na blat przed sobą. Sięgnął po jabłko i nóż i zaczął je obierać bez słowa, próbując nie przerwać tasiemki obierka, która spiralą spływała z owocu, rozdzielona od miąższu.
Czuł się staro, pomiędzy mlodzikami, którzy jeszcze chwilę temu ganiali po ogródku Warowni, wycierali smarki w rękawy i domagali się pajd chleba z masłem i miodem w przerwie między zabawą. Kiedy patyki nadal były patykami, a zabici w zabawie przyjaciele wstawali chwilę później z trawy, otrzepywali się i następowała zamiana ról w tym, kto jest BUM-owcem, a kto czarnoksiężnikiem. Skórka opadła na blat, a on odłożył jabłko bez słowa, czując lepkość soku na palcach i przyjemny, kwaśny zapach w powietrzu, mieszający się z mięsiwem. Pachniało jesienią i to przerażało Morpheusa najbardziej.
Zapalił papierosa.
Nadchodził czas, gdy natura stopniowo przechodziła w stan spoczynku, tworząc niezwykle malownicze krajobrazy. W powietrzu unosił się chłodny, wilgotny zapach liści i ziemi, a wsie i miasteczka otoczone są przez pola i lasy, mieniły się ciepłymi odcieniami złota, czerwieni i brązu. Kamienne domy, w odległej od Księżycowego Stawi wiosce, co drugi porośnięty bluszczem, harmonizowały z otaczającą je przyrodą, a mgły unoszące się nad wzgórzami nadawały krajobrazom tajemniczości. Dni już stawały się namacalnie krótsze, a deszcze częstsze, przynosząc z sobą ciszę, która wypełnia wąskie dróżki w ogrodzie i puste ścieżki.
Gdzieś pośród tego czaiła się pożoga.
Nora, Thomas, Erik, Brenna... I kto jeszcze, i kto jeszcze. Nie chciał wiedzieć. Nie chciał rozmyślać o tym, kto może umrzeć. Przysunął zamiast tego do siebie popielniczkę, strzepnął popiół i wypuścił dym pod sufit, zamykając oczy. Mógł wróżyć z obierka, mógł wróżyć z dymu. Ciekawe, kto będzie trzynastym przy stole i kto jako pierwszy od niego wstanie.