30.09.2024, 20:16 ✶
Nie był dobry w niektórych sytuacjach. Nie należał do tych łatwych osób, które już pięć minut po nawiązaniu dialogu opowiadały wszystkim dookoła o swoim życiu. Możliwe, że byłoby łatwiej, gdyby był bardziej otwarty. Nigdy nie przeszło mu to przez myśl. Nie zwykł analizować tej części własnego charakteru. Natomiast ze wszystkich sił próbował dojść do tego, co stało na przeszkodzie, żeby mogli normalnie się przyjaźnić.
To nie było tak do końca, że celowo mówił niektóre niezrozumiałe, wieloznaczne rzeczy i wszędzie wpychał podteksty i niejasności. Często robił to na wpół świadomie, łapiąc się na tym dopiero wtedy, kiedy słowa zdążyły zostać wypowiedziane. W innych chwilach do samego końca pozostawał ślepy i głuchy na to, że powiedział coś nie tak a czasami po prostu miał już po dziurki w nosie tej napiętej atmosfery i całkowicie celowo wbijał palec tam, gdzie nie powinien. Grzebał w sprawach, które nie powinny dotyczyć platonicznych przyjaciół, bo im więcej wody upływało tym bardziej wiedział, że nie chce być przyjacielem Geraldine Yaxley.
Nie chciał też nim nie być, jeśli to by oznaczało bycie neutralnymi znajomymi widującymi się rzadziej i rzadziej aż wreszcie kiedyś uświadamiającymi sobie, że od dawna nie widują się wcale. Zresztą nie sądził, żeby to było tak do końca możliwe. Nie całkiem. Jakakolwiek siła by ich nie łączyła, nie dawała się tak łatwo wykluczyć z gry. Może gdyby to sobie całkiem uświadomił to nie miałby problemów w postaci lęków przed odrzuceniem. Mógłby się trochę bardziej odsłonić i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Czy w ogóle ona też to rozważała.
Tego popołudnia doszedł do wniosku, że nie. Widok, jaki pojawił się przed jego oczami sprawił, że Ambroise poczuł się dotknięty. Znacznie bardziej niż powinien, szczególnie z racji, że on także nie przyszedł sam. W jego głowie nie pojawiła się taka myśl, bo dla niego jasnością było, że nie był zainteresowany panną Delacour, skoro zrobił wszystko, żeby od niej uciec. Nie bawił się w jej towarzystwie tak świetnie jak Geraldine bawiła się z tymi dwoma knypkami, dając mu do zrozumienia, że faktycznie korzysta z życia tak jak jej kiedyś polecił.
To zabolało.
Najpewniej prędzej czy później wygoniłoby go do głównej części posiadłości i na pomost w poszukiwaniu partnerki imprezy. W końcu już czuł się zniechęcony do dalszego przebywania na plaży, która już nie była wyłącznie dla niego. Pewnie zebrałby się w przeciągu kilku minut i wróciłby do towarzystwa, gdyby nieproszeni goście (w takiej formie Yaxleyówna też się do nich zaliczała) nie zniknęli mu z oczu.
I niby co z oczu to z serca, ale jakoś nie do końca mógł się z tym zgodzić. Szczególnie, kiedy wyłapał te podniesione głosy, wyciągając z kontekstu, co akurat jego sercu bardzo się nie spodobało. Widok powracającej samotnie Geraldine nie poprawił tego stanu, bo nie dość, że zupełnie zignorowała jego obecność to jeszcze w dodatku wyglądała tak krucho.
Bez słowa podniósł się z miejsca w jednym bardzo konkretnym celu, z którego wypełnieniem nie miał żadnego problemu.
Spokojnym krokiem wrócił na wcześniej zajmowane miejsce, masując palcami drugiej dłoni lekko zaczerwienione knykcie na lewej ręce. Bez słowa usiadł na piasku. Nie musiał szukać punktu, w którym siedział zanim ruszył w kierunku dalszej części namiotów. Piasek nie zdążył się przesypać i nie wiało aż tak bardzo. To dobrze, bo odpalił kolejnego papierosa, zaciągając się dymem i poprawiając mankiety przy rękawach, które wcześniej dogodnie podwinął. Zazwyczaj nie nosił jasnych kolorów, bo za mocno się brudziły.
Teraz nie chciał musieć wyjaśniać komuś ewentualnych brzydkich plam, gdyby doszło do czegoś więcej niż planował.
Nie doszło. Wystarczyło, że postraszył młodzika, łapiąc go za fraki i dając mu do zrozumienia, że ich rozmowa nigdy nie miała miejsca. Sądził, że się rozumieli. Zarówno z jednym delikwentem jak i z jego kolegą, który z dużym prawdopodobieństwem prawie narobił w gacie. Niektórzy bogaci dupkowie nie mieli nic poza ładnymi buźkami i rodzinnymi pieniędzmi. Żadnych faktycznych umiejętności w starciu na silne charaktery. Byli mocni w mordach tylko wtedy, kiedy startowali do ludzi uważanych przez nich za łatwiejszych do zgnojenia. I choć Greengrass nie wątpił w to, że Yaxleyówna taka nie była i umiała sobie sama świetnie poradzić to i tak skusił się, żeby przypieczętować sprawę.
Nie zamierzał się tym chwalić. To była jego sprawa.
To nie było tak do końca, że celowo mówił niektóre niezrozumiałe, wieloznaczne rzeczy i wszędzie wpychał podteksty i niejasności. Często robił to na wpół świadomie, łapiąc się na tym dopiero wtedy, kiedy słowa zdążyły zostać wypowiedziane. W innych chwilach do samego końca pozostawał ślepy i głuchy na to, że powiedział coś nie tak a czasami po prostu miał już po dziurki w nosie tej napiętej atmosfery i całkowicie celowo wbijał palec tam, gdzie nie powinien. Grzebał w sprawach, które nie powinny dotyczyć platonicznych przyjaciół, bo im więcej wody upływało tym bardziej wiedział, że nie chce być przyjacielem Geraldine Yaxley.
Nie chciał też nim nie być, jeśli to by oznaczało bycie neutralnymi znajomymi widującymi się rzadziej i rzadziej aż wreszcie kiedyś uświadamiającymi sobie, że od dawna nie widują się wcale. Zresztą nie sądził, żeby to było tak do końca możliwe. Nie całkiem. Jakakolwiek siła by ich nie łączyła, nie dawała się tak łatwo wykluczyć z gry. Może gdyby to sobie całkiem uświadomił to nie miałby problemów w postaci lęków przed odrzuceniem. Mógłby się trochę bardziej odsłonić i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Czy w ogóle ona też to rozważała.
Tego popołudnia doszedł do wniosku, że nie. Widok, jaki pojawił się przed jego oczami sprawił, że Ambroise poczuł się dotknięty. Znacznie bardziej niż powinien, szczególnie z racji, że on także nie przyszedł sam. W jego głowie nie pojawiła się taka myśl, bo dla niego jasnością było, że nie był zainteresowany panną Delacour, skoro zrobił wszystko, żeby od niej uciec. Nie bawił się w jej towarzystwie tak świetnie jak Geraldine bawiła się z tymi dwoma knypkami, dając mu do zrozumienia, że faktycznie korzysta z życia tak jak jej kiedyś polecił.
To zabolało.
Najpewniej prędzej czy później wygoniłoby go do głównej części posiadłości i na pomost w poszukiwaniu partnerki imprezy. W końcu już czuł się zniechęcony do dalszego przebywania na plaży, która już nie była wyłącznie dla niego. Pewnie zebrałby się w przeciągu kilku minut i wróciłby do towarzystwa, gdyby nieproszeni goście (w takiej formie Yaxleyówna też się do nich zaliczała) nie zniknęli mu z oczu.
I niby co z oczu to z serca, ale jakoś nie do końca mógł się z tym zgodzić. Szczególnie, kiedy wyłapał te podniesione głosy, wyciągając z kontekstu, co akurat jego sercu bardzo się nie spodobało. Widok powracającej samotnie Geraldine nie poprawił tego stanu, bo nie dość, że zupełnie zignorowała jego obecność to jeszcze w dodatku wyglądała tak krucho.
Bez słowa podniósł się z miejsca w jednym bardzo konkretnym celu, z którego wypełnieniem nie miał żadnego problemu.
Spokojnym krokiem wrócił na wcześniej zajmowane miejsce, masując palcami drugiej dłoni lekko zaczerwienione knykcie na lewej ręce. Bez słowa usiadł na piasku. Nie musiał szukać punktu, w którym siedział zanim ruszył w kierunku dalszej części namiotów. Piasek nie zdążył się przesypać i nie wiało aż tak bardzo. To dobrze, bo odpalił kolejnego papierosa, zaciągając się dymem i poprawiając mankiety przy rękawach, które wcześniej dogodnie podwinął. Zazwyczaj nie nosił jasnych kolorów, bo za mocno się brudziły.
Teraz nie chciał musieć wyjaśniać komuś ewentualnych brzydkich plam, gdyby doszło do czegoś więcej niż planował.
Nie doszło. Wystarczyło, że postraszył młodzika, łapiąc go za fraki i dając mu do zrozumienia, że ich rozmowa nigdy nie miała miejsca. Sądził, że się rozumieli. Zarówno z jednym delikwentem jak i z jego kolegą, który z dużym prawdopodobieństwem prawie narobił w gacie. Niektórzy bogaci dupkowie nie mieli nic poza ładnymi buźkami i rodzinnymi pieniędzmi. Żadnych faktycznych umiejętności w starciu na silne charaktery. Byli mocni w mordach tylko wtedy, kiedy startowali do ludzi uważanych przez nich za łatwiejszych do zgnojenia. I choć Greengrass nie wątpił w to, że Yaxleyówna taka nie była i umiała sobie sama świetnie poradzić to i tak skusił się, żeby przypieczętować sprawę.
Nie zamierzał się tym chwalić. To była jego sprawa.