30.09.2024, 20:51 ✶
Byłoby co najmniej niezwykłe a tak właściwie to nawet niezwykle popaprane i to nie w dobrym sensie, gdyby działały na niego standardowe gierki siostry, którymi kupowała sobie względy adoratorów i innych ludzi spoza rodziny. To nawet nie wchodziło w grę. Ambroise nie był też jej matką, którą mogłaby ugłaskać dobrym zachowaniem grzecznej, kulturalnej, posłusznej panienki dającej się ubierać w ładne szaty i sukienki, czesać w wymyślne upięcia i mówić, jak dobrą była kandydatką do zamążpójścia. Z tego wszystkiego był zdecydowanie najbliższy podejściu ich ojca. Może tego nie mówił wprost i nie zawsze jej nadskakiwał (a nawet rzadziej niż częściej), ale dla uzdrowiciela także była jego delikatną Różyczką.
Z tym, że tam, gdzie Thomas widział drobne listki, Ambroise widział również kolce. Niewielkie, ale ostre. Wykorzystane w odpowiedni sposób mogły być dyskretną acz zabójczą bronią. W końcu najwięcej morderców było kobietami. Wbrew oficjalnym statystykom - to jasne, bo większość z nich była sprytna i inteligentna. Truła a nie siekała tasakiem.
I choć Ambroise nie widziałby Roselyn w roli mściwej zabójczyni. W żadnym razie nie chciał, żeby była do tego zmuszona przez koleje losu, choć wtedy pewnie zamiast warzyć wspólnie eliksir wiggenowy uczyłby ją o dużo bardziej zabójczych substancjach. Oczywiście, jeśli nie załatwiłby jej problemów na własną rękę. Mimo to czuł się trochę spokojniejszy na myśl, że dziewczyna sobie poradzi.
Szczególnie, że zdarzały się dni, kiedy nie wykluczał, że w jakimś momencie może go zabraknąć albo nie będzie w stanie jej pomóc i będzie to całkowicie poza jego kontrolą. Nie lubił tych myśli. Wolał widzieć ją dokładnie taką jak teraz: podekscytowaną, szczęśliwą, cieszącą się z osiągnięć, które naprawdę okazały się czymś znaczącym.
Nie to, żeby kiedykolwiek wątpił w to, z czym do niego przychodziła. Cieszyła go myśl, że mogą razem pracować i że jest pierwszą osobą, która widzi efekty jej trudów. Przekartkował notatki, które jakimś cudem odzyskał z jej zniecierpliwionych rąk i znalazł interesujący go fragment, wyciągając rękę do góry, żeby trochę przystopować to powooooolneee móóówieeeniee.
- Roo, mam petryfikacyjne zaniki nerwowe a nie umysłowe ani nie jestem głuchy - prychnął w odpowiedzi, unosząc kącik ust, ale nie podnosząc wzroku od tego, co czytał.
Jak na tak energetyczną osobę prowadziła naprawdę całkiem składne notatki i miała dużo ładniejsze pismo od niego. U niego nie byłoby tak łatwo rozczytać luźne myśli i spostrzeżenia przelane na papier. Miał bardzo zamaszyste lekarskie pismo, kiedy odnotowywał coś w pośpiechu. W listach starał się trochę bardziej a nie miał zbyt wielu okazji ku temu, aby musieć coś kaligrafować. W efekcie był niemal nierozczytywalny. Mimo było dostrzec, że z ich dwójki ona była w tym trochę lepsza.
- Taak - odmruknął w zamyśleniu. - Rzeczywiście nie warto. Należy wyhodować nowe okazy a z tym najlepiej nic teraz nie robić. Ta jest wyjątkowa, bo pierwsza. Resztę możemy testować do woli, kiedy urosną. Przygotuję jakąś listę eliksirów, które mogłyby być tu interesujące do wypróbowania. Powiedzmy jutro w Mungu, jeśli dyżur na to pozwoli? Dostarczę ci ją do rąk własnych do wieczora - obiecał.
Mieli umowę?
Z tym, że tam, gdzie Thomas widział drobne listki, Ambroise widział również kolce. Niewielkie, ale ostre. Wykorzystane w odpowiedni sposób mogły być dyskretną acz zabójczą bronią. W końcu najwięcej morderców było kobietami. Wbrew oficjalnym statystykom - to jasne, bo większość z nich była sprytna i inteligentna. Truła a nie siekała tasakiem.
I choć Ambroise nie widziałby Roselyn w roli mściwej zabójczyni. W żadnym razie nie chciał, żeby była do tego zmuszona przez koleje losu, choć wtedy pewnie zamiast warzyć wspólnie eliksir wiggenowy uczyłby ją o dużo bardziej zabójczych substancjach. Oczywiście, jeśli nie załatwiłby jej problemów na własną rękę. Mimo to czuł się trochę spokojniejszy na myśl, że dziewczyna sobie poradzi.
Szczególnie, że zdarzały się dni, kiedy nie wykluczał, że w jakimś momencie może go zabraknąć albo nie będzie w stanie jej pomóc i będzie to całkowicie poza jego kontrolą. Nie lubił tych myśli. Wolał widzieć ją dokładnie taką jak teraz: podekscytowaną, szczęśliwą, cieszącą się z osiągnięć, które naprawdę okazały się czymś znaczącym.
Nie to, żeby kiedykolwiek wątpił w to, z czym do niego przychodziła. Cieszyła go myśl, że mogą razem pracować i że jest pierwszą osobą, która widzi efekty jej trudów. Przekartkował notatki, które jakimś cudem odzyskał z jej zniecierpliwionych rąk i znalazł interesujący go fragment, wyciągając rękę do góry, żeby trochę przystopować to powooooolneee móóówieeeniee.
- Roo, mam petryfikacyjne zaniki nerwowe a nie umysłowe ani nie jestem głuchy - prychnął w odpowiedzi, unosząc kącik ust, ale nie podnosząc wzroku od tego, co czytał.
Jak na tak energetyczną osobę prowadziła naprawdę całkiem składne notatki i miała dużo ładniejsze pismo od niego. U niego nie byłoby tak łatwo rozczytać luźne myśli i spostrzeżenia przelane na papier. Miał bardzo zamaszyste lekarskie pismo, kiedy odnotowywał coś w pośpiechu. W listach starał się trochę bardziej a nie miał zbyt wielu okazji ku temu, aby musieć coś kaligrafować. W efekcie był niemal nierozczytywalny. Mimo było dostrzec, że z ich dwójki ona była w tym trochę lepsza.
- Taak - odmruknął w zamyśleniu. - Rzeczywiście nie warto. Należy wyhodować nowe okazy a z tym najlepiej nic teraz nie robić. Ta jest wyjątkowa, bo pierwsza. Resztę możemy testować do woli, kiedy urosną. Przygotuję jakąś listę eliksirów, które mogłyby być tu interesujące do wypróbowania. Powiedzmy jutro w Mungu, jeśli dyżur na to pozwoli? Dostarczę ci ją do rąk własnych do wieczora - obiecał.
Mieli umowę?