30.09.2024, 21:32 ✶
Nie powiedział Evelyn o nagłych przyczynach, dla których przestał pojawiać się ze swoją drogą Geraldine, którą miał czasem wrażenie lubiła bardziej od niego. Nie zająknął się o tym, co doprowadziło do tego, że przez następne miesiące zachowywał się znowu jak dwudziestokilkulatek a ona ani razu go o to nie spytała. Nie wiedzieć czemu zdawała się tak po prostu rozumieć - chyba pierwszy i jedyny raz w ciągu ich całej relacji.
Nie traktowała go jak swojego dziecka, które należałoby ukoić i zapewnić o tym, że wszystko miało być w porządku niezależnie od tego, co się stało. Ich relacja nigdy nie wyglądała w ten sposób, choć wychowywała go niemal od małego szczyla. Przynajmniej w teorii, bo wtedy głównie odsyłała go od krewnych do krewnych nie do końca potrafiąc poradzić sobie z rolą młodej żony, która dostała małe dziecko w gratisie do relacji, gdy sama jeszcze była bardzo młoda.
Ich relacja wyglądała bardzo specyficznie. W gruncie rzeczy trudno byłoby uznać, że mogłoby być inaczej, skoro nie dzieliła ich przepaść wiekowa. Zazwyczaj mogło to być dużą zaletą w relacjach międzyludzkich, ale nie w tym przypadku. Nie mogła być jego matką nie tylko przez to, że los tak zrządził albo że nie chciała. Po prostu była na to stanowczo zbyt młoda. Nieprzygotowana do tej roli, radziła sobie całkiem nieźle a on nie był najłatwiejszym dzieckiem.
Mimo to nie oczekiwał od niej nic ponad to, co mu zaoferowała. Smutne, może trochę rozczarowane spojrzenie i dyskrecję. Nie poruszyła tego tematu, nie zadawała pytań, jak na nią to nawet nie próbowała o niczym plotkować a imię Geraldine nigdy więcej nie padło z jej ust. Sama je ocenzurowała. Dała mu więcej przestrzeni niż mógłby po niej oczekiwać. Docenił to, choć nie zmieniło to ich bardzo neutralnych relacji. Nie stali się sobie bliżsi w jego cierpieniu. Był po prostu upoważniony do przeżywania rozstania po swojemu na własnych zasadach. To mu pasowało, wystarczyło.
Nie wiedział i nie chciał wiedzieć czy kobiety utrzymywały jakiekolwiek stosunki. Nie tylko mu się to wydawało, ale widział, że Evelyn żywiła wcześniej jakieś nadzieję co do jego związku. Z goryczą lubił sobie wmówić, że zapewne głównie dlatego, że wtedy byłaby duża szansa, że Ambroise wyprowadzi się z rodzinnej posiadłości. Poniekąd spędzał tu wtedy coraz mniej czasu i częściej zostawał w Londynie a macocha nie mogła mieć wyrzutów sumienia, że robił to z powodów ucieczki w pracę z domu. Układ niemalże idealny, dopóki go nie rozpierdolił.
Teraz był częścią tej posiadłości, szczególnie od momentu, w którym oddał Rosie klucze do londyńskiego mieszkania i nie zażądał ich z powrotem. Jeśli mu je gdziekolwiek zostawiła, kiedy zaczęła pojawiać się w domu to w tym całym burdelu, jaki panował w jego nowym prawieżedomku byłyby niemal niemożliwe do znalezienia. To było miejsce, którego nie pozwalał ruszać skrzatom ani nikomu innemu. Odnajdywał się w tym pozornym chaosie lepiej niż niejeden człowiek w zupełnym porządku.
Tak jak właściwie w tej chwili, potrzebował mieć wszystko porozkładane i dostępne. Ślęcząc nad translacją łacińskiego tekstu z niedawno zakupionej księgi o mniej konwencjonalnym wykorzystaniu roślin (jednym słowem: bardzo nielegalnym, raczej kwestionowalnym moralnie tekstem) niemal nie dosłyszał pukania. Kiedy dotarło do niego, że nie był to wynik szumu w uszach, otrzepał ręce z resztek pyłu ze spalonego kadzidła, które rozpalił w pomieszczeniu zanim zajął się pracą i które to przypadkiem zrzucił łokciem w ostatniej chwili łapiąc podkładkę tuż nad podłogą.
Nie był zadowolony z niespodziewanego towarzystwa. Wyraźnie prosił o to, żeby go nie kłopotano bez potrzeby. Z ciężkim, poirytowanym westchnieniem zsunął książki i notes w szczelinę pod biurkiem i machnął różdżką w kierunku zamkniętych drzwi. Zamek zaskrzypiał i zeskoczył z zasuwy.
- Można wejść - poinformował, choć otwarcie zamka było raczej słyszalne.
Wyprostował się przy biurku rzucając całkiem neutralne spojrzenie w stronę drzwi.
Nie traktowała go jak swojego dziecka, które należałoby ukoić i zapewnić o tym, że wszystko miało być w porządku niezależnie od tego, co się stało. Ich relacja nigdy nie wyglądała w ten sposób, choć wychowywała go niemal od małego szczyla. Przynajmniej w teorii, bo wtedy głównie odsyłała go od krewnych do krewnych nie do końca potrafiąc poradzić sobie z rolą młodej żony, która dostała małe dziecko w gratisie do relacji, gdy sama jeszcze była bardzo młoda.
Ich relacja wyglądała bardzo specyficznie. W gruncie rzeczy trudno byłoby uznać, że mogłoby być inaczej, skoro nie dzieliła ich przepaść wiekowa. Zazwyczaj mogło to być dużą zaletą w relacjach międzyludzkich, ale nie w tym przypadku. Nie mogła być jego matką nie tylko przez to, że los tak zrządził albo że nie chciała. Po prostu była na to stanowczo zbyt młoda. Nieprzygotowana do tej roli, radziła sobie całkiem nieźle a on nie był najłatwiejszym dzieckiem.
Mimo to nie oczekiwał od niej nic ponad to, co mu zaoferowała. Smutne, może trochę rozczarowane spojrzenie i dyskrecję. Nie poruszyła tego tematu, nie zadawała pytań, jak na nią to nawet nie próbowała o niczym plotkować a imię Geraldine nigdy więcej nie padło z jej ust. Sama je ocenzurowała. Dała mu więcej przestrzeni niż mógłby po niej oczekiwać. Docenił to, choć nie zmieniło to ich bardzo neutralnych relacji. Nie stali się sobie bliżsi w jego cierpieniu. Był po prostu upoważniony do przeżywania rozstania po swojemu na własnych zasadach. To mu pasowało, wystarczyło.
Nie wiedział i nie chciał wiedzieć czy kobiety utrzymywały jakiekolwiek stosunki. Nie tylko mu się to wydawało, ale widział, że Evelyn żywiła wcześniej jakieś nadzieję co do jego związku. Z goryczą lubił sobie wmówić, że zapewne głównie dlatego, że wtedy byłaby duża szansa, że Ambroise wyprowadzi się z rodzinnej posiadłości. Poniekąd spędzał tu wtedy coraz mniej czasu i częściej zostawał w Londynie a macocha nie mogła mieć wyrzutów sumienia, że robił to z powodów ucieczki w pracę z domu. Układ niemalże idealny, dopóki go nie rozpierdolił.
Teraz był częścią tej posiadłości, szczególnie od momentu, w którym oddał Rosie klucze do londyńskiego mieszkania i nie zażądał ich z powrotem. Jeśli mu je gdziekolwiek zostawiła, kiedy zaczęła pojawiać się w domu to w tym całym burdelu, jaki panował w jego nowym prawieżedomku byłyby niemal niemożliwe do znalezienia. To było miejsce, którego nie pozwalał ruszać skrzatom ani nikomu innemu. Odnajdywał się w tym pozornym chaosie lepiej niż niejeden człowiek w zupełnym porządku.
Tak jak właściwie w tej chwili, potrzebował mieć wszystko porozkładane i dostępne. Ślęcząc nad translacją łacińskiego tekstu z niedawno zakupionej księgi o mniej konwencjonalnym wykorzystaniu roślin (jednym słowem: bardzo nielegalnym, raczej kwestionowalnym moralnie tekstem) niemal nie dosłyszał pukania. Kiedy dotarło do niego, że nie był to wynik szumu w uszach, otrzepał ręce z resztek pyłu ze spalonego kadzidła, które rozpalił w pomieszczeniu zanim zajął się pracą i które to przypadkiem zrzucił łokciem w ostatniej chwili łapiąc podkładkę tuż nad podłogą.
Nie był zadowolony z niespodziewanego towarzystwa. Wyraźnie prosił o to, żeby go nie kłopotano bez potrzeby. Z ciężkim, poirytowanym westchnieniem zsunął książki i notes w szczelinę pod biurkiem i machnął różdżką w kierunku zamkniętych drzwi. Zamek zaskrzypiał i zeskoczył z zasuwy.
- Można wejść - poinformował, choć otwarcie zamka było raczej słyszalne.
Wyprostował się przy biurku rzucając całkiem neutralne spojrzenie w stronę drzwi.