30.09.2024, 22:11 ✶
To nie był jego najlepszy dzień. Najwidoczniej nie prezentował też sobą najwyższego możliwego poziomu, ponieważ zaledwie w przeciągu godziny porzucił swoją towarzyszkę bez uprzedzenia i zamiaru szybkiego powrotu a następnie pogroził komuś porachowaniem przystojnej buźki. Najwyraźniej i tu przestawał umieć się zachować. Tym razem wcale to nie miało dla niego żadnego znaczenia. Był zmęczony konwenansami. Najpewniej wkrótce znalazłby pretekst do opuszczenia przyjęcia, gdyby nie ruch w peryferiach wzroku.
Uśmiechnął się pod nosem na widok piaskowego stworzonka, którego kształt rozpoznał nawet mimo swojej fatalnej wiedzy na temat świata zwierząt. Rozpoznałby je nawet z odległości. Poza tym to było zaklęcie, które po prostu mu do niej pasowało. Nie było otwartą komunikacją. A jakże. Po prostu nie mogło być, ale zrozumiał aluzję. Chyba nie było z nim aż tak źle a wszystkie ewentualne wyrzuty jakie mogła wobec niego mieć zostały mu chwilowo wybaczone.
Podniósł się, otrzepał z piasku i zignorował chęć dotknięcia skunksa palcem, bo najpewniej mógłby rozsypać go pod najmniejszym naciskiem. Nie znał tego czaru. Nie wiedział jak działało zaklęcie i czy było odporne na coś takiego. Na pewno na powiewy morskiego wiatru i bryzę, bo w pewnym momencie z lekkim zaniepokojeniem spojrzał nań, kiedy mocny podmuch zaskoczył go swoją intensywnością. Namioty załopotały wydając charakterystyczny turkot.
Może nie wszystko rozumiał i nie zawsze chciał rozumieć, ale ten gest był dla Ambroisa jasnym zaproszeniem do podążenia za piaskowym stworkiem. Mógłby tego nie zrobić, ale nie widział ku temu powodu. Wręcz przeciwnie: chciał to zrobić, nawet jeśli mieli spędzić razem czas w milczącym wpatrywaniu się w fale.
Siedziała bardzo blisko styku plaży z wodą. Tak blisko, że już od samego początku widział jej mokrą sukienkę i gołe stropy zanurzone w wilgotnym piasku. Sam przezornie zostawił swoje buty kawałek dalej zanim zbliżył się do niej cichym krokiem zagłuszanym przez szum fal i dźwięk wiatru.
- Moczysz sukienkę? - spytał zamiast powitania, posyłając jej subtelny jak na niego uśmiech, po czym bez słowa kucając, żeby usiąść tuż obok niej.
Może nie tak blisko, że by się zetknęli, ale na tyle, żeby czuć jej obecność. Choć tak naprawdę zawsze ją czuł. Teraz tylko trochę bardziej. Odrobinę masochistycznie - nawet jak na jego pokręcone standardy. Mógłby spokojnie (albo niespokojnie, bo słowo spokojnie nie wchodziło tu w grę) objąć ją ramieniem, gdyby chciał.
- Dobra decyzja, bo jest paskudna - stwierdził po chwili milczenia i wpatrywania się w fale.
Ależ tak. Właśnie tak. Nazwał jej drogą, ekskluzywną sukienkę wyzywającą nie tylko przez to, że miał taką ochotę, ale głównie z prostej i naturalnej przyczyny, że naprawdę była ekstremalnie ohydna. Ktoś inny mógłby powiedzieć coś zupełnie przeciwnego. Najpewniej dostała wiele komplementów tego popołudnia, ale Ambroise miał swoje zdanie. Nie chciał obrazić Geraldine a jedynie zwrócić uwagę na to, jak bardzo ta sukienka do niej nie pasuje.
- Jest strasznie wyzywająca. To nie twój kolor - dopowiedział, jakby mało jej podpadł, ale naprawdę nie miał w tym złych zamiarów a w jego słowach kryła się czułość (tak uwaga, podteksty już się rozpoczęły, a jakże). - Twój jest zielony - dodał, jakby to go miało usprawiedliwić.
To było głupie. Te puste rozmowy. Zupełnie, jakby znowu był gdzieś na końcówce Hogwartu, ale chyba nawet wtedy nie miał aż tylu problemów z dobieraniem słów i nie zachowywał się jak zaczepny szczyl (choć to było trudne do wykluczenia).
Uśmiechnął się pod nosem na widok piaskowego stworzonka, którego kształt rozpoznał nawet mimo swojej fatalnej wiedzy na temat świata zwierząt. Rozpoznałby je nawet z odległości. Poza tym to było zaklęcie, które po prostu mu do niej pasowało. Nie było otwartą komunikacją. A jakże. Po prostu nie mogło być, ale zrozumiał aluzję. Chyba nie było z nim aż tak źle a wszystkie ewentualne wyrzuty jakie mogła wobec niego mieć zostały mu chwilowo wybaczone.
Podniósł się, otrzepał z piasku i zignorował chęć dotknięcia skunksa palcem, bo najpewniej mógłby rozsypać go pod najmniejszym naciskiem. Nie znał tego czaru. Nie wiedział jak działało zaklęcie i czy było odporne na coś takiego. Na pewno na powiewy morskiego wiatru i bryzę, bo w pewnym momencie z lekkim zaniepokojeniem spojrzał nań, kiedy mocny podmuch zaskoczył go swoją intensywnością. Namioty załopotały wydając charakterystyczny turkot.
Może nie wszystko rozumiał i nie zawsze chciał rozumieć, ale ten gest był dla Ambroisa jasnym zaproszeniem do podążenia za piaskowym stworkiem. Mógłby tego nie zrobić, ale nie widział ku temu powodu. Wręcz przeciwnie: chciał to zrobić, nawet jeśli mieli spędzić razem czas w milczącym wpatrywaniu się w fale.
Siedziała bardzo blisko styku plaży z wodą. Tak blisko, że już od samego początku widział jej mokrą sukienkę i gołe stropy zanurzone w wilgotnym piasku. Sam przezornie zostawił swoje buty kawałek dalej zanim zbliżył się do niej cichym krokiem zagłuszanym przez szum fal i dźwięk wiatru.
- Moczysz sukienkę? - spytał zamiast powitania, posyłając jej subtelny jak na niego uśmiech, po czym bez słowa kucając, żeby usiąść tuż obok niej.
Może nie tak blisko, że by się zetknęli, ale na tyle, żeby czuć jej obecność. Choć tak naprawdę zawsze ją czuł. Teraz tylko trochę bardziej. Odrobinę masochistycznie - nawet jak na jego pokręcone standardy. Mógłby spokojnie (albo niespokojnie, bo słowo spokojnie nie wchodziło tu w grę) objąć ją ramieniem, gdyby chciał.
- Dobra decyzja, bo jest paskudna - stwierdził po chwili milczenia i wpatrywania się w fale.
Ależ tak. Właśnie tak. Nazwał jej drogą, ekskluzywną sukienkę wyzywającą nie tylko przez to, że miał taką ochotę, ale głównie z prostej i naturalnej przyczyny, że naprawdę była ekstremalnie ohydna. Ktoś inny mógłby powiedzieć coś zupełnie przeciwnego. Najpewniej dostała wiele komplementów tego popołudnia, ale Ambroise miał swoje zdanie. Nie chciał obrazić Geraldine a jedynie zwrócić uwagę na to, jak bardzo ta sukienka do niej nie pasuje.
- Jest strasznie wyzywająca. To nie twój kolor - dopowiedział, jakby mało jej podpadł, ale naprawdę nie miał w tym złych zamiarów a w jego słowach kryła się czułość (tak uwaga, podteksty już się rozpoczęły, a jakże). - Twój jest zielony - dodał, jakby to go miało usprawiedliwić.
To było głupie. Te puste rozmowy. Zupełnie, jakby znowu był gdzieś na końcówce Hogwartu, ale chyba nawet wtedy nie miał aż tylu problemów z dobieraniem słów i nie zachowywał się jak zaczepny szczyl (choć to było trudne do wykluczenia).