30.09.2024, 22:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.10.2024, 12:13 przez Quintessa Longbottom.)
Tessa miała wszystko zaplanowane.
Już od samego początku — to jest, przydzielenia zadania — plan powoli kiełkował w jej głowie. Potem zaczął rosnąć, piąć się w górę, aż nie rozkwitł do pełnoprawnej i ściśle śledzonej agendy.
Doskonale wiedziała o której stawić się na licytacji. Pamiętała też, aby nie wdawać się w wiele rozmów i nie oglądać za dużo eksponatów, żeby nie zatracić się w aukcyjnym rauszu. Widok tabliczek z numerami i miniaturowych tartaletek czasami potrafił zamącić człowiekowi w głowie. A już szczególnie takiemu, który widuje aukcjonera częściej niż swojego własnego ojca.
I tak jak cudowny projekt ruszył z impetem zaraz po tym, jak przekroczyła próg sali, tak równie prędko i spektakularnie runął, gdy Tessa usłyszała z niedaleka bardzo znajomy głos.
Początkowo była święcie przekonana, że się przesłyszała. W końcu nie było najmniejszej możliwości na to, aby Woody pojawił się właśnie tutaj, dokładnie w tym momencie, kiedy to ona była zajęta tak ważną misją! Chyba, że…
— Chyba sobie, cholera, żartujecie… — wymamrotała złowróżbnie pod nosem, a palce prawej dłoni same zadrżały, szukając znajomego ciężaru papierośnicy. Której jak na złość nie miała pod ręką.
Odwróciła powoli głowę na bok i zacisnęła mimowolnie zęby, obserwując starego Longbottoma. Wszedł do bufetu, jak do siebie, a mocno trzymany ramieniem Creighton najprawdopodobniej oddychał ostatkami powietrza, które jeszcze zaległo mu w płucach.
Nadzieja na to, że może przylgną razem — Ebenezer i Woody — do przeciwległej ściany, z dala od niej, skończyła się tylko na wyobrażeniach. Były mąż najwyraźniej postawił sobie za główny cel doprowadzenie jej do szewskiej pasji.
Musiała jednak pozostać spokojna. Nie mogła pozwolić sobie na jakiekolwiek wybuchy emocji czy choćby nawet szydercze docinki w stronę starego Longbottoma, kiedy byli w miejscu publicznym. Choć, warownia chyba się do tego nie zaliczała. Posiadłość rodu może i chroniła wieloma zaklęciami obronnymi, ale chłodne i wręcz okrutne słowa rozwodników raczej się do tego nie zaliczały.
— Panie Creighton! — zagadnęła w końcu, zachodząc mugola z drugiej strony. — Kiedy to ostatnio się widzieliśmy, hm? Chyba kilka miesięcy temu, gdy zgarnął mi pan sprzed nosa ten cudowny, orzechowy sekretarzyk! Dobrze pana znowu widzieć.
Uśmiechnęła się w ten swój specjalny sposób — z delikatnie rozchylonymi wargami i orękawiczkowaną dłonią przy brodzie. Nie patrzyła ani razu na Clemensa, choć gdy wzięła kolejny wdech i pozwoliła sobie ucałować dłoń na powitanie, posłała mu przelotne spojrzenie.
— Przepraszam, mogę pożyczyć na chwilę pana… przyjaciela? Zapewniam, nie zajmie to całego wieczoru.
Subtelna prośba spotkała się z jak najbardziej pozytywną reakcją.
I tak oto, gdy przesunęła się zgrabnie w stronę byłego męża, gdy zaszeleścił szyfon jej kremowej kreacji, i gdy w końcu wzięła go pod rękę, boleśnie zacisnęła palce na jego przedramieniu.
— Co ty sobie wyobrażasz? — zaczęła ostro. Spojrzała na niego z lekko przymrużonymi oczami, iście spod byka. — Myślisz, że możesz od tak przeszkadzać mi w chwili, gdy wypełniam zadanie od…
Wzięła głębszy wdech, mnąc w ustach to, co właśnie prawie powiedziała. Odetchnęła głęboko, palcami sięgając do nasady nosa, jakby powoli łapała ją migrena.
— Co tutaj robisz, Woodrow?
Już od samego początku — to jest, przydzielenia zadania — plan powoli kiełkował w jej głowie. Potem zaczął rosnąć, piąć się w górę, aż nie rozkwitł do pełnoprawnej i ściśle śledzonej agendy.
Doskonale wiedziała o której stawić się na licytacji. Pamiętała też, aby nie wdawać się w wiele rozmów i nie oglądać za dużo eksponatów, żeby nie zatracić się w aukcyjnym rauszu. Widok tabliczek z numerami i miniaturowych tartaletek czasami potrafił zamącić człowiekowi w głowie. A już szczególnie takiemu, który widuje aukcjonera częściej niż swojego własnego ojca.
I tak jak cudowny projekt ruszył z impetem zaraz po tym, jak przekroczyła próg sali, tak równie prędko i spektakularnie runął, gdy Tessa usłyszała z niedaleka bardzo znajomy głos.
Początkowo była święcie przekonana, że się przesłyszała. W końcu nie było najmniejszej możliwości na to, aby Woody pojawił się właśnie tutaj, dokładnie w tym momencie, kiedy to ona była zajęta tak ważną misją! Chyba, że…
— Chyba sobie, cholera, żartujecie… — wymamrotała złowróżbnie pod nosem, a palce prawej dłoni same zadrżały, szukając znajomego ciężaru papierośnicy. Której jak na złość nie miała pod ręką.
Odwróciła powoli głowę na bok i zacisnęła mimowolnie zęby, obserwując starego Longbottoma. Wszedł do bufetu, jak do siebie, a mocno trzymany ramieniem Creighton najprawdopodobniej oddychał ostatkami powietrza, które jeszcze zaległo mu w płucach.
Nadzieja na to, że może przylgną razem — Ebenezer i Woody — do przeciwległej ściany, z dala od niej, skończyła się tylko na wyobrażeniach. Były mąż najwyraźniej postawił sobie za główny cel doprowadzenie jej do szewskiej pasji.
Musiała jednak pozostać spokojna. Nie mogła pozwolić sobie na jakiekolwiek wybuchy emocji czy choćby nawet szydercze docinki w stronę starego Longbottoma, kiedy byli w miejscu publicznym. Choć, warownia chyba się do tego nie zaliczała. Posiadłość rodu może i chroniła wieloma zaklęciami obronnymi, ale chłodne i wręcz okrutne słowa rozwodników raczej się do tego nie zaliczały.
— Panie Creighton! — zagadnęła w końcu, zachodząc mugola z drugiej strony. — Kiedy to ostatnio się widzieliśmy, hm? Chyba kilka miesięcy temu, gdy zgarnął mi pan sprzed nosa ten cudowny, orzechowy sekretarzyk! Dobrze pana znowu widzieć.
Uśmiechnęła się w ten swój specjalny sposób — z delikatnie rozchylonymi wargami i orękawiczkowaną dłonią przy brodzie. Nie patrzyła ani razu na Clemensa, choć gdy wzięła kolejny wdech i pozwoliła sobie ucałować dłoń na powitanie, posłała mu przelotne spojrzenie.
— Przepraszam, mogę pożyczyć na chwilę pana… przyjaciela? Zapewniam, nie zajmie to całego wieczoru.
Subtelna prośba spotkała się z jak najbardziej pozytywną reakcją.
I tak oto, gdy przesunęła się zgrabnie w stronę byłego męża, gdy zaszeleścił szyfon jej kremowej kreacji, i gdy w końcu wzięła go pod rękę, boleśnie zacisnęła palce na jego przedramieniu.
— Co ty sobie wyobrażasz? — zaczęła ostro. Spojrzała na niego z lekko przymrużonymi oczami, iście spod byka. — Myślisz, że możesz od tak przeszkadzać mi w chwili, gdy wypełniam zadanie od…
Wzięła głębszy wdech, mnąc w ustach to, co właśnie prawie powiedziała. Odetchnęła głęboko, palcami sięgając do nasady nosa, jakby powoli łapała ją migrena.
— Co tutaj robisz, Woodrow?
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you