Nie było nic nadzwyczajnego w tym, że ona aż za bardzo analizowała sytuację, że myślała o rzeczach, gdy Sauriel miał po prostu błogą pustkę w głowie. Można by powiedzieć – ot, normalna sprawa i w pewien sposób zbiegali się po drodze uzupełniając wzajemnie. Victoria była czasami aż do przesady kobieca pod pewnymi względami, by pod innymi kompletnie odbiegać od tych utartych schematów i tak samo było z Saurielem – czasami do bólu typowy facet, a czasami… zwłaszcza humorzasty jak baba przed okresem.
– Kiedyś umiałam. Nie robię tego od lat, wyszłam z wprawy zupełnie – nie nosiła ze sobą wahadła, a w pamięci teraz to już bardzo rzadko coś komuś miała ochotę zamieszać, więc i nic dziwnego, że nieszlifowana umiejętność gdzieś tam zanikła. Pewnie gdyby poćwiczyła, przypomniała sobie, jak to robić, to udałoby jej się znowu z wprawą czyścić ludzką pamięć, ale prawdę mówiąc… bardziej w zgodzie z samą sobą czuła się bez tego. Sama nie chciała, by ktokolwiek ruszał jej umysł i pamięć, hipokryzją więc byłoby, gdyby na co dzień robiła to innym. – Mówiłam ci chyba? Że nie umiałam się w szkole zdecydować, jaki zawód dla siebie wybrać? Czy nie mówiłam? – wydawało jej się, że mu mówiła, że znajomi byli pewni, że pójdzie do Wizengamotu, ale Lestrange miotała się, nie potrafiąc powiedzieć, co tak n a p r a w d ę ją interesuje. Co chciałaby robić, gdzie było jej tak zwane powołanie, a to, że każdy członek rodziny chciał od niej czegoś innego, też w niczym nie pomagało (ale tego akurat faktycznie mogła mu nie mówić… nie była pewna). – W każdym razie wybrałam Czarodziejskie Pogotowie Ratunkowe, bo myślałam, że to taki światły cel, wiesz. Pomagać w razie wypadków i chronić kodeks tajności przed mugolami, bla bla bla bla. A potem obrót do góry nogami i BUM, a potem trzy lata szkolenia i oto jestem – Sauriel poznał ją, gdy była już przy końcu swojego szkolenia, tuż przed ostatnimi egzaminami na aurora. I niby babrała się w tym od ponad trzech lat, to jakoś… Nie, nie pasowało to do niej, prawda? Gdzieś był zgrzyt z jej powolną fasadą i analitycznym umysłem, który ciągle tworzył sytuacje i możliwe rozwiązania. – Nad Nokturnem? – puściła mimo uszu to, że go nie rozliczali, bo chyba oboje mieli świadomość, że to cholerna nieprawda, nawet jeśli był najemnikiem… Nadal był też pracownikiem Ministerstwa, co pewnie wielu wprawiłoby w zdziwienie – on i te kontakty z wampirami… Jeśli o ten nieszczęsny tatuaż chodziło, to i na to miała pewien pomysł w głowie, chociaż ten jeszcze do końca nie wykiełkował. Ale chciała zrobić maść, która nałożona będzie się stapiać z kolorem skóry i zakrywać to, co ma zakryć… Ale najpierw eliksiry. Tak. – Właściwie to czemu mam nie uwierzyć? – Erik był… rzucał się w oczy, był popularny, przystojny, miał swoich wielbicieli. Brenna wyznała jej niedawno, że to wielka szkoda, że Victoria i Erik się ze sobą nie spiknęli, ale każde z nich poszło w swoją stronę. – Erik to ten spokojniejszy z rodzeństwa. Ma z Brenną niezłe urwanie głowy, zawsze miał – wyznała, przypominając sobie, co potrafiła z Brenną odkurwiać za dzieciaka. Heh… NADAL potrafiły. A włamywanie się do mieszkania sąsiada to tylko wierzchołek góry lodowej. – Nie jesteś chujowym nauczycielem, tylko tak sobie wmawiasz. I mnie nie posrało, wypraszam sobie – obruszyła się niemalże. NIEMALŻE. – I co? Nie chcesz pobawić się w instruktora? Móc bezkarnie nawrzeszczeć na tego i owego? – zachichotała, wyobrażając sobie, jak poprawia ludzi, bo „nie, chujowo to robisz, tak trzeba” albo „w dupie byłeś i gówno widziałeś, źle trzymasz różdżkę”. – Erik nie jest typem, który bezmyślnie coś robi albo mówi, więc musiał mieć ku temu jakiś powód. Musiałeś zrobić wrażenie – dodała zaraz znacznie spokojniej.
– Bo się zawsze krzywisz, jak używam podwórkowego języka! – wyrzuciła mu, choć to wcale jej do tej pory nie powstrzymywało i wcale się nie zawahała właśnie z tego powodu. Przemoc! Przemoc domowa się właśnie działa, ręka mu odpadała, bo Victoria, która trzymała poduszkę za ucho, przywaliła nią Saurielowi, a potem dołączyła do tego drugą rękę, żeby już pewniej złapać narzędzie zbrodni i pacnąć nim Sauriela raz jeszcze, najlepiej żeby skapitulował i się przewrócił na kanapę, a nie siedział niewzruszony. Truskaweczka była bardzo miłym określeniem, które trochę rozchmurzyło ten jej nastrój (kolejna z rzeczy). Victoria teraz już klęczała na kanapie, szlafrok siłą rzeczy trochę zsunął się z ramion, ale to nic. Za chwilę i ona się uspokoiła i usiadła na swoich nogach. – Tak myślisz? – uśmiechnęła się blado. – Ja też tak myślę. Nigdy nie wiązałam z tym zawodem całego mojego życia – a że jej nie służyło… No tak. Nie dało się ukryć. Coraz częściej zastanawiała się, czy po prosu nie walnąć wypowiedzenia i złożyć podanie do na przykład Departamentu Tajemnic. Miała przeczucie, że wzięliby tam taki okaz jak ona z pocałowaniem ręki: Ta, Która Weszła Do Limbo i Wróciła. – Ale ostatnio jest gorzej, dużo gorzej – dodała ciszej.