30.09.2024, 22:49 ✶
Uniósł brew na widok jej dzisiejszego stroju, ale nijak go nie skomentował. Lubił tę koszulę i zdarzyło mu się pomyśleć o tym, gdzie ją zgubił a może czy nie zginęła skrzatce podczas prania lub w innych dziwnych okolicznościach. Raz zdarzyło mu się nawet wysnuć podejrzenie w stosunku do Roselyn, która do swojej szklarni czasami zabierała jego elementy garderoby w różnych celach (niekoniecznie do noszenia, ale czasami na przykład do przetarcia podłogi pod butem) nazywając je wycieruchami nawet wtedy, kiedy były całkiem dobre. Ta była całkiem dobra. Tak właściwie to zajebista, ale nie do końca to przeniknęło mu przez myśl, kiedy pomyślał o stracie z nią związanej.
Szybko się jednakże zreflektował. Akurat w czas, żeby spotkać się spojrzeniami z Geraldine i kiwnąć do niej głową na powitanie. Był neutralny. Przynajmniej na ten moment. Nie wstał, ale odsunął się na krześle, żeby mieć przed sobą więcej przestrzeni. Wbrew ich wcześniejszym interakcjom przeszło mu przez myśl to czy powinien uściskać ją na powitanie albo chociaż podać jej rękę, bo ucałowanie wierzchu dłoni było zarazem nie na miejscu i nie w jej stylu. Zrezygnował z każdej z tych opcji. Po prostu kiwnął tą głową nie unosząc kącików ust ani nie dając do zrozumienia, że cieszył się na jej widok.
Prawdę mówiąc był dość zdziwiony tą wizytą. Od ich ostatniego spotkania minęło dużo czasu, wydarzyło się wiele rzeczy. Zapewne zarówno u niej tak jak i u niego. Powoli zaczął nawet kwestionować to czy nie powinien sam się do niej odezwać, bo ona mogła spróbować go spławić lub wziąć na przeczekanie, ale ostatecznie za każdym razem się z tym wstrzymywał. Mniej więcej orientował się, że nadal żyła, bo raz na jakiś czas zdarzało mu się świadczyć jej młodszemu bratu jakieś krwiste przysługi.
Niby nie musiał tego robić i w gruncie rzeczy miał Astarotha daleko gdzieś. Jak dla niego to wampir mógłby zdechnąć gdzieś jak zmumifikowany szczur, ale to był jego dyskretny sposób na pokazanie, że nadal kręcił się gdzieś tam w okolicy. Jak łowny kot przynosił myszy na wycieraczkę tak on od czasu do czasu podrzucał tam torebki z krwawą zawartością. Nie wiedział czy wiedziała. Nie zamierzał o to pytać.
Tak właściwie to nie planował być pierwszą osobą, która odezwałaby się tego dnia. Co prawda był tu gospodarzem, ale nie spodziewał się gości. Raczej na to wyglądał, bo jeden z nielicznych razów miał na sobie mniej eleganckie, luźniejsze ubrania okopcone pyłem i wymazane gdzieniegdzie roślinnym sokiem. Ten ostatni miał nawet gdzieś na policzku, bo chwilę wcześniej odruchowo podrapał się po zaroście, ale nie kłopotał się starciem tego, bo to oznaczałoby, że musiałby wstać od tego, co robił. A on był bardzo zajęty analizowaniem tekstów i jednoczesnymi próbami łączenia odszyfrowanych składników.
Teraz na blacie leżały wyłącznie te ostatnie. Przezornie pospiesznie sprzątnął wszystkie woluminy i papiery a dla laika te wszystkie zioła i rośliny nie powinny wyglądać podejrzanie. Co innego dla magibotanika, ale Geraldine przecież nim nie była. Z czystego dbania o własne interesy wolał jej nie pokazywać tego, czym zdarzało mu się zajmować. Jasne. Wiedziała o nim bardzo wiele. Więcej niż ktokolwiek inny, ale to był ten rodzaj sztuk, którymi nie zajmował się przy niej. Tak. Już wtedy podjął swoje pierwsze kroki na tej ścieżce. Głównie w celu poradzenia sobie z ciążącą nad nimi klątwą, której nie byli w stanie złamać i z którą nauczyli się żyć (a może umierać? ich relacja przypominała powolne umieranie; słodkie, ale tragiczne).
Co więcej teraz zaczynał skłaniać się ku teoriom, że jej pierwsze podejrzenia były prawdziwe i nigdy nie istniała żadna klątwa tylko po prostu byli parą pogubionych, zbyt podobnych do siebie ludzi działających na siebie z destrukcyjnym przyciąganiem i podsycającym swoje manie. Im bardziej zapoznawał się z tajemnymi sztukami tym bardziej myślał, że mogli się gdzieś pomylić. Nie mówiąc o tym, że cały ich związek nosił znajoma bolesnej pomyłki, bo tego nie chciał przyznać przez wzgląd na mnogość tych dobrych chwil, choć na to wyglądało. Tak czy inaczej, nie pragnął uświadamiać swojego gościa o tym, że mniej więcej od momentu ich końca rzucił się na głęboką wodę w to, co kiedyś tylko lekko go przyciągało i miało być pod jego kontrolą.
Nie było.
On tego nie dostrzegał a ona nie miała go o tym uświadomić, bo byli dla siebie niemal obcy. Znajomi nieznajomi. Chciał być dla niej w tych kłopotach, w które teraz wpadła, ale przecież obiecał, że później się odsunie. Potrafili się skutecznie unikać. Mimo dzielenia tego samego miasta i pewnego grona znajomych, współpracowników bądź nawet przyjaciół, jakimś cudem udawało im się nie wpaść na siebie przez blisko rok. Na początku go to bolało. Jasne, to on odszedł i to w naprawdę kiepski sposób, ale ona nawet nie próbowała temu zapobiec.
Jak teraz żyła? Poza wiadomym złem wcielonym, które próbowało zagarnąć jej życie. Czy kiedykolwiek o nim myślała? Czy była tak samo oziębła jak on czy może po prostu zimna i obojętna. Bo on... ...on starał się grać. Był wybitnym aktorem na scenie w swoim dramacie. Mimo, że wewnątrz coś się w nim zwijało. Z zewnątrz był opanowany, wyluzowany. Był u siebie i chciał jak najszybciej załatwić sprawę, żeby wrócić do przerwanych czynności.
- Wal - powiedział, choć w przypadku ich obecnych stosunków był to dosyć kiepski dobór słowa.
Mimo to wskazał jej ręka skórzaną kanapę a sam obrócił się do niej na krześle, kładąc łokcie na rozszerzonych kolanach i opierając na nich ciężar ciała.
Szybko się jednakże zreflektował. Akurat w czas, żeby spotkać się spojrzeniami z Geraldine i kiwnąć do niej głową na powitanie. Był neutralny. Przynajmniej na ten moment. Nie wstał, ale odsunął się na krześle, żeby mieć przed sobą więcej przestrzeni. Wbrew ich wcześniejszym interakcjom przeszło mu przez myśl to czy powinien uściskać ją na powitanie albo chociaż podać jej rękę, bo ucałowanie wierzchu dłoni było zarazem nie na miejscu i nie w jej stylu. Zrezygnował z każdej z tych opcji. Po prostu kiwnął tą głową nie unosząc kącików ust ani nie dając do zrozumienia, że cieszył się na jej widok.
Prawdę mówiąc był dość zdziwiony tą wizytą. Od ich ostatniego spotkania minęło dużo czasu, wydarzyło się wiele rzeczy. Zapewne zarówno u niej tak jak i u niego. Powoli zaczął nawet kwestionować to czy nie powinien sam się do niej odezwać, bo ona mogła spróbować go spławić lub wziąć na przeczekanie, ale ostatecznie za każdym razem się z tym wstrzymywał. Mniej więcej orientował się, że nadal żyła, bo raz na jakiś czas zdarzało mu się świadczyć jej młodszemu bratu jakieś krwiste przysługi.
Niby nie musiał tego robić i w gruncie rzeczy miał Astarotha daleko gdzieś. Jak dla niego to wampir mógłby zdechnąć gdzieś jak zmumifikowany szczur, ale to był jego dyskretny sposób na pokazanie, że nadal kręcił się gdzieś tam w okolicy. Jak łowny kot przynosił myszy na wycieraczkę tak on od czasu do czasu podrzucał tam torebki z krwawą zawartością. Nie wiedział czy wiedziała. Nie zamierzał o to pytać.
Tak właściwie to nie planował być pierwszą osobą, która odezwałaby się tego dnia. Co prawda był tu gospodarzem, ale nie spodziewał się gości. Raczej na to wyglądał, bo jeden z nielicznych razów miał na sobie mniej eleganckie, luźniejsze ubrania okopcone pyłem i wymazane gdzieniegdzie roślinnym sokiem. Ten ostatni miał nawet gdzieś na policzku, bo chwilę wcześniej odruchowo podrapał się po zaroście, ale nie kłopotał się starciem tego, bo to oznaczałoby, że musiałby wstać od tego, co robił. A on był bardzo zajęty analizowaniem tekstów i jednoczesnymi próbami łączenia odszyfrowanych składników.
Teraz na blacie leżały wyłącznie te ostatnie. Przezornie pospiesznie sprzątnął wszystkie woluminy i papiery a dla laika te wszystkie zioła i rośliny nie powinny wyglądać podejrzanie. Co innego dla magibotanika, ale Geraldine przecież nim nie była. Z czystego dbania o własne interesy wolał jej nie pokazywać tego, czym zdarzało mu się zajmować. Jasne. Wiedziała o nim bardzo wiele. Więcej niż ktokolwiek inny, ale to był ten rodzaj sztuk, którymi nie zajmował się przy niej. Tak. Już wtedy podjął swoje pierwsze kroki na tej ścieżce. Głównie w celu poradzenia sobie z ciążącą nad nimi klątwą, której nie byli w stanie złamać i z którą nauczyli się żyć (a może umierać? ich relacja przypominała powolne umieranie; słodkie, ale tragiczne).
Co więcej teraz zaczynał skłaniać się ku teoriom, że jej pierwsze podejrzenia były prawdziwe i nigdy nie istniała żadna klątwa tylko po prostu byli parą pogubionych, zbyt podobnych do siebie ludzi działających na siebie z destrukcyjnym przyciąganiem i podsycającym swoje manie. Im bardziej zapoznawał się z tajemnymi sztukami tym bardziej myślał, że mogli się gdzieś pomylić. Nie mówiąc o tym, że cały ich związek nosił znajoma bolesnej pomyłki, bo tego nie chciał przyznać przez wzgląd na mnogość tych dobrych chwil, choć na to wyglądało. Tak czy inaczej, nie pragnął uświadamiać swojego gościa o tym, że mniej więcej od momentu ich końca rzucił się na głęboką wodę w to, co kiedyś tylko lekko go przyciągało i miało być pod jego kontrolą.
Nie było.
On tego nie dostrzegał a ona nie miała go o tym uświadomić, bo byli dla siebie niemal obcy. Znajomi nieznajomi. Chciał być dla niej w tych kłopotach, w które teraz wpadła, ale przecież obiecał, że później się odsunie. Potrafili się skutecznie unikać. Mimo dzielenia tego samego miasta i pewnego grona znajomych, współpracowników bądź nawet przyjaciół, jakimś cudem udawało im się nie wpaść na siebie przez blisko rok. Na początku go to bolało. Jasne, to on odszedł i to w naprawdę kiepski sposób, ale ona nawet nie próbowała temu zapobiec.
Jak teraz żyła? Poza wiadomym złem wcielonym, które próbowało zagarnąć jej życie. Czy kiedykolwiek o nim myślała? Czy była tak samo oziębła jak on czy może po prostu zimna i obojętna. Bo on... ...on starał się grać. Był wybitnym aktorem na scenie w swoim dramacie. Mimo, że wewnątrz coś się w nim zwijało. Z zewnątrz był opanowany, wyluzowany. Był u siebie i chciał jak najszybciej załatwić sprawę, żeby wrócić do przerwanych czynności.
- Wal - powiedział, choć w przypadku ich obecnych stosunków był to dosyć kiepski dobór słowa.
Mimo to wskazał jej ręka skórzaną kanapę a sam obrócił się do niej na krześle, kładąc łokcie na rozszerzonych kolanach i opierając na nich ciężar ciała.