30.09.2024, 23:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.09.2024, 23:30 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Może nie odniósł się na głos do tego zaproszenia, ale cieszył się, że postanowiła wysłać do niego piaskowego skunksa, który spełnił swą powinność i rozsypał się w jej palcach kończąc życie rozwiany w morskiej bryzie. To była całkiem dobra śmierć dla posłańca. Zazwyczaj zabijano ich w dużo gorszy sposób. Geraldine ewidentnie była dziś łaskawa, może i jemu miało się skapnąć trochę jej ugodowości. Być może mogli tu posiedzieć razem i po prostu pomilczeć bez konkretnego powodu? Oczywiście, jak tylko wymienią pierwsze uprzejmości, które w jego wydaniu były lekko... ...niekonwencjonalne.
- Stara wiedźma nie chciała sama tego założyć tylko pozwoliła tobie? Urzekające - Spytał żartobliwie unosząc brew.
Nie to, że nie lubił Jennifer. Jak dotąd była dla niego idealnie miła i kulturalna. W żadnym razie nie dała mu do zrozumienia, że może być tą jedzą, którą opisywała mu Geraldine. Wręcz przeciwnie. Gdyby nie słowa Yaxleyówny uznałby żonę Gerarda za wyjątkowo neutralną osobę. Może nie emanującą ciepłem albo rodzinnością i troską (no, przynajmniej poza tym co widział u niej bezpośrednio po wypadku córki), ale raczej nie przesadnie odpychającą. Z drugiej strony całkowicie wierzył swojej przyjaciółce, że to najpewniej były wyłącznie pozory a on jeszcze nie pojawiał się u nich w posiadłości na tyle często, żeby zostać uznanym za członka rodziny i niezaprzeczalnie zgnojonym. Na ten moment był głównie ich prywatnym uzdrowicielem. Miał posłuch i szacunek, nawet jeśli często wyłącznie pozorny.
- Znowu próbujesz wywołać u mnie pąs i znowu muszę cię uprzedzić, że ci się to nie uda - odpowiedział z pozoru lekko i przyjacielsko, czyli dokładnie zgodnie z tym jak go przed chwilą nazwała.
Na każdym kroku musieli to sobie podkreślać, jakby to słowo stanowiło jakąś magiczną barierę albo po prostu brzmiało tak dobrze, że nie mogli powstrzymać się od wypowiadania go. Żadna z tych rzeczy nie była ani trochę zbliżona do prawdy. Nawet w najmniejszym stopniu. Wolałby przełknąć kilka butelek Szkiele-Wzro bez przepicia tego wodą niż z satysfakcją nazwać ją swoją dobrą przyjaciółką, a jednak pozwalał jej robić to samo w stosunku do siebie.
- Poza tym, czy ja wiem - zaczął, ale postanowił po prostu skorzystać z darmowej opcji zamknięcia mordy, skoro istniała.
Ostatnio korzystał z niej wyjątkowo często. Może aż nazbyt. Miał wrażenie, że nazbyt i to odbija mu się coraz bardziej duszącą czkawką. Coś, jakby przy okazji miał jeszcze permanentną zgagę, migrenę i migotanie przedsionków. Mimo to postanowił chwilowo dać sobie spokój z wyciąganiem tego, że przed chwilą miała ewidentnie inne zdanie, skoro tak ochoczo flirtowała z dwoma bogatymi dupkami na raz. Pewnie w ogóle by to pominął, żeby nie dorzucać im kolejnych niezręczności prowadzących do niedomówień, gdyby ona nie wyciągnęła Yvette Delacour jak biało-beżowego króliczka z kapelusza.
- Gdzieś na pomoście - luźno machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku, w którym powinien być wspomniany pomost, po czym wzruszył ramionami. - Jeśli mam być szczery: nie martwię się, że ją zgubię. Nie odejdzie daleko utykając tam szpilkami przy każdym kroku - uśmiechnął się pod nosem.
Teraz to chwilowo nie był jego problem. Przez kilka chwil mógł nie czuć się jak sztywniak na oficjalnym przyjęciu tylko po prostu, jakby byli dwójką samotnych ludzi siedzących razem na plaży i podziwiających wszechmiar morza.
- Nie spytam może jak tam Flip i Flap, bo tak się składa, że teoretycznie już to wiem - przyznał nawiązując do postaci granych przez dwóch amerykańskich czarodziejów w jakimś pokracznym teatrzyku dla mugoli, z którego zrobili się całkiem znani w tamtym świecie i pogardzani w tym.
- Za to chętnie dowiem się, który miał większe szanse - tak, igrał z ogniem, bo wcale nie chciał tego słyszeć, ale tym razem był zupełnie pewien, że żaden z chłystków nie miał dostać tego, o czym obaj marzyli. Ambroise sam o to zadbał. - Flip? A może Flap?
- Stara wiedźma nie chciała sama tego założyć tylko pozwoliła tobie? Urzekające - Spytał żartobliwie unosząc brew.
Nie to, że nie lubił Jennifer. Jak dotąd była dla niego idealnie miła i kulturalna. W żadnym razie nie dała mu do zrozumienia, że może być tą jedzą, którą opisywała mu Geraldine. Wręcz przeciwnie. Gdyby nie słowa Yaxleyówny uznałby żonę Gerarda za wyjątkowo neutralną osobę. Może nie emanującą ciepłem albo rodzinnością i troską (no, przynajmniej poza tym co widział u niej bezpośrednio po wypadku córki), ale raczej nie przesadnie odpychającą. Z drugiej strony całkowicie wierzył swojej przyjaciółce, że to najpewniej były wyłącznie pozory a on jeszcze nie pojawiał się u nich w posiadłości na tyle często, żeby zostać uznanym za członka rodziny i niezaprzeczalnie zgnojonym. Na ten moment był głównie ich prywatnym uzdrowicielem. Miał posłuch i szacunek, nawet jeśli często wyłącznie pozorny.
- Znowu próbujesz wywołać u mnie pąs i znowu muszę cię uprzedzić, że ci się to nie uda - odpowiedział z pozoru lekko i przyjacielsko, czyli dokładnie zgodnie z tym jak go przed chwilą nazwała.
Na każdym kroku musieli to sobie podkreślać, jakby to słowo stanowiło jakąś magiczną barierę albo po prostu brzmiało tak dobrze, że nie mogli powstrzymać się od wypowiadania go. Żadna z tych rzeczy nie była ani trochę zbliżona do prawdy. Nawet w najmniejszym stopniu. Wolałby przełknąć kilka butelek Szkiele-Wzro bez przepicia tego wodą niż z satysfakcją nazwać ją swoją dobrą przyjaciółką, a jednak pozwalał jej robić to samo w stosunku do siebie.
- Poza tym, czy ja wiem - zaczął, ale postanowił po prostu skorzystać z darmowej opcji zamknięcia mordy, skoro istniała.
Ostatnio korzystał z niej wyjątkowo często. Może aż nazbyt. Miał wrażenie, że nazbyt i to odbija mu się coraz bardziej duszącą czkawką. Coś, jakby przy okazji miał jeszcze permanentną zgagę, migrenę i migotanie przedsionków. Mimo to postanowił chwilowo dać sobie spokój z wyciąganiem tego, że przed chwilą miała ewidentnie inne zdanie, skoro tak ochoczo flirtowała z dwoma bogatymi dupkami na raz. Pewnie w ogóle by to pominął, żeby nie dorzucać im kolejnych niezręczności prowadzących do niedomówień, gdyby ona nie wyciągnęła Yvette Delacour jak biało-beżowego króliczka z kapelusza.
- Gdzieś na pomoście - luźno machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku, w którym powinien być wspomniany pomost, po czym wzruszył ramionami. - Jeśli mam być szczery: nie martwię się, że ją zgubię. Nie odejdzie daleko utykając tam szpilkami przy każdym kroku - uśmiechnął się pod nosem.
Teraz to chwilowo nie był jego problem. Przez kilka chwil mógł nie czuć się jak sztywniak na oficjalnym przyjęciu tylko po prostu, jakby byli dwójką samotnych ludzi siedzących razem na plaży i podziwiających wszechmiar morza.
- Nie spytam może jak tam Flip i Flap, bo tak się składa, że teoretycznie już to wiem - przyznał nawiązując do postaci granych przez dwóch amerykańskich czarodziejów w jakimś pokracznym teatrzyku dla mugoli, z którego zrobili się całkiem znani w tamtym świecie i pogardzani w tym.
- Za to chętnie dowiem się, który miał większe szanse - tak, igrał z ogniem, bo wcale nie chciał tego słyszeć, ale tym razem był zupełnie pewien, że żaden z chłystków nie miał dostać tego, o czym obaj marzyli. Ambroise sam o to zadbał. - Flip? A może Flap?