01.10.2024, 00:07 ✶
Nie zaproponował Geraldine niczego do picia. Nawet o tym nie pomyślał, kiedy wskazał jej kanapę, na której mogła usiąść. Całkiem czystą, nie zachlapaną eliksirami i nie zawaloną papierami, odczynnikami czy roślinami albo czymkolwiek innym. To było chyba najczystsze miejsce w zadziwiająco przestronnym pomieszczeniu. Pełnym roślin doniczkowych, które przestawił tu ze swojej szklarni w ramach nielicznych ozdób dla gołych ścian pomalowanych ciemnozieloną farbą i drewniano-kamiennej podłogi. Z zewnątrz wszystko wyglądało dużo mniej zachęcająco. Wewnątrz było zdecydowanie bardziej przytulnie. Może nie czysto, ale to też nie z uwagi na brud (nie był fleją w żadnym znaczeniu tego słowa) tylko jego poukładany naukowy chaos.
Miał nawet grube ciemne zasłony przy całkiem licznych oknach. Głównie po to, żeby dodatkowo zasłaniać się przed niechcianymi oczami zamiast posiłkować się tylko zaklęciami. Nie, żeby ktoś często pałętał się po tej części ich terenów, szczególnie tak blisko Kniei po ostatnich wydarzeniach. Mimo to bardzo dbał o swoją prywatność. Szczególnie ostatnio, kiedy przeznaczał masę czasu na zgłębianie pism.
To była jego samotnia. Miewał tu różnego rodzaju gości, ale niezbyt często. Większość z nich, szczególnie te tymczasowe osoby przyjmował (ku utrapieniu Evelyn) w prywatnej części oficjalnego budynku, którą nadal nie do końca opróżnił. Trochę z uwagi na swoje niecodzienne zainteresowania, częściowo z lenistwa i dla wygody a w dużej mierze z uwagi na to, że nie chciał bezcześcić swojego nowego głównego miejsca na świecie poza Mungiem. Urządził tu sobie całkiem wygodną jaskinię. Musiał tylko uważać, żeby nie stać się przy tym wielkim pająkiem ani samemu nie wpaść w żadną sieć.
Choć może już to zrobił? Bez wahania zaangażował się w sprawy, które nie powinny zaprzątać mu głowy. Geraldine nie była już jego. Cokolwiek między nimi było wyniosło się dawno temu a przynajmniej tak wolał twierdzić. Taka była ta oficjalna wersja. Nie chciał rozważać teraz tej nieoficjalnej będąc zbyt samoświadomy pod tym kątem. Wystarczyło, że chciał to dla niej zrobić. Być dla niej ogarem piekielnym w walce o spokój i wytchnienie. W ciągu jednej chwili został narzędziem w jej walce, nawet jeśli nie lubił wydźwięku tego określenia, bo był tylko swoim człowiekiem podejmującym własne decyzje i działającym wyłącznie w zgodzie ze sobą. Nie chciał, żeby ktoś nim sterował.
- Gdyby nie to, że rozmawiamy o jeszcze większym podstępnym skurwysynie nawet by mnie to nie zdziwiło - wtrącił trochę niepotrzebnie, ale takie były fakty: sam nie tak dawno próbował ukrócić żałosną egzystencję najmłodszego Yaxleya, więc czuł się jak najbardziej uprawniony do tego, żeby zasugerować, że mniej byłby zaskoczony, gdyby ktoś nie próbował zabić irytującego krwiopijcy.
Z całym szacunkiem do Geraldine, nadal nie miał zbyt wiele szacunku i sympatii do Astarotha. O ironio, bo o ile jego i Geraldine relacja zaczęła się od wzniesień i upadków, o tyle z Astarothem wcześniej nawet neutralnie się lubił. Na tyle na ile lekarz mógł lubić swojego pacjenta.
- Cieszę się, że wszystko z nim w porządku - odezwał się po chwili, żeby trochę złagodzić wcześniejsze słowa, choć wewnątrz miał to nieodmiennie w dupie.
To kiedyś był jego pacjent. Faktycznie. W tym momencie uległo to diametralnej zmianie. Nie lubił gnojka a to, że od czasu do czasu coś mu tam pomagał było spowodowane wyłącznie obawą o brak kontroli nad głosem u Yaxleya, który w dalszym ciągu mieszkał u swojej siostry i mógł zrobić jej krzywdę, jeśli będzie głodny.
Ambroise luźno odnotował w głowie, żeby w którejś kolejnej notatce niewybrednie zasugerować Astarothowi konieczność wyprowadzki w miejsce dogodniejsze do polowań. Na przykład do bezdomnych przy dokach nad Tamizą.
Chętnie zrobiłby to naprawdę. Nawet uśmiechnął się pod nosem na myśl o tym, jednak szybko zreflektował się i wrócił do tego neutralnego wyrazu twarzy nie komentując tej nagłej wesołości, bo mogła być różnie odebrana. Przecież rozmawiali o poważnych sprawach. O kwestii życia i śmierci. Aż za dobrze o tym pamiętał. Zdawał sobie sprawę z tego jak istotne było rozważenie każdego aspektu ewentualnego planu.
Tylko nie spodziewał się, że Geraldine faktycznie przyjdzie z tym do niego. Jasne. Nie łudził się. Zapewne był ostatnią osobą, u której się pojawiła, ale wciąż to znaczyło dla niego więcej niż pokazywał w swojej niewzruszonej postawie. Naprawdę chciał ją wesprzeć w tej ostatniej wspólnej walce z demonami. Tym razem nie urojonymi tylko całkiem realnymi i ewidentnie coraz bardziej panoszącymi się w życiu Yaxleyówny. Ambroise zacisnął dłonie na kolanach.
- A więc? - Spytał zachęcając ją do kontynuowania, po czym dodał. - Czym załatwimy skurwiela? - To po prostu brzmiało dobrze.
Był poważny. Teraz już całkowicie. Wpatrywał się w Geraldine gotowy przeanalizować wszystko, co miała mu do powiedzenia a następnie nawet spytać o to jak widziała w tym jego rolę. Bowiem to było raczej jasne. Nie przyszłaby do niego, gdyby zmieniła zdanie i w dalszym ciągu chciała odsunąć go od działania. Miał wyłącznie nadzieję, że widziała go w jakiejś fizycznej roli a nie wyłącznie przyszła do niego po eliksiry i pokrzepiające słowo, na które nie było go stać.
Miał nawet grube ciemne zasłony przy całkiem licznych oknach. Głównie po to, żeby dodatkowo zasłaniać się przed niechcianymi oczami zamiast posiłkować się tylko zaklęciami. Nie, żeby ktoś często pałętał się po tej części ich terenów, szczególnie tak blisko Kniei po ostatnich wydarzeniach. Mimo to bardzo dbał o swoją prywatność. Szczególnie ostatnio, kiedy przeznaczał masę czasu na zgłębianie pism.
To była jego samotnia. Miewał tu różnego rodzaju gości, ale niezbyt często. Większość z nich, szczególnie te tymczasowe osoby przyjmował (ku utrapieniu Evelyn) w prywatnej części oficjalnego budynku, którą nadal nie do końca opróżnił. Trochę z uwagi na swoje niecodzienne zainteresowania, częściowo z lenistwa i dla wygody a w dużej mierze z uwagi na to, że nie chciał bezcześcić swojego nowego głównego miejsca na świecie poza Mungiem. Urządził tu sobie całkiem wygodną jaskinię. Musiał tylko uważać, żeby nie stać się przy tym wielkim pająkiem ani samemu nie wpaść w żadną sieć.
Choć może już to zrobił? Bez wahania zaangażował się w sprawy, które nie powinny zaprzątać mu głowy. Geraldine nie była już jego. Cokolwiek między nimi było wyniosło się dawno temu a przynajmniej tak wolał twierdzić. Taka była ta oficjalna wersja. Nie chciał rozważać teraz tej nieoficjalnej będąc zbyt samoświadomy pod tym kątem. Wystarczyło, że chciał to dla niej zrobić. Być dla niej ogarem piekielnym w walce o spokój i wytchnienie. W ciągu jednej chwili został narzędziem w jej walce, nawet jeśli nie lubił wydźwięku tego określenia, bo był tylko swoim człowiekiem podejmującym własne decyzje i działającym wyłącznie w zgodzie ze sobą. Nie chciał, żeby ktoś nim sterował.
- Gdyby nie to, że rozmawiamy o jeszcze większym podstępnym skurwysynie nawet by mnie to nie zdziwiło - wtrącił trochę niepotrzebnie, ale takie były fakty: sam nie tak dawno próbował ukrócić żałosną egzystencję najmłodszego Yaxleya, więc czuł się jak najbardziej uprawniony do tego, żeby zasugerować, że mniej byłby zaskoczony, gdyby ktoś nie próbował zabić irytującego krwiopijcy.
Z całym szacunkiem do Geraldine, nadal nie miał zbyt wiele szacunku i sympatii do Astarotha. O ironio, bo o ile jego i Geraldine relacja zaczęła się od wzniesień i upadków, o tyle z Astarothem wcześniej nawet neutralnie się lubił. Na tyle na ile lekarz mógł lubić swojego pacjenta.
- Cieszę się, że wszystko z nim w porządku - odezwał się po chwili, żeby trochę złagodzić wcześniejsze słowa, choć wewnątrz miał to nieodmiennie w dupie.
To kiedyś był jego pacjent. Faktycznie. W tym momencie uległo to diametralnej zmianie. Nie lubił gnojka a to, że od czasu do czasu coś mu tam pomagał było spowodowane wyłącznie obawą o brak kontroli nad głosem u Yaxleya, który w dalszym ciągu mieszkał u swojej siostry i mógł zrobić jej krzywdę, jeśli będzie głodny.
Ambroise luźno odnotował w głowie, żeby w którejś kolejnej notatce niewybrednie zasugerować Astarothowi konieczność wyprowadzki w miejsce dogodniejsze do polowań. Na przykład do bezdomnych przy dokach nad Tamizą.
Chętnie zrobiłby to naprawdę. Nawet uśmiechnął się pod nosem na myśl o tym, jednak szybko zreflektował się i wrócił do tego neutralnego wyrazu twarzy nie komentując tej nagłej wesołości, bo mogła być różnie odebrana. Przecież rozmawiali o poważnych sprawach. O kwestii życia i śmierci. Aż za dobrze o tym pamiętał. Zdawał sobie sprawę z tego jak istotne było rozważenie każdego aspektu ewentualnego planu.
Tylko nie spodziewał się, że Geraldine faktycznie przyjdzie z tym do niego. Jasne. Nie łudził się. Zapewne był ostatnią osobą, u której się pojawiła, ale wciąż to znaczyło dla niego więcej niż pokazywał w swojej niewzruszonej postawie. Naprawdę chciał ją wesprzeć w tej ostatniej wspólnej walce z demonami. Tym razem nie urojonymi tylko całkiem realnymi i ewidentnie coraz bardziej panoszącymi się w życiu Yaxleyówny. Ambroise zacisnął dłonie na kolanach.
- A więc? - Spytał zachęcając ją do kontynuowania, po czym dodał. - Czym załatwimy skurwiela? - To po prostu brzmiało dobrze.
Był poważny. Teraz już całkowicie. Wpatrywał się w Geraldine gotowy przeanalizować wszystko, co miała mu do powiedzenia a następnie nawet spytać o to jak widziała w tym jego rolę. Bowiem to było raczej jasne. Nie przyszłaby do niego, gdyby zmieniła zdanie i w dalszym ciągu chciała odsunąć go od działania. Miał wyłącznie nadzieję, że widziała go w jakiejś fizycznej roli a nie wyłącznie przyszła do niego po eliksiry i pokrzepiające słowo, na które nie było go stać.