01.10.2024, 13:10 ✶
Dokładnie tak jak się tego spodziewał. Skinął głową.
- Wyśmienicie - skwitował informację o tym, że już się wszystkim zajęła.
I tak miał zrobić własne rozeznanie. Dokładnie tak jak to sobie założył, natomiast może tak było lepiej, skoro nie musieli spędzać ze sobą zbyt wiele czasu. To mogłoby niepotrzebnie przypominać o zamkniętych rozdziałach z przeszłości. Nie ufał sobie na tyle, tak właściwie to wcale, żeby uważać to za dobry pomysł, choć jednocześnie czuł się urażony sposobem, w jaki Geraldine to wszystko rozgrywała.
- Wyśmienicie - nawet nie zwracał uwagi na to, że się powtarza i zacina się na wyśmienitości, której tam nie było.
Bo to była sterta smoczego łajna. Nie żałował, że dał się w to władować. To była jego świadoma decyzja. Ambroise brał odpowiedzialność za własne decyzje, nawet te najbardziej destrukcyjne.
- Mnie również. Dobrze mieć zgodność - wciąż pamiętał, że jedna jaskółka wiosny nie czyni.
Szczególnie, jeśli jest sroką i przewiduje smutek a nie nadejście ciepła po zimie. W jego duszy w tym momencie nie było miejsca na ciepło. Czuł się dokładnie tak jak wyglądał. Zimny i skuty lodem. Z tym, że o ile z zewnątrz dochodziła do tego warstwa pozornej obojętności to wewnątrz wcale nie czuł się obojętny. To byłoby zbyt łatwe a on chyba nie lubił mieć łatwego życia, skoro robił wszystko, żeby je rozwalić. Nawet wtedy, kiedy wszystko było dobrze, szczególnie wtedy.
- To prawdopodobnie całkiem odpowiednie miejsce. Twoja rodzina będzie w to zamieszana? W samo polowanie i zaganianie tam ofiary? - spytał rzeczowo.
Właśnie tak. To ten cały doppelganger miał być ofiarą, bo łowcy często się nimi nieświadomie stawali. Wiedział coś o tym. Prócz tego warto było, by wiedział, kogo mógł zastać na miejscu poza Geraldine i dwoma jej chłystkami.
- Wyśmienicie - zapewnił, po czym znów zacisnął usta, nieświadomie bawiąc się sygnetem na palcu, co było jedyną wyraźnie dostrzegalną oznaką nerwów i wybicia z rytmu.
Zawsze tak robił, kiedy się stresował. To się nie zmieniło, mimo że reszta postawy Greengrassa pozostała zdystansowana i ziejącą chłodem. Teraz to już chyba nawet mrozem - całkowitym przeciwieństwem ognia, który zawsze między nimi był i nigdy nie gasł do końca. Teraz wyglądało na to, że ktoś wreszcie zdmuchnął mały żałosny płomyczek niewystarczający, by ogrzać cokolwiek, więc naturalną koleją rzeczy było, że Ambroisa skuł jego własny lód.
Wszystko było wyśmienite. Wszystko było naprawdę kurewsko wybitne i jasne, zrozumiałe w jego uszach i ustach. Chyba się pomylił. Wtedy na cmentarzu, kiedy uprzedzał ją, że nie będzie jej najemnikiem chyba popełnił błąd w ocenie. Ewidentnie wyłącznie tego od niego chciała. Najemnictwa, wsparcia w problemach, ale na tyle rzeczowego i fizycznego, że nie było tam miejsca na zbytnie pytania.
Rzeczywiście był jak wściekły pies na jej łańcuchu. To, że ona tego tak nie widziała nie oznaczało, że nie był przez nią uwiązany i że nie czuł się tak, jakby zakładała mu kaganiec, żeby nie jazgotał pod kamienicą, gdy ona zajmowała się swoim nowym życiem. Wzięła go do siebie. Oswoiła. Wpuściła go na metaforyczną kanapę i do rzeczywistego łóżka. Mieli problemy z dotarciem się. Nie zawsze ochoczo podchodził do tego, że próbowała go trenować zgodnie ze swoim widzimisię. Bywało, że gryzł, ale nigdy do krwi. Uciekł raz na jakiś czas, ale zawsze wracał. Ona też nie zawsze pamiętała o tym, żeby go karmić i znikała z jego życia a potem wracała jak gdyby nigdy nic. Wreszcie jej się zerwał, ciągnąc za sobą łańcuch. Zniknął a ona już go nie szukała. Zaakceptowała jego nieobecność. Cieszyła się z niej po jakimś czasie, kiedy pierwszy szok minął? Chyba tak. Bo kiedy wrócił, nawet na krótką chwilę, co prawda złapała go za obrożę, ale traktowała go jak wściekłego psa przydatnego tylko do jednego.
Był narzędziem w jej rękach. To dusiło.
- Ambroise - poprawił ją, jak tak podkreślała, że są sobie obcy to raczej nie powinna używać zdrobnień. - I skoro tak to ujmujesz - mimo chłodnej oficjalności nie mógł powstrzymać odruchu rozmasowania szczęki palcami, tyle tylko, że to nic nie dało - nadal bolała go od sposobu, w jaki zaciskał usta w wąską linię i niemal ścierał zęby. - Wmawiaj sobie, co chcesz, Geraldine - stąpał po cienkim lodzie i dobrze to wiedział, ale może właśnie tego chciał?
Może próbował sprowokować w niej jakąkolwiek reakcję, która jasno dałaby mu do zrozumienia, co było prawdą a co pozorami i kłamstwem? Naprawdę wymazała to wszystko w tak łatwy sposób, że nie było między nimi już zupełnie nic - żadnej niedogumkowanej, nie do końca zatartej linii? Nawet nie kropki kończącej? Zupełnie nic?
Jasne. Zjebał. Miał swoje powody i nie cofnąłby tej decyzji a przynajmniej tak cały czas sobie powtarzał. Zrobił najlepszą możliwą rzecz, żeby zniwelować długotrwałe szkody. I chyba właśnie docierało do niego, że nie tylko te szkody zostały zmazane. Geraldine wymazała całą ich wspólną historię. Tak, żeby nic ich ze sobą nie łączyło. A to bolało niemal tak bardzo jak to, co zrobił rok wcześniej.
Nie było mu łatwo. Tak wtedy jak i teraz, choć to były dwa rodzaje bólu. Ten był piekący, rozlewający się po całym ciele. Tamten ogłuszał i otrumaniał, brał się z samego środka jego jestestwa, jakby zawsze krył się w jego piersi i tylko czekał, żeby go zagarnąć. Ten pochodził z zewnątrz od kogoś, kto zawsze umiał wbić mu szpilę i pociągać za te najbardziej ukryte struny. Swego czasu był na to gotowy, bo przecież nie raz nie dwa urządzali sobie piekło na własne życzenie. Często zupełnie bez logicznego powodu.
Mimo to czuł się duszony przez świadomość, że w tym oto momencie rozsypywały się jego ostatnie nadzieje. Jakaś część Ambroisa wolałaby, żeby nigdy nie przerwali ciszy między nimi. Nie spotkali się ponownie, bo wtedy mógłby łudzić się w momentach starannie maskowanej i duszonej (a także duszącej) słabości. Jednocześnie coś w nim wyło i rwało pazurami jak dzikie zwierzę uświadomione o tym, że nie musi się już hamować. Nic między nimi nie było.
To była brutalna świadomość rozdzierająca nadzieje na drobne strzępy, ale na swój sposób była też bardzo uwalniająca. Chciał tylko ostatni raz wybadać czy mógł jeszcze usłyszeć nawet ciche trzaśnięcie pękającego lodu. Czy była nim tak skuta, że żaden ogień nie naruszyłby tej skorupy.
- Ależ na pewno sobie znajdę. Tak jak mówisz: nie brak mi kreatywności - uniósł brew, instynktownie wychylając się do przodu, żeby zmniejszyć dystans do minimum.
Rozdzielał ich wyłącznie blat. No i może dziesiątki, setki, tysiące tych niefizycznych mil.
- Wyśmienicie - skwitował informację o tym, że już się wszystkim zajęła.
I tak miał zrobić własne rozeznanie. Dokładnie tak jak to sobie założył, natomiast może tak było lepiej, skoro nie musieli spędzać ze sobą zbyt wiele czasu. To mogłoby niepotrzebnie przypominać o zamkniętych rozdziałach z przeszłości. Nie ufał sobie na tyle, tak właściwie to wcale, żeby uważać to za dobry pomysł, choć jednocześnie czuł się urażony sposobem, w jaki Geraldine to wszystko rozgrywała.
- Wyśmienicie - nawet nie zwracał uwagi na to, że się powtarza i zacina się na wyśmienitości, której tam nie było.
Bo to była sterta smoczego łajna. Nie żałował, że dał się w to władować. To była jego świadoma decyzja. Ambroise brał odpowiedzialność za własne decyzje, nawet te najbardziej destrukcyjne.
- Mnie również. Dobrze mieć zgodność - wciąż pamiętał, że jedna jaskółka wiosny nie czyni.
Szczególnie, jeśli jest sroką i przewiduje smutek a nie nadejście ciepła po zimie. W jego duszy w tym momencie nie było miejsca na ciepło. Czuł się dokładnie tak jak wyglądał. Zimny i skuty lodem. Z tym, że o ile z zewnątrz dochodziła do tego warstwa pozornej obojętności to wewnątrz wcale nie czuł się obojętny. To byłoby zbyt łatwe a on chyba nie lubił mieć łatwego życia, skoro robił wszystko, żeby je rozwalić. Nawet wtedy, kiedy wszystko było dobrze, szczególnie wtedy.
- To prawdopodobnie całkiem odpowiednie miejsce. Twoja rodzina będzie w to zamieszana? W samo polowanie i zaganianie tam ofiary? - spytał rzeczowo.
Właśnie tak. To ten cały doppelganger miał być ofiarą, bo łowcy często się nimi nieświadomie stawali. Wiedział coś o tym. Prócz tego warto było, by wiedział, kogo mógł zastać na miejscu poza Geraldine i dwoma jej chłystkami.
- Wyśmienicie - zapewnił, po czym znów zacisnął usta, nieświadomie bawiąc się sygnetem na palcu, co było jedyną wyraźnie dostrzegalną oznaką nerwów i wybicia z rytmu.
Zawsze tak robił, kiedy się stresował. To się nie zmieniło, mimo że reszta postawy Greengrassa pozostała zdystansowana i ziejącą chłodem. Teraz to już chyba nawet mrozem - całkowitym przeciwieństwem ognia, który zawsze między nimi był i nigdy nie gasł do końca. Teraz wyglądało na to, że ktoś wreszcie zdmuchnął mały żałosny płomyczek niewystarczający, by ogrzać cokolwiek, więc naturalną koleją rzeczy było, że Ambroisa skuł jego własny lód.
Wszystko było wyśmienite. Wszystko było naprawdę kurewsko wybitne i jasne, zrozumiałe w jego uszach i ustach. Chyba się pomylił. Wtedy na cmentarzu, kiedy uprzedzał ją, że nie będzie jej najemnikiem chyba popełnił błąd w ocenie. Ewidentnie wyłącznie tego od niego chciała. Najemnictwa, wsparcia w problemach, ale na tyle rzeczowego i fizycznego, że nie było tam miejsca na zbytnie pytania.
Rzeczywiście był jak wściekły pies na jej łańcuchu. To, że ona tego tak nie widziała nie oznaczało, że nie był przez nią uwiązany i że nie czuł się tak, jakby zakładała mu kaganiec, żeby nie jazgotał pod kamienicą, gdy ona zajmowała się swoim nowym życiem. Wzięła go do siebie. Oswoiła. Wpuściła go na metaforyczną kanapę i do rzeczywistego łóżka. Mieli problemy z dotarciem się. Nie zawsze ochoczo podchodził do tego, że próbowała go trenować zgodnie ze swoim widzimisię. Bywało, że gryzł, ale nigdy do krwi. Uciekł raz na jakiś czas, ale zawsze wracał. Ona też nie zawsze pamiętała o tym, żeby go karmić i znikała z jego życia a potem wracała jak gdyby nigdy nic. Wreszcie jej się zerwał, ciągnąc za sobą łańcuch. Zniknął a ona już go nie szukała. Zaakceptowała jego nieobecność. Cieszyła się z niej po jakimś czasie, kiedy pierwszy szok minął? Chyba tak. Bo kiedy wrócił, nawet na krótką chwilę, co prawda złapała go za obrożę, ale traktowała go jak wściekłego psa przydatnego tylko do jednego.
Był narzędziem w jej rękach. To dusiło.
- Ambroise - poprawił ją, jak tak podkreślała, że są sobie obcy to raczej nie powinna używać zdrobnień. - I skoro tak to ujmujesz - mimo chłodnej oficjalności nie mógł powstrzymać odruchu rozmasowania szczęki palcami, tyle tylko, że to nic nie dało - nadal bolała go od sposobu, w jaki zaciskał usta w wąską linię i niemal ścierał zęby. - Wmawiaj sobie, co chcesz, Geraldine - stąpał po cienkim lodzie i dobrze to wiedział, ale może właśnie tego chciał?
Może próbował sprowokować w niej jakąkolwiek reakcję, która jasno dałaby mu do zrozumienia, co było prawdą a co pozorami i kłamstwem? Naprawdę wymazała to wszystko w tak łatwy sposób, że nie było między nimi już zupełnie nic - żadnej niedogumkowanej, nie do końca zatartej linii? Nawet nie kropki kończącej? Zupełnie nic?
Jasne. Zjebał. Miał swoje powody i nie cofnąłby tej decyzji a przynajmniej tak cały czas sobie powtarzał. Zrobił najlepszą możliwą rzecz, żeby zniwelować długotrwałe szkody. I chyba właśnie docierało do niego, że nie tylko te szkody zostały zmazane. Geraldine wymazała całą ich wspólną historię. Tak, żeby nic ich ze sobą nie łączyło. A to bolało niemal tak bardzo jak to, co zrobił rok wcześniej.
Nie było mu łatwo. Tak wtedy jak i teraz, choć to były dwa rodzaje bólu. Ten był piekący, rozlewający się po całym ciele. Tamten ogłuszał i otrumaniał, brał się z samego środka jego jestestwa, jakby zawsze krył się w jego piersi i tylko czekał, żeby go zagarnąć. Ten pochodził z zewnątrz od kogoś, kto zawsze umiał wbić mu szpilę i pociągać za te najbardziej ukryte struny. Swego czasu był na to gotowy, bo przecież nie raz nie dwa urządzali sobie piekło na własne życzenie. Często zupełnie bez logicznego powodu.
Mimo to czuł się duszony przez świadomość, że w tym oto momencie rozsypywały się jego ostatnie nadzieje. Jakaś część Ambroisa wolałaby, żeby nigdy nie przerwali ciszy między nimi. Nie spotkali się ponownie, bo wtedy mógłby łudzić się w momentach starannie maskowanej i duszonej (a także duszącej) słabości. Jednocześnie coś w nim wyło i rwało pazurami jak dzikie zwierzę uświadomione o tym, że nie musi się już hamować. Nic między nimi nie było.
To była brutalna świadomość rozdzierająca nadzieje na drobne strzępy, ale na swój sposób była też bardzo uwalniająca. Chciał tylko ostatni raz wybadać czy mógł jeszcze usłyszeć nawet ciche trzaśnięcie pękającego lodu. Czy była nim tak skuta, że żaden ogień nie naruszyłby tej skorupy.
- Ależ na pewno sobie znajdę. Tak jak mówisz: nie brak mi kreatywności - uniósł brew, instynktownie wychylając się do przodu, żeby zmniejszyć dystans do minimum.
Rozdzielał ich wyłącznie blat. No i może dziesiątki, setki, tysiące tych niefizycznych mil.