01.10.2024, 16:25 ✶
- Przed chwilą właśnie o to chodziło - przypomniał jej, bo przecież sama sugerowała mu, że mógł się zakochać.
Trochę za późno i od złej strony, tak właściwie. Byłoby znacznie łatwiej, gdyby sama się tego domyśliła. Gdyby wiedziała to nie musiałby jej mówić. Logiczne, prawda? No niezmiernie. Ale taka była prawda. Byłoby dużo łatwiej i mniej podchwytliwe, gdyby tak po prostu umieli sobie czytać w myślach. Niestety to nie było takie proste. W tym momencie naprawdę żałował, że nigdy nie ćwiczył tej sztuki.
- Ja też nie mam takich planów, więc - no właśnie więc.
To mogło wypalić. Gdyby naprawdę była to w stanie rozważyć. Jeśli by tego tak naprawdę chciała to nie miało być to żadną przeszkodą. Nie rzucał słów na nadmorski wiatr - nie był kochliwy tylko zakochany. Całkiem nieoczekiwanie, najwidoczniej kompletnie nieszczęśliwie, bo w kimś, kto właśnie dał mu do zrozumienia, że tak tego nie widział. No. Zawsze wiedział, że do tanga trzeba dwojga, to nie było dla niego nic nowego. Jedynie poczuł się dotknięty tym, że po tych wszystkich niedomówieniach i niejasnych sygnałach docierało do niego, jak bardzo mylił się w swoim osądzie.
W przeciągu kilku chwil całkiem stracił ochotę na dalszą rozmowę o tych tematach. Może nie zebrał się w celu odejścia, żeby nie wyjść na jeszcze większego przegrywa, ale po prostu zacisnął wargi i wbił spojrzenie nie w kobietę przed nim a w morze za nią. Był dorosłym, poważnym człowiekiem, jednak zachowywał się i czuł jak niedojrzały, zraniony szczyl. To nie było w jego planach na przyszłość. Ani bliższą ani dalszą.
Co gorsza Geraldine nadal ciągnęła ten drażliwy temat. Nie wiedziała, kiedy przestać - to było pewne. W dodatku to Roise z jej strony. W milczeniu wstrząsnął głową. Jasne, nawet tym pewnie pokazywał jej więcej niż by tego chciał, ale w gruncie rzeczy już i tak miała go za czubka, który tworzył wyssane z dupy plany a powinien zachowywać się po prostu jak jej dobry przyjaciel. Miał wobec niej tylko jeden kluczowy zarzut. Należało sobie darować te wszystkie podteksty, nie chciał też klepania po głowie i mówienia mu, że jest przystojnym kawalerem.
Na Merlina! Nie była jego babcią. Nie patrzyłby na babcię w taki sposób ani nie podejmowałby prób, żeby się do tej babci nadmiernie zbliżyć. Była młodą, atrakcyjną kobietą o podobnych wartościach i zachowaniach (choć to akurat czasem robiło więcej szkody niż przynosiło pożytku), czy to dziwne, że czuł do niej pociąg? Dodatkowo wzmocniony czymś dziwnym, co było między nimi od czasu tamtego nieszczęsnego dnia?
Choć tak naprawdę zawsze go do niej ciągnęło. Praktycznie od samego początku, wcale nie pomijając tego uszczypliwego i wrogiego środka, bo wtedy też zdarzyło mu się mieć ochotę przyprzeć ją do ściany nie tylko w przenośni. A teraz to ona najpierw przyparła go do muru a potem dała mu do zrozumienia, co sądzi o ich wyjściu ze strefy przyjaźni.
- To nie była moja decyzja - skwitował krótko, bo nigdy nie mówił, że chciał tutaj z kimkolwiek przychodzić.
Wydarzenia towarzyskie były częścią ich życia. Wychowali się w tej rzeczywistości. Mieli powinności do spełnienia i inne takie tam bzdety. Powinna domyślić się (jasne), że skoro uciekał od swojej partnerki i nie wypowiadał się o niej zbyt korzystnie, to oznaczało, że nie była jego wyborem. Ani pierwszym ani tak naprawdę jakimkolwiek. Jego wybór byłby zgoła inny.
Ten oto wybór usilnie starał się prowadzić czczą dyskusję, więc Ambroise niemal podjął decyzję o tym, żeby po prostu dać Geraldine mówić i tylko udawać, że słucha. Popełniłby tym samym błąd. Dość kardynalny, szczególnie na to jak rozszerzyły się jego oczy i spięło się ciało, kiedy zaczął do niego docierać sens słów. To było zaskakujące, szczególnie w obliczu jego wniosków. Przez chwilę patrzył na nią tak, jakby się przesłyszał, ale nie mógł nic odczytać z jej oczu, bo zbyt mocno je zacisnęła.
Próbowała uciekać? Niedowierzanie. Zamrugał z gulą w gardle, przełykając ślinę. Trochę zbyt głośno jak na jego oko, ale to chyba nie miało znaczenia. Mało co miało. Mało co też nie miało. Chaos, w którym się poruszali.
- Nie wbij mi za to noża pod żebra - uprzedził cicho, zniżając głos w którym krył się uśmiech.
Ostrożny, nadal trochę zdystansowany uśmiech - nie do końca taki, jakiego mógłby chcieć, bo tak właściwie nie w ten sposób to wyglądało za każdym razem, kiedy pozwalał sobie o tym pomyśleć. Z drugiej strony chyba nie powinien być tym zdziwiony. Nic nie wychodziło im zgodnie z planem. Wszystkie zamysły brały w łeb, bo tej relacji najprawdopodobniej nie dało się kontrolować. To było jak rzucanie się na głęboką wodę, ale po ostrożnym stąpaniu po hektarach, setkach hektarów grząskiego gruntu to było wyłącznie jak zaproszenie. Tym razem wystarczające.
Powoli ujął w palce kosmyk włosów Geraldine, żeby wsunąć jej go za ucho, choć tak naprawdę cała jej fryzura była potargana wiatrem. Liczył się gest prowadzący do tego, że zanim zdążyła otworzyć zamknięte oczy po prostu nachylił się, żeby ją pocałować. Delikatnie, czule, nie w policzki a w miękkie wargi. Nie poprzestał na tym jednak. Pociągnął ją za sobą na piasek. Trochę bardziej gwałtownie opadając plecami na mokrą ziemię z Geraldine na piersi. Drugi raz pocałował ją łapczywiej.
Trochę za późno i od złej strony, tak właściwie. Byłoby znacznie łatwiej, gdyby sama się tego domyśliła. Gdyby wiedziała to nie musiałby jej mówić. Logiczne, prawda? No niezmiernie. Ale taka była prawda. Byłoby dużo łatwiej i mniej podchwytliwe, gdyby tak po prostu umieli sobie czytać w myślach. Niestety to nie było takie proste. W tym momencie naprawdę żałował, że nigdy nie ćwiczył tej sztuki.
- Ja też nie mam takich planów, więc - no właśnie więc.
To mogło wypalić. Gdyby naprawdę była to w stanie rozważyć. Jeśli by tego tak naprawdę chciała to nie miało być to żadną przeszkodą. Nie rzucał słów na nadmorski wiatr - nie był kochliwy tylko zakochany. Całkiem nieoczekiwanie, najwidoczniej kompletnie nieszczęśliwie, bo w kimś, kto właśnie dał mu do zrozumienia, że tak tego nie widział. No. Zawsze wiedział, że do tanga trzeba dwojga, to nie było dla niego nic nowego. Jedynie poczuł się dotknięty tym, że po tych wszystkich niedomówieniach i niejasnych sygnałach docierało do niego, jak bardzo mylił się w swoim osądzie.
W przeciągu kilku chwil całkiem stracił ochotę na dalszą rozmowę o tych tematach. Może nie zebrał się w celu odejścia, żeby nie wyjść na jeszcze większego przegrywa, ale po prostu zacisnął wargi i wbił spojrzenie nie w kobietę przed nim a w morze za nią. Był dorosłym, poważnym człowiekiem, jednak zachowywał się i czuł jak niedojrzały, zraniony szczyl. To nie było w jego planach na przyszłość. Ani bliższą ani dalszą.
Co gorsza Geraldine nadal ciągnęła ten drażliwy temat. Nie wiedziała, kiedy przestać - to było pewne. W dodatku to Roise z jej strony. W milczeniu wstrząsnął głową. Jasne, nawet tym pewnie pokazywał jej więcej niż by tego chciał, ale w gruncie rzeczy już i tak miała go za czubka, który tworzył wyssane z dupy plany a powinien zachowywać się po prostu jak jej dobry przyjaciel. Miał wobec niej tylko jeden kluczowy zarzut. Należało sobie darować te wszystkie podteksty, nie chciał też klepania po głowie i mówienia mu, że jest przystojnym kawalerem.
Na Merlina! Nie była jego babcią. Nie patrzyłby na babcię w taki sposób ani nie podejmowałby prób, żeby się do tej babci nadmiernie zbliżyć. Była młodą, atrakcyjną kobietą o podobnych wartościach i zachowaniach (choć to akurat czasem robiło więcej szkody niż przynosiło pożytku), czy to dziwne, że czuł do niej pociąg? Dodatkowo wzmocniony czymś dziwnym, co było między nimi od czasu tamtego nieszczęsnego dnia?
Choć tak naprawdę zawsze go do niej ciągnęło. Praktycznie od samego początku, wcale nie pomijając tego uszczypliwego i wrogiego środka, bo wtedy też zdarzyło mu się mieć ochotę przyprzeć ją do ściany nie tylko w przenośni. A teraz to ona najpierw przyparła go do muru a potem dała mu do zrozumienia, co sądzi o ich wyjściu ze strefy przyjaźni.
- To nie była moja decyzja - skwitował krótko, bo nigdy nie mówił, że chciał tutaj z kimkolwiek przychodzić.
Wydarzenia towarzyskie były częścią ich życia. Wychowali się w tej rzeczywistości. Mieli powinności do spełnienia i inne takie tam bzdety. Powinna domyślić się (jasne), że skoro uciekał od swojej partnerki i nie wypowiadał się o niej zbyt korzystnie, to oznaczało, że nie była jego wyborem. Ani pierwszym ani tak naprawdę jakimkolwiek. Jego wybór byłby zgoła inny.
Ten oto wybór usilnie starał się prowadzić czczą dyskusję, więc Ambroise niemal podjął decyzję o tym, żeby po prostu dać Geraldine mówić i tylko udawać, że słucha. Popełniłby tym samym błąd. Dość kardynalny, szczególnie na to jak rozszerzyły się jego oczy i spięło się ciało, kiedy zaczął do niego docierać sens słów. To było zaskakujące, szczególnie w obliczu jego wniosków. Przez chwilę patrzył na nią tak, jakby się przesłyszał, ale nie mógł nic odczytać z jej oczu, bo zbyt mocno je zacisnęła.
Próbowała uciekać? Niedowierzanie. Zamrugał z gulą w gardle, przełykając ślinę. Trochę zbyt głośno jak na jego oko, ale to chyba nie miało znaczenia. Mało co miało. Mało co też nie miało. Chaos, w którym się poruszali.
- Nie wbij mi za to noża pod żebra - uprzedził cicho, zniżając głos w którym krył się uśmiech.
Ostrożny, nadal trochę zdystansowany uśmiech - nie do końca taki, jakiego mógłby chcieć, bo tak właściwie nie w ten sposób to wyglądało za każdym razem, kiedy pozwalał sobie o tym pomyśleć. Z drugiej strony chyba nie powinien być tym zdziwiony. Nic nie wychodziło im zgodnie z planem. Wszystkie zamysły brały w łeb, bo tej relacji najprawdopodobniej nie dało się kontrolować. To było jak rzucanie się na głęboką wodę, ale po ostrożnym stąpaniu po hektarach, setkach hektarów grząskiego gruntu to było wyłącznie jak zaproszenie. Tym razem wystarczające.
Powoli ujął w palce kosmyk włosów Geraldine, żeby wsunąć jej go za ucho, choć tak naprawdę cała jej fryzura była potargana wiatrem. Liczył się gest prowadzący do tego, że zanim zdążyła otworzyć zamknięte oczy po prostu nachylił się, żeby ją pocałować. Delikatnie, czule, nie w policzki a w miękkie wargi. Nie poprzestał na tym jednak. Pociągnął ją za sobą na piasek. Trochę bardziej gwałtownie opadając plecami na mokrą ziemię z Geraldine na piersi. Drugi raz pocałował ją łapczywiej.