01.10.2024, 16:52 ✶
Szukał skrzynki z ognistą whisky dużo dłużej niż można było to zaplanować. Magazyn był niesamowicie zabałaganiony, nic nie było posegregowane, a przekładanie skrzyń z butelkami było trudne nawet ze wsparciem magii. A kiedy wreszcie wygrzebał skrzynię z ośmioma butelkami trunku, musiał odłożyć wszystko tak, żeby nie doszło do nieszczęśliwego wypadku. Zmarnował trochę czasu, a klientów nie ubywało. Czy Ellie była w stanie wszystko sama ogarnąć?
Odłożył skrzynkę w kuchni, po czym zabrał z niej dwie butelki i podążył w stronę baru. Rzucił jeszcze na odchodnym, że „trzeba wreszcie posprzątać ten bajzel w magazynie”, na co Chrissy odpowiedziała, że muszą najpierw znaleźć na to czas. Tak się kończyło zatrudnianie młodszego pokolenia Ślizgonów...
Kiedy wszedł z powrotem do głównego pomieszczenia baru, początkowo nie spojrzał na rozmawiającą z Electrą klientkę. Położył jedną butelkę na półce, a drugą odkręcił i postawił na barze.
– Przepraszam, że dopiero teraz jestem, ale ten nasz magazyn to stajnia Augiasza tylko całe szczęście bez końskiego gówna – zażartował, po czym spojrzał na klientkę, już mając się z nią witać.
Rozpoznał ją. Jak mógłby jej nie rozpoznać? Za często przecież o niej rozmyślał, mimo, że w jego pamięci ta twarz zaczęła się już zacierać. Ale stała tu przed nim, absolutnie olśniewająca, już dorosła i chyba jeszcze piękniejsza niż dawniej. Była jak najpiękniejszy zachód słońca, jak... powietrze. Jak mógł bez niej oddychać? Jak przeżył dziesięć lat bez niej obok siebie?
Sam sobie to zgotowałeś – podpowiedział głos jego myśli. Gorsze było właściwe to, co zgotował jej. Złamał jej serce, a potem to zmarnował. W fali uczuć, które właśnie się w nim pojawiły ukazała się nienawiść do samego siebie. Za to, że poświęcił miłość i potem zmarnował to poświęcenie. Oj, zabolało go to i odezwała się w nim ochota, by uciec i to zapić. Jednocześnie pragnął być z Moną, patrzeć na nią, istnieć w tym samym świecie, co ona, nawet jeśli zapewne go nienawidziła.
– My... znamy się z Hogwartu – powiedział cicho. – Jak... jak tam u ciebie, Mo?
Ten skrót zabrzmiał niewłaściwie, jakby Icarus stracił prawo, żeby go używać. Miał ochotę przeprosić. Nie. Błagać o wybaczenie, na kolanach. Wiedział jednak, że to nic nie da. Stracił ją, a teraz była tak blisko... I na wieczorku singli? Icarus zakładał, że tak zniewalająco piękna, inteligentna i życzliwa kobieta sobie już dawno kogoś znalazła.
Czuł się, jakby ktoś użył zmieniacza czasu, żeby przenieść go w przeszłość, tyle, że znów był tym chłopcem, który płakał oparty o biurko ojca, z miażdżącym poczuciem winy w piersi. Myślał, że się z tym pogodził w jakiś pokręcony sposób, że to miało zelżeć w wraz z czasem. Ale... było jeszcze gorzej. Poświęcił siebie, poświęcił Monę dla niczego. A ona... była tak piękna jak w dniu, w którym ją stracił.
Odłożył skrzynkę w kuchni, po czym zabrał z niej dwie butelki i podążył w stronę baru. Rzucił jeszcze na odchodnym, że „trzeba wreszcie posprzątać ten bajzel w magazynie”, na co Chrissy odpowiedziała, że muszą najpierw znaleźć na to czas. Tak się kończyło zatrudnianie młodszego pokolenia Ślizgonów...
Kiedy wszedł z powrotem do głównego pomieszczenia baru, początkowo nie spojrzał na rozmawiającą z Electrą klientkę. Położył jedną butelkę na półce, a drugą odkręcił i postawił na barze.
– Przepraszam, że dopiero teraz jestem, ale ten nasz magazyn to stajnia Augiasza tylko całe szczęście bez końskiego gówna – zażartował, po czym spojrzał na klientkę, już mając się z nią witać.
Rozpoznał ją. Jak mógłby jej nie rozpoznać? Za często przecież o niej rozmyślał, mimo, że w jego pamięci ta twarz zaczęła się już zacierać. Ale stała tu przed nim, absolutnie olśniewająca, już dorosła i chyba jeszcze piękniejsza niż dawniej. Była jak najpiękniejszy zachód słońca, jak... powietrze. Jak mógł bez niej oddychać? Jak przeżył dziesięć lat bez niej obok siebie?
Sam sobie to zgotowałeś – podpowiedział głos jego myśli. Gorsze było właściwe to, co zgotował jej. Złamał jej serce, a potem to zmarnował. W fali uczuć, które właśnie się w nim pojawiły ukazała się nienawiść do samego siebie. Za to, że poświęcił miłość i potem zmarnował to poświęcenie. Oj, zabolało go to i odezwała się w nim ochota, by uciec i to zapić. Jednocześnie pragnął być z Moną, patrzeć na nią, istnieć w tym samym świecie, co ona, nawet jeśli zapewne go nienawidziła.
– My... znamy się z Hogwartu – powiedział cicho. – Jak... jak tam u ciebie, Mo?
Ten skrót zabrzmiał niewłaściwie, jakby Icarus stracił prawo, żeby go używać. Miał ochotę przeprosić. Nie. Błagać o wybaczenie, na kolanach. Wiedział jednak, że to nic nie da. Stracił ją, a teraz była tak blisko... I na wieczorku singli? Icarus zakładał, że tak zniewalająco piękna, inteligentna i życzliwa kobieta sobie już dawno kogoś znalazła.
Czuł się, jakby ktoś użył zmieniacza czasu, żeby przenieść go w przeszłość, tyle, że znów był tym chłopcem, który płakał oparty o biurko ojca, z miażdżącym poczuciem winy w piersi. Myślał, że się z tym pogodził w jakiś pokręcony sposób, że to miało zelżeć w wraz z czasem. Ale... było jeszcze gorzej. Poświęcił siebie, poświęcił Monę dla niczego. A ona... była tak piękna jak w dniu, w którym ją stracił.