01.10.2024, 18:59 ✶
—08/06/1972—
Baldwin nie musiał długo czekać na odpowiedź na swój zachlapany krwią list: choć był środek nocy, Lorraine odesłała mu odpowiedź przez białego gołębia, do którego nóżki przytroczyła — oprócz koperty zabezpieczonej standardowym zaklęciem ochronnym — niewielki pakunek zawierający buteleczkę eliksiru wiggenowego i bandaże.
Londyn, 08.06.1972 r.
Ty pokurwiały antychryście,
Mój mężny Samsonie,
Twoje listy zawsze krwawią pretensjonalnością, ale boleściwych znamion literackiego zacięcia nabierają dopiero w tych – jakże godnych pożałowania – stanach pasyjnej afektacji, kiedy biczujesz sam siebie, by obudzić we mnie litość. Dziwię się, że użyłeś atramentu. Powinieneś kreślić te słowa krwią, nasycić pergamin męczeństwem, ale Ty – zdradzając kompletny brak finezji w niezbyt udolnym naśladownictwie Pollocka – zwyczajnie zachlapałeś papier na wpół skrzepłą posoką, tak jak zrobiłeś to ze ścianami rezydencji monsieur Shafiqa. Czy podpisujesz tak wszystkie listy miłosne? Czy następnym razem dostanę obspermioną laurkę z pogróżkami – obiekt adoracji i nienawiści w jedno złączone?
Spełnij swoje groźby: wykrwaw się na moim progu, przemień kamienną posadzkę u wejścia do kaplicy w ołtarz i złóż na nim swoje ciało w ofierze – najdoskonalszy z eksponatów, jaki będzie można podziwiać w mauzoleum Malfoyów. Niech krew wsiąknie w grunt. Niech poplami bruk. Nie chcę jutro znaleźć na progu białej gołębicy z ukręconym łebkiem – nie waż się rzucać mi ochłapów, bo urwę Ci głowę własnoręcznie. Pomaluj nasz dom krwią, jeżeli to jest jedyny sposób, by powstrzymać to szaleństwo, ale zrób to swoją krwią.
Gdybym zlizała ją z koperty, nie poczułabym na języku metalicznego posmaku krwi, lecz słodycz frustracji. Urażona próżność boli bardziej niż przebite ścięgna, rozjątrzona duma trudno się goi. Najchętniej wydestylowałabym tę frustrację, aby skropić się jej zapachem jak perfumami – tak jak Ty chciałbyś wydestylować moją krew, aby uzyskać doskonałą czerwień: barwnik, który tchnąłby życie w Twoje płótna. Weź ją sobie, jeśli masz odwagę, spróbuj przemienić tę przeklętą krew, o którą się ze mną targujesz, w coś pięknego. Zabierz mi życie, by naznaczyć matowe usta trupa karminem, pomaluj rumieńcem jego policzki, wykrwaw króla, a potem ubierz w królewskie szkarłaty żebraka, dokonaj swojej śmiesznej retrybucji: będę patrzeć, jak będziesz zwijał się w bólach, próbując namalować sobie drugie serce, bo te, które masz w piersi nie zniesie mojej śmierci.
“Jaka jest moja wina?”, zapytujesz, “czym Ci zawiniłem?”. Silisz się na tak górnolotne słowa, pozwalając im wzlatywać ku niebu jak synogarlicom, samemu tkwiąc na dnie rynsztoka! Możesz mu to powtórzyć, skoro już siedzi obok – dobrze wiem, kogo wybrałeś sobie na pocieszyciela. Słusznie zauważyłeś, że jestem córką mojego Ojca – wiedz, Baldwinie, że jestem nią we wszystkim, w czym Ty chciałbyś być jego synem. Reszta nie jest warta złamanego knuta.
Nie obchodzą mnie Twoje pieniądze, ani co z nimi zrobisz: wyrzuć je do kanału, jeżeli wymaga tego Twoje poczucie estetyki – czy też sprawiedliwości. Nie przychodź tylko potem, błagając o pożyczkę. Nie piję cudzej krwi, nie sięgam po cudzą “krwawicę”, nie jestem przeklętym pasożytem, który zakleszczył się w łonie Matki, nie biorę tego, co do mnie nie należy – nie dbam o Twoje galeony – ale świat bierze, bierze i wciąż bierze. Nie pozwól mu na to.
Skoro jestem tak droga Twemu sercu – tak droga, że ze wzgardą spoglądasz na ziemskie dobra – dlaczego robisz wszystko, by upokorzyć mnie w oczach świata? Przyniosłeś mi wstyd. Przyniosłeś mi wstyd. Renowacja – miałeś przeprowadzić renowację – czy termin "sztuka użytkowa" jest Ci obcy? Czy tak trudno zrealizować proste zamówienie podług wytycznych wskazanych przez klienta? Anthony jest mi bardzo drogi – jest moim przyjacielem – jest kimś, kogo zdanie wysoko sobie cenię, choć nie muszę się z nim zawsze zgadzać. Nie potraktowałeś go z szacunkiem, a on jest kimś, komu należy się szacunek – szacunek, którego sam, jak przyznajesz, oczekiwałeś z jego strony. Uniosłeś się dumą, ale zamiast pokazać mu swą wyższość, pokazałeś, że jesteś ordynarny, wyniosły i arogancki. Pokazałeś, że jesteś słaby. Pokazałeś mu też moją słabość – słabość do Ciebie.
Wiedz bowiem, że jeżeli kto uczyni Ci jaki despekt – zelży, potraktuje z góry, wyśmieje – będę pierwszą, która stanie w Twojej obronie. Myślisz, że chcę widzieć, jak cierpisz? Że łzy, które ronię, kiedy umierasz na scenie, to łzy szczęścia? Ale ty nie myślisz, Ty znów szukasz pocieszenia w znajomym upodleniu, znów umartwiasz ciało alkoholem, a umysł – perwersją. Proszę, przestań robić sobie krzywdę. Rozcieńczasz wódką krew Malfoyów, a nasza krew jest cenna, bardzo cenna. Powiedz mi, w czyje imię toczyłeś ją w Little Hangleton? Dlaczego tak łatwo oddałeś obcemu człowiekowi część siebie? Domyślam się, co mógł czuć, kiedy na Ciebie patrzył – ogarniętego pasją tworzenia, zelżywie szpachlującego ściany krwią – znajduję pewien turpistyczny urok w krwawym manifeście, jaki zostawiłeś na ścianach letniej rezydencji Anthony'ego, choć nie miałam nawet jeszcze okazji go zobaczyć: znajduję w nim ironię, znajduję w nim piękno, bo prawdziwe piękno jest obmierzłe, i wiem, że on też znajduje je w Twoim dziele, że fascynujesz go, choć nie widzi Twojej szczerości, a tylko ordynarność. Nie potrafię potępić Cię za to, co zrobiłeś, choć chciałabym – Matka wie, że chciałabym Cię potępić!
Zastanawiam się, czym będziesz pisał mi listy, jeżeli otwierasz żyły dla każdego, kto chce się z Ciebie napić – co zostanie dla mnie. Nazywasz mnie zdrajczynią, a sam nie jesteś lepszy. To moje płótno powinieneś pomazać swoją krwią – mój portret, nie Anthony’ego Shafiqa.
Czasem Cię tak bardzo nienawidzę.
Zawsze Twoja,
Lorraine