01.10.2024, 21:12 ✶
Czyli miał rację... Mona go nienawidziła. Jak mógł się łudzić, że było inaczej? Życie nie było głupim romansidłem z półki Basila, a tragedią o tym, co traciło się bezpowrotnie. Icarus czuł się, jakby każde „panie Prewett” zadawało mu kolejne rany. Nie był już jej Arim. Jedyne, co pozostało mu to nazwisko noszone niemal bezczelnie jak jedwabna szata na korpusie biedaka. Wszystko, co miał, nie posiadało zresztą znaczenia w stosunku tego, co utracił.
– Już nie... nie pracujesz ze smokami...? – zapytał, jednak potem zobaczył, jaką gafę popełnił. Zauważył bowiem metal w miejscu dłoni Mony, tamtej dłoni, która kiedyś gładziła jego policzek, tej którą zwykł trzymać. – Bogowie, przepraszam. Nie zauważyłem.
Mona straciła rękę. Jak mogło do tego dojść? Czy stało się coś podczas jej pracy ze smokami? Czy przeżyła atak jakiegoś psychola? Miała wypadek? Nie mógł jej spytać. To by brzmiało wścibsko i nie na miejscu, a poza tym nie chciał rozdrapywać kolejnych ran. Mona tyle wycierpiała i miała prawo nie chcieć z nim rozmawiać. Jednak wciąż fakt, że musiała pracować jako urzędniczka w Ministerstwie był bolesny. Nie zasługiwała, żeby stracić to, co kochała, swoją pasję. Icarus pamiętał, jak uwielbiała smoki, a on uwielbiał ją, więc pokochał je jako dodatek. Ale to było dawno.
– Nie byłem dostatecznie dobry, żeby zostać historykiem. Życie mnie zweryfikowało – powiedział, wymuszając słaby uśmiech.
Czuł się żałosny, winny i niegodny czegokolwiek dobrego. Na pewno nie był godny Mony, co idealnie się właśnie pokazywało. Nie mógł jednak powstrzymać tęsknoty w swoim spojrzeniu i swoim sercu. Wciąż ją kochał, nie odpuścił tego po tylu latach. I z każdym jej słowem, nawet chłodnym, kochał ją jeszcze bardziej. Nie był w stanie przestać, jakkolwiek by się starał. Każda jego kochanka i każdy kochanek mieli ją w jakimś stopniu przypominać, ale żadna osoba jej nie dorównywała.
– Mój ojciec nie żyje – wypalił nagle Icarus, jakby to miało jakoś pocieszyć Monę. Kurwa... dlaczego miało to w tym momencie jakkolwiek obchodzić? Znowu powiedział coś żałośnie głupiego i nie umiał się powstrzymać jak każdy rozsądny człowiek.
W pamięci rozbrzmiewały mu słowa, które jej wypowiedział tamtego feralnego wieczoru dziesięć lat temu. Jeśli miłość ma być poświęceniem, wolę poświęcić miłość... Ile sensu miały wtedy te słowa, jak bardzo racjonalne się wydawały... Teraz nic nie było racjonalne. Czy wtedy było? A może Icarus uległ presji ze strony ojca? Czy mógł obwiniać Dedalusa za własne tchórzostwo? Ojciec przecież zawsze chciał dla niego jak najlepiej. To wszystko było wyłącznie winą Icarusa, nikogo innego. Zmarnował poświęcenie, stoczył się, upadł niczym swój mityczny odpowiednik. Teraz był nikim.
Zapach alkoholu unoszący się w powietrzu nie pomagał. Był jak obietnica... nie pokuty, ale kary. Picie było formą świadomego krzywdzenia się, otępiania umysłu, który dotychczas był przecież dla niego najważniejszy. Otępienie, które oferowała butelka wypełniona bursztynowym płynem było zbyt kuszące. Tyle, że Icarus wiedział, że jak zacznie pić, to teraz nie przestanie. Czy była bardziej żałosna śmierć niż ta z przepicia? Czy on naprawdę zasługiwał na coś lepszego, bardziej romantycznego?
W jego oczach czaiły się już łzy, przebrzydłe zdrajczynie obecnego stanu jego duszy. Wróciło do niego tamto dawne rozdarcie, spotęgowane przez beznadzieję i żal.
Nie był godny wybaczenia.
– Już nie... nie pracujesz ze smokami...? – zapytał, jednak potem zobaczył, jaką gafę popełnił. Zauważył bowiem metal w miejscu dłoni Mony, tamtej dłoni, która kiedyś gładziła jego policzek, tej którą zwykł trzymać. – Bogowie, przepraszam. Nie zauważyłem.
Mona straciła rękę. Jak mogło do tego dojść? Czy stało się coś podczas jej pracy ze smokami? Czy przeżyła atak jakiegoś psychola? Miała wypadek? Nie mógł jej spytać. To by brzmiało wścibsko i nie na miejscu, a poza tym nie chciał rozdrapywać kolejnych ran. Mona tyle wycierpiała i miała prawo nie chcieć z nim rozmawiać. Jednak wciąż fakt, że musiała pracować jako urzędniczka w Ministerstwie był bolesny. Nie zasługiwała, żeby stracić to, co kochała, swoją pasję. Icarus pamiętał, jak uwielbiała smoki, a on uwielbiał ją, więc pokochał je jako dodatek. Ale to było dawno.
– Nie byłem dostatecznie dobry, żeby zostać historykiem. Życie mnie zweryfikowało – powiedział, wymuszając słaby uśmiech.
Czuł się żałosny, winny i niegodny czegokolwiek dobrego. Na pewno nie był godny Mony, co idealnie się właśnie pokazywało. Nie mógł jednak powstrzymać tęsknoty w swoim spojrzeniu i swoim sercu. Wciąż ją kochał, nie odpuścił tego po tylu latach. I z każdym jej słowem, nawet chłodnym, kochał ją jeszcze bardziej. Nie był w stanie przestać, jakkolwiek by się starał. Każda jego kochanka i każdy kochanek mieli ją w jakimś stopniu przypominać, ale żadna osoba jej nie dorównywała.
– Mój ojciec nie żyje – wypalił nagle Icarus, jakby to miało jakoś pocieszyć Monę. Kurwa... dlaczego miało to w tym momencie jakkolwiek obchodzić? Znowu powiedział coś żałośnie głupiego i nie umiał się powstrzymać jak każdy rozsądny człowiek.
W pamięci rozbrzmiewały mu słowa, które jej wypowiedział tamtego feralnego wieczoru dziesięć lat temu. Jeśli miłość ma być poświęceniem, wolę poświęcić miłość... Ile sensu miały wtedy te słowa, jak bardzo racjonalne się wydawały... Teraz nic nie było racjonalne. Czy wtedy było? A może Icarus uległ presji ze strony ojca? Czy mógł obwiniać Dedalusa za własne tchórzostwo? Ojciec przecież zawsze chciał dla niego jak najlepiej. To wszystko było wyłącznie winą Icarusa, nikogo innego. Zmarnował poświęcenie, stoczył się, upadł niczym swój mityczny odpowiednik. Teraz był nikim.
Zapach alkoholu unoszący się w powietrzu nie pomagał. Był jak obietnica... nie pokuty, ale kary. Picie było formą świadomego krzywdzenia się, otępiania umysłu, który dotychczas był przecież dla niego najważniejszy. Otępienie, które oferowała butelka wypełniona bursztynowym płynem było zbyt kuszące. Tyle, że Icarus wiedział, że jak zacznie pić, to teraz nie przestanie. Czy była bardziej żałosna śmierć niż ta z przepicia? Czy on naprawdę zasługiwał na coś lepszego, bardziej romantycznego?
W jego oczach czaiły się już łzy, przebrzydłe zdrajczynie obecnego stanu jego duszy. Wróciło do niego tamto dawne rozdarcie, spotęgowane przez beznadzieję i żal.
Nie był godny wybaczenia.